Nowinki motocyklowe, Wyprawy, Wyprawy motocyklowe

Motocyklowa opowieść – Gruzja – Swanetia – 2011 / FILM

Wyprawa motocyklowa. Gruzja - Swanetia 2011.

Wyprawa motocyklowa. Gruzja – Swanetia 2011.

Motocyklowa opowieść o kamiennych wieżach, gruzińskim winie i kaukaskich góralach – Gruzja/Swanetia 2011

„Żartowaliśmy z siebie i licytowaliśmy, kto więcej razy i najbardziej efektownie zaliczył glebę. Po piątym dzwonie przestaliśmy liczyć. Po podsumowaniu strat wyszło, że Zaraza bardzo  zmasakrował swój stelaż do kufrów (wyglądał jak przetrącony wielbłąd). (…) Za którymś razem przewróciliśmy się z Głaziem tuż nad krawędzią przepaści. Niewiele brakowało i pewnie nie wyciągnęliby nas stamtąd do wiosny następnego roku. (…) Było naprawdę ostro i prawdziwie crossowo.”

Wyprawa motocyklowa. Gruzja - Swanetia 2011. Rumunia - pod motelem Troja.

Wyprawa motocyklowa. Gruzja – Swanetia 2011. Rumunia – pod motelem Troja.

W tym roku wyruszyliśmy we trójkę – Zaraza (pseudonim wyjazdowy Mietek), Głazio i ja (Tamara). Zaraza nazywany przez Gruzinów „Ararat” (prawdopodobnie gruzińska wersja imienia Artur) jechał na Super Tenerze, my z Głaziem na naszym BMW GS R1150.

Długość trasy 6700 km z czego 5600 km (motocyklem) + droga morska ok. 1100 km (prom Batumi (Gruzja) – Iliczewsk (Ukraina)).

Kraje na trasie: Lubaczów – Polska (start), Ukraina, Rumunia, Bułgaria, Turcja, Gruzja, Ukraina, Polska.

Rodzaje dróg w Gruzji: asfalt, szuter i górskie bezdroża.

Wyprawa motocyklowa. Gruzja - Swanetia 2011. Rumunia - pierwszy dzwon - Mietek powstał ale jego stelaż od kufrów był już przetrącony do końca wyjazdu

Wyprawa motocyklowa. Gruzja – Swanetia 2011. Rumunia – pierwszy dzwon – Mietek powstał ale jego stelaż od kufrów był już przetrącony do końca wyjazdu

Dzień 1. (6. lipca środa)

Podróż w strugach deszczu. Degustacja zagranicznych bronków…

W trasę wyruszyliśmy z Lubaczowa 6. lipca 2011 roku po południu. Standardowo do granicy z Ukrainą jechaliśmy w deszczu. Można tu już chyba mówić o tradycji „deszczowych wyjazdów”.  Losy wyjazdu ważyły się do ostatniej chwili. Dopiero około 13:00 doszły nasze wizy wjazdowe do Azerbejdżanu.  O godzinie 15:00 byliśmy umówieni z Zarazą w Korczowej, który ze względu na opady deszczu spóźnił się trochę. Odprawa paszportowa i celna poszły nadzwyczaj sprawnie i w strugach deszczu pomknęliśmy w szaleńczym tempie  przez terytorium Ukrainy

 

Wyprawa motocyklowa. Gruzja - Swanetia 2011. Rumunia - Vama Veche - noc na plaży z dwoma motocyklistami z Krakowa

Wyprawa motocyklowa. Gruzja – Swanetia 2011. Rumunia – Vama Veche – noc na plaży z dwoma motocyklistami z Krakowa

Drogi w zachodniej części Ukrainy ciągle pozostawiają wiele do życzenia – jedno pasmo dziur, nierówności i wybojów, w które wpadaliśmy co rusz. Na postojach żartowaliśmy z siebie, kto wpadł w większą dziurę, kogo bardziej podrzuciło. Ten turniej wygraliśmy my – po jednej wyrwie obluzowały nam się  obydwa lusterka. Granicę ukraińsko-rumuńską przekroczyliśmy na przejściu Porubne – Siret i do Suczawy dotarliśmy około północy. Noc spędziliśmy w naszym sprawdzonym motelu Troja – tani i dobry. Na dobranoc nie obyło się bez degustacji ukraińskich napojów wyskokowych. Zaraza poznawał z uśmiechem na ustach nowe smaki ukraińskich bronków – czego zresztą rano bardzo żałował… 

[Bronisław, czule zwany Bronkiem – złocisty napój z chmielu o większej lub mniejszej zawartości procentów].

Dzień 2. (7. lipca czwartek)

Pierwszy dzwon i inwazja ślimaków…

Wyprawa motocyklowa. Gruzja - Swanetia 2011. Rumunia - Vama Veche - Mietek w fazie snu głębokiego.

Wyprawa motocyklowa. Gruzja – Swanetia 2011. Rumunia – Vama Veche – Mietek w fazie snu głębokiego.

Wczesnym rankiem po śniadaniu wyruszyliśmy w dalszą drogę. Wreszcie przestało padać. Tuż po starcie Zaraza zaliczył na wilgotnej jezdni pierwszą podczas wyprawy lecz na szczęście nieszkodliwą wywrotkę, której pozostałością był tylko stłuczony bark oraz skrzywiony do końca wyjazdu stelaż kufrów. W lusterku udało nam się dostrzec tylko koła jego motocykla wystające spod tira. Wpadł w poślizg i zaliczył uderzenie głową w oponę. Jak on to zrobił ? Wirtuozeria i gibkość ruchów. Wyglądało to dość zabawnie, zresztą po postawieniu motocykla we właściwej pozycji i pozbieraniu gratów z drogi zaśmiewaliśmy się jeszcze z dziesięć minut. Dalsza trasa przez Rumunię przebiegła bez żadnych niespodzianek. Pogoda nam sprzyjała. Późnym wieczorem dojechaliśmy nad Morze Czarne i postanowiliśmy się tradycyjnie zatrzymać na nocleg w legendarnym Vama Veche. Szukając miejsca na namiot spotkaliśmy dwóch motocyklistów z Krakowa. Przyciągnęła ich tu sława tego miejsca. Chłopaki czekali na znajomych poznanych w Budapeszcie i umilali sobie czas degustacją browarów. Vama Veche zaskoczyło nas jak zwykle. W trakcie wieczoru zauważyliśmy, że jesteśmy oblegani i otoczeni przez bandę ślimaków, które wspinają się na śpiwory, motocykle, buty. Te małe skurkowańce osaczały nas z każdej strony…!!! Zaraza nawet jednego skonsumował, myśląc, że to ziarno słonecznika.
Cytuję: „Właśnie wpierdzieliłem ślimaka. Myślałem, że słonecznik mi upadł. Ale chrupało.” 

Wyprawa motocyklowa. Turcja - przerwa na posiłek wspólnie z Maćkiem Grzelakiem.

Wyprawa motocyklowa. Turcja – przerwa na posiłek wspólnie z Maćkiem Grzelakiem.

P. S. Koszt noclegu – b. tani. Wspomnienia i doznania estetyczne – bezcenne.

Dzień 3. (8 lipca piątek) 

Biwak na stacji benzynowej i romans z cudownym czteropakiem Leżajska…

Wyprawa motocyklowa. Gruzja - Swanetia 2011. Turcja - Tamara z kromką tureckiego chleba.

Wyprawa motocyklowa. Gruzja – Swanetia 2011. Turcja – Tamara z kromką tureckiego chleba.

Zaraza zgubił po drodze gumowe klapki, do których był bardzo przywiązany emocjonalnie. W Istambule trafiliśmy niestety na potworny korek, w którym kwitliśmy trzy godziny. W końcu udało nam się jakoś przejechać Most Galata i wjechaliśmy do Azji. Witaj Wschodzie!!! Drogi w Turcji są fantastyczne, nie można sobie lepszych wymarzyć. Za to kierowcy tureccy jeżdżą jak szaleni – szybko i niebezpiecznie blisko. Czasami wręcz ocierali się o nas !!!  Zmęczeni całodzienną podróżą i staniem w korku zdecydowaliśmy się na nocleg przy autostradzie na stancji benzynowej w okolicy Bolu.  Prowiant mieliśmy ze sobą ale w Turcji jest ogromny problem z kupnem alkoholu. W sklepie na stacji spotkał nas ogromny zawód – brak piwa. Zdruzgotani udaliśmy się „nieprzyzwoicie trzeźwi” na spoczynek pod drzewem. I wtedy właśnie zdarzył się cud – Zaraza zwany Mietkiem wyciągnął ze swojego bezdennego kufra czteropak Leżajska. Szok! Niech żyje nasz zbawca. Po szybkich oględzinach, okazało się, że jedna puszka ucierpiała w trasie i jej zawartość wylała się do kufra. Przez jakiś czas bambetle Zarazy zalatywały chmielem. Bronek mimo, że bardzo ciepły smakował niczym nektar i sprowadził na nas przyjemne sny.

Turcja - Maciek Grzelak na stacji benzynowej podczas swojej podróży "Dookoła na dwóch kołach"  Turcja - nocleg na stacji benzynowej  Turcja - pakowanie na stacji benzynowej


 

Wyprawa motocyklowa. Gruzja - Swanetia 2011. Turceko-gruzińskie przejście graniczne.

Wyprawa motocyklowa. Gruzja – Swanetia 2011. Turceko-gruzińskie przejście graniczne.

Dzień 4. (9. lipca sobota)  

Zaginiony w akcji…

Było już grubo po południu a my ciągle przemierzaliśmy Turcję i nie byliśmy zadowoleni z tego faktu. Nawet fantastyczna nawierzchnia dróg już nas nie cieszyła. Czuliśmy się znużeni tureckimi pejzażami i turecką atmosferą – zewsząd obserwowały nas wścibskie oczy. W Fatsa brnęliśmy przez miasto w ogromnym korku. Zgubimy w tym tłumie z oczu Zarazę. Kiedy w końcu wydostaliśmy się z miasta okazało się, że zapadł się pod ziemię. Postanowiliśmy poczekać na niego na jednej ze stacji benzynowych za miastem. Czekaliśmy i czekaliśmy więc i nic … Minęło około czterdzieści minut a jego wciąż nie było. Niech Allah będzie z nami ! Miękka faja zaginął w akcji.

[Miękka faja – osobnik zwany inaczej sprutym beretem. Domator, gość ciągle marzący o spaniu, bronkach i ciepłych bamboszkach].

Wyprawa motocyklowa. Gruzja - Swanetia 2011. Gruzja - Batumi.

Wyprawa motocyklowa. Gruzja – Swanetia 2011. Gruzja – Batumi.

Granicę turecko – gruzińską przekroczyliśmy jeszcze przed północą. Pogranicznicy gruzińscy pytali, czy już kiedyś byliśmy w Gruzji? Są bardzo mili, nie trzeba nawet zsiadać z motocykla, żeby załatwić formalności paszportowe i celne. Wcale nie wydawali się zaskoczeni, gdy mówiliśmy, że Gruzja jest niesamowita i wrócimy tu na pewno jeszcze nie raz. Za przejściem od razu wzbudziliśmy ciekawość wśród tubylców. Byli ciekawi ale nie natrętni. Zasypywali nas pytaniami: „Skąd jesteśmy?”, „Ile kosztuje taki motocykl?”, „Jak szybko można na nim jechać?”

 

Wyprawa motocyklowa. Gruzja - Swanetia 2011. Gruzja - Batumi/Makhinjauri - Mietek podczas snu.

Wyprawa motocyklowa. Gruzja – Swanetia 2011. Gruzja – Batumi/Makhinjauri – Mietek podczas snu.

Dzień 5. (10 lipca niedziela)

Rzecz o farelach i bronkach czyli impreza na okrągło…

Kiedy w końcu wstaliśmy, było już grubo po południu. Wszyscy zaspali, nasi gospodarze też. Zaraza nie mógł się dobudzić prawie do wieczora. W nocy miał niezłą przygodę – musiał sikać przez okno do stawu z pstrągami. Obejście jest całą noc pilnowane przez ostrego psa i Asłan (nasz gospodarz i przyjaciel) zabronił nam wychodzić w nocy z domu bez niego. Trudno, żebyśmy go budzili na każde siku!!! Na śniadanie (ok. 16:00) jedliśmy oczywiście chaczapuri i kinkali – sakwy z mięsem. Zaraza zachwycał się co rusz tutejszą kuchnią. My już znaliśmy jej zalety. Wieczorem postanowiliśmy zwiedzić Batumi – dużo się tu zmieniło. Wszędzie pełno luksusowych hoteli, restauracji, barów. Wzdłuż morza ciągnie się przepiękny deptak. Centrum zachwyca fontannami, skwerami oraz przepięknymi parkami i placykami. Chyba mogłabym tu zamieszkać… Od początku czułam się tu dobrze. Po powrocie do „bazy” znowu impreza – czyli pstrągi, chaczapuri, ostryj (potrawa z bardzo ostro przyprawionej wołowiny), piwo i gruzińskie wino. Jako goście musieliśmy też spróbować czaczy (wódki z pestek winogron) i koniaku domowego wyrobu. Dobrze przewidziałam – następnego dnia pękały nam głowy.

Dzień 6. (11 lipca poniedziałek)

Gruzińskie wino i spotkanie z kaukaskimi góralami…

Gruzja - Batumi - widok z baru na zabytki. W tle pomnik Medei ze złotym runem w ręce.

Gruzja – Batumi – widok z baru na zabytki. W tle pomnik Medei ze złotym runem w ręce.

Małe pakowanko, obowiązkowa konsumpcja fareli i i ruszyliśmy w kierunku Swanetii – jednego z najbardziej niedostępnych regionów Gruzji i krainy położonej w cieniu najwyższych gór Kaukazu. Mieliśmy nadzieję, że Swanowie zamieszkujący obronne wieże z kamienia okażą się życzliwymi ludźmi. Wśród Gruzinów krążą o nich różne opowieści. Opowiadali nam o dzikich, wybuchowych i groźnych ludziach gór. Przyznam się szczerze, że mieliśmy mieszane uczucia i byliśmy przygotowani na wszystko. Naszym celem było tego dnia Uszguli – najwyżej położona wieś Swanetii. Jechaliśmy naładowani energią drogą asfaltową wzdłuż Morza Czarnego – w kierunku na Poti. Asfalt  początkowo można było określić mianem „całkiem niezłego”, potem oczywiście zaczęła się typowo górska trasa. Ciągle mieliśmy nadzieję, że uda nam się gdzieś kupić mapę Gruzji. Przeszukaliśmy w celu zdobycia tej piekielnej mapy całe Poti i Kutaisi – bez skutku! W kioskach – nie mieli, w księgarniach były tylko mapy historyczne, w sklepach z artykułami biurowymi też brak. Suma sumarum nie udało nam się kupić mapy ale Zaraza zrobił pokaźne zakupy – blaszany garnuszek (nie wziął z domu żadnego kubka) i UWAGA, UWAGA – KLAPKI JAPONKI. Zapierał się, że w życiu takiego szajsu na swoje stópki nie założy a tu proszę! Widać w Gruzji wszystko jest możliwe. W jednym ze sklepów udało nam się za to kupić za grosze baterie do Nokii, które jakimś cudem pasowały do naszej kamery.  Za dwie baterie zapłaciliśmy jakieś 6 złotych.

Wyprawa motocyklowa. Gruzja - Batumi - nabrzeże portowe i wędkarze.

Wyprawa motocyklowa. Gruzja – Batumi – nabrzeże portowe i wędkarze.

Gruzja - fontanna w Batumi

Gruzja – fontanna w Batumi

Przed kolacją musieliśmy spróbować jakiegoś kaukaskiego specjału – rośliny przypominającej wyglądem nasz rabarbar. Była ohydna i smakowała jak mydło ale poczęstunek to poczęstunek. Musieliśmy się poświęcić. Podczas rozmów przy stole dowiedzieliśmy się, że trafiliśmy na stypę po zmarłym bracie naszych gospodarzy. Piliśmy więc i za jego zdrowie ulewając – swanskim sposobem – wino na ziemię. Najstarszy z rodziny – czyli podpity duży gość, który nas zatrzymał szczególnie przywiązał się do Zarazy. Co chwila klepał go po plecach, ściskał i całował. To był komiczny widok. Popijawa przeciągnęła się do późnych godzin wieczornych. Spaliśmy w suterynach w starym domu – było nam duszno i gorąco ale gościna to gościna. Z grzeczności nie wypadało nam się przenosić do ogrodu. Zaraza spał jak królewna Śnieżka na kilkunastu kołdrach, materacach i kocach. Rano znaleźliśmy go na podłodze rozciągniętego wzdłuż progu przy drzwiach. Czyżby gniotło go w nocy ziarnko groszku?:)

Gruzja - Poti - w poszukiwaniu mapy Gruzji

Gruzja - Batumi  Gruzja - Batumi/Makhinjauri  Gruzja - Batumi/Makhinjauri - pożegnalne zdjęcie z gospodarzami

Gruzja - na dachu stacji benzynowej groźny pies  Gruzja - Poti - bagaż Mietka tuż po zakupach  Gruzja - miasteczko w drodze do Uszguli i przemiły policjant

 

Gruzja - w drodze do Uszguli - sesja zdjęciowa  Gruzja - w drodze do Uszguli - ostatnie tankowanie  Gruzja - w drodze do Uszguli - ostatnie tankowanie

 

Gruzja - w drodze do Uszguli - zakupy  Gruzja - w drodze do Uszguli  Gruzja - w drodze do Uszguli

 

Gruzja - w drodze do Uszguli - co robił Mietek?  Gruzja - w drodze do Uszguli  Gruzja - Tekali - gościna u Swanów przy kamiennym stole  Gruzja - Tekali - nasza sypialnia

 


Gruzja - Swanetia - poranek w Tekali

Wyprawa motocyklowa. Gruzja – Swanetia – poranek w Tekali

Dzień 7. (12 lipca wtorek)

Kamienne wieże Uszguli, górski off road,  dzwony nad przepaściami i złośliwe japońskie klapki…

Wyprawa motocyklowa. Gruzja - Swanetia - poranek w Tekali - pierwsza kamienna wieża

Wyprawa motocyklowa. Gruzja – Swanetia – poranek w Tekali – pierwsza kamienna wieża

Mamy szacunek do Kaukazu po tej trasie. Myślę, że możemy być z siebie dumni i cieszyć się, że Swanetia była dla nas tak łaskawa. Te góry mogą wielu nauczyć pokory. Zaliczyliśmy wiele wywrotek. Niektóre były głupie, inne przez nieuwagę, kilka  naprawdę ryzykownych i niebezpiecznych. Za którymś razem przewróciliśmy się z Głaziem tuż nad krawędzią przepaści. Niewiele brakowało i pewnie nie wyciągnęliby nas stamtąd do wiosny następnego roku. Najfajniejsze jest to, że mimo tych wszystkich wywrotek, siniaków, zadrapań – mieliśmy niesamowity humor. Żartowaliśmy z siebie i licytowaliśmy, kto więcej razy i najbardziej efektownie zaliczył glebę. Po piątym dzwonie przestaliśmy liczyć. Po podsumowaniu strat wyszło, że Zaraza bardzo  zmasakrował swój stelaż do kufrów (wyglądał jak przetrącony wielbłąd). U nas na którymś z podjazdów poszła w drzazgi owiewka, potłukł się prawy przedni kierunkowskaz i dwa lub trzy razy odpadł nam kufer, którym zahaczyliśmy o wystające z drogi wielkie kamienie. Kierunek długo nie cierpiał, Paweł opatrzył go szybko gazikiem i zakleił plastrem. Było naprawdę ostro i prawdziwie crossowo.

Wyprawa motocyklowa. Gruzja - Swanetia - poranek w Tekali

Wyprawa motocyklowa. Gruzja – Swanetia – poranek w Tekali

Wyprawa motocyklowa. Gruzja - Swanetia - poranek w Tekali - czy to kac ?

Wyprawa motocyklowa. Gruzja – Swanetia – poranek w Tekali – czy to kac ?

Gruzja - Swanetia - Uszguli - postój pod sklepem

Gruzja – Swanetia – Uszguli – postój pod sklepem

Gruzja - Swanetia - poranek w Tekali - rzeź jagniątka na święto Piotra i Pawła  Gruzja - Swanetia - poranek w Tekali - pożegnalne zdjęcie rodzinne  Gruzja - Swanetia - przydrożny wodospad  Gruzja - Swanetia

Gruzja - Swanetia - Łotysz na Yamaha Diversion - niech mi nikt nie mówi, że takim sprzętem się nie da !  Gruzja - Swanetia - pierwszy udokumentowany dzwon w Swanetii  Gruzja - Swanetia - drugi dzwon, po którym sypały się już następne :-)  Gruzja - Swanetia - chwila na odpoczynek

Gruzja - Swanetia - most na drodze do Uszguli  Gruzja - Swanetia - droga do Uszguli i płynący po niej potok  Gruzja - Swanetia - droga do Uszguli. Lepimy bałwana i odkrywamy źródło na środku drogi.  Gruzja - Swanetia - droga do Uszguli. Kolejny dzwon - uderzamy kufrem w duży kamień na środku drogi. Żółtek chciał zwiedzić przepaść. Od tego momentu nie było już tak wesoło.

Gruzja - Swanetia - droga do Uszguli. Prostowanie kufra.  Gruzja - Swanetia - Uszguli - widok na najwyższy szczyt Gruzji - Szchara – 5069 m.n.p.m.  Gruzja - Swanetia - Uszguli - jeszcze raz widok na Szcharę – 5069 m.n.p.m.  Gruzja - Swanetia - kamienne wieże Uszguli

Gruzja - Swanetia - dzwon na trasie Uszguli - Mestia. Nie wszystkie udało się udokumentować.

Gruzja – Swanetia – dzwon na trasie Uszguli – Mestia. Nie wszystkie udało się udokumentować.

Gruzja - Swanetia - kamienne wieże Uszguli  Gruzja - Swanetia - kamienne wieże Uszguli  Gruzja - Swanetia - Uszguli  Gruzja - Swanetia - samotna wieża na trasie Uszguli - Mestia

Gruzja - Swanetia - rzeczna przeprawa na trasie Uszguli - Mestia. Tak nas nazwali dokumentujący nasze zmagania turyści z Izraela.

Gruzja – Swanetia – rzeczna przeprawa na trasie Uszguli – Mestia. Tak nas nazwali dokumentujący nasze zmagania turyści z Izraela.

Gruzja - Swanetia - dzwon na trasie Uszguli - Mestia  Gruzja - Swanetia - rzeczna przeprawa na trasie Uszguli - Mestia przeraziła nas swoim widokiem. W rzeczywistości nie była taka straszna.  Gruzja - Swanetia - rzeczna przeprawa na trasie Uszguli - Mestia. Przejazd po gruntowaniu.  Gruzja - Swanetia - rzeczna przeprawa na trasie Uszguli - Mestia. Przejazd po gruntowaniu.

Gruzja - Swanetia - po rzecznej przeprawie na trasie Uszguli - Mestia. Krótkie dyskusje z turystami z Izraela, wymiana adresów i kontakt pozostał :-)

Gruzja – Swanetia – po rzecznej przeprawie na trasie Uszguli – Mestia. Krótkie dyskusje z turystami z Izraela, wymiana adresów i kontakt pozostał 🙂

Gruzja - Swanetia - nocleg z pieknym widokiem w okolicy Mestii.

Gruzja – Swanetia – nocleg z pięknym widokiem w okolicy Mestii. Luksusowy hotel pod gwiazdami.

Dzień 8. (13 lipca środa)

Gruzja - Swanetia - nocleg z pięknym widokiem w okolicy Mestii..

Gruzja – Swanetia – nocleg z pięknym widokiem w okolicy Mestii..

Zawiedzione nadzieje i mrożąca w żyłach podróż busem…

Rano obudził nas tętent kopyt. Odwiedził nas góral i uwaga: pytał czy wszystko u nas w porządku i czy niczego nie potrzebujemy. To typowe gruzińskie zachowanie za każdym razem wywołuje u nas i myślę, że u większości turystów z Europy zachodniej zdziwienie i osłupienie. Spakowani po śniadaniu odpaliliśmy nasze sprzęty. U Mietka wystąpił jakiś problem z rozruchem – jego Tenerka paliła tylko na jeden gar. Chwilę później jednak zatrybiła. GS odpalił też bez problemu. Jednak  po pięciu  minutach zgasł. To był właśnie ten moment, którego obawiamy się zawsze najbardziej podczas naszych podróży.

Gruzja - Swanetia - śniadanie z pięknym widokiem w okolicy Mestii.

Gruzja – Swanetia – śniadanie z pięknym widokiem w okolicy Mestii.

Awaria. Katastrofa. Masakra. Nieszczęście. Motocykl padł. Głazio z Zarazą próbowali przy nim grzebać ale nic z tego nie wyszło. To była zabawa w kotka i w myszkę. Przeczyszczali wtryski, sprawdzali świece i nic. Trup. Nie chciał w ogóle zapalić… Niech to gwint! A takie mieliśmy dziś ambitne plany. Chcieliśmy objechać Abchazję, zwiedzić Zugdidi i jechać już w kierunku granicy z Armenią. Stoczyliśmy się tylko na luzie z naszej góry i dojechaliśmy tak a właściwie dotoczyliśmy się  do następnej wioski – dobrze, że było z górki. Postawiliśmy na życzliwość Gruzinów i postanowiliśmy szukać szczęścia i pomocy u  przejeżdżających kierowców. Musieliśmy coś wykombinować i dostać się jakoś do cywilizacji. Na nasze szczęście lub nieszczęście trafiła nam się ekipa robotników drogowych, dla których staliśmy się okazją do zbicia niezłej kasy.

Gruzja - Swanetia - awaria elektryki w okolicy Mestii.

Gruzja – Swanetia – awaria elektryki w okolicy Mestii.

Po meczących targach nasi dręczyciele i wybawcy – w jednej osobie – zgodzili się przetransportować nas za 120 Euro i 100 larów do Poti. Niestety, chociaż nam się to wszystko nie podobało, nie mieliśmy innego wyjścia. BMW znów wycięło nam brzydki numer. Byliśmy wściekli, bo awaria pokrzyżowała nam plany wakacyjne.

Nasza mocno podejrzana „ekipa ratunkowa” sprowadziła skądś Forda Transita i zaczęła się nasza misja ratunkowa w towarzystwie dwóch gburowatych Gruzinów. Mietek jechał gdzieś przed nami swoją Tenerką. Droga między Mestią – skąd wyjechaliśmy – a Zugdidi była w trakcie budowy. Pełno było na niej walców, dźwigów, ciężarówek i innego żelastwa.

Gruzja - Swanetia - awaria elektryki w okolicy Mestii. Transport do Poti.

Gruzja – Swanetia – awaria elektryki w okolicy Mestii. Transport do Poti.

Jeśli napiszę, że znajdowała w okropnym stanie to będzie kłamstwo. Tam w ogóle nie było żadnej drogi !!! Zaczęłą się nasza koszmarna podróż. Kilka razy mieliśmy śmierć w oczach, bo kierowca chyba lubił adrenalinę i jechał ciągle tuż nad krawędzią urwisk. Nie wspominałam chyba jeszcze, że mimo ciężaru (motocykl  z bagażem i czwórka pasażerów) nasz kierowca jechał ile miał na zegarze. Trasa prowadziła wzdłuż rwącej i niebezpiecznej rzeki Enguri. Nasi towarzysze podróży raczyli nas podczas podróży opowieściami na temat tej rzeki. Podobno pochłonęłą wiele istnień – zaginęło na niej kilka ekip raftingowych z różnych części Europy. Teraz już nikt się nie próbuje z rzeką. Wygrała… Rafting został na niej oficjalnie zabroniony. Zawieźli nas nawet na taras widokowy, żebyśmy mogli zobaczyć ogromną tamę.

Gruzja - Swanetia. Mietek ze Swanem, który chciał wyłudzić od niego buty motocyklowe.

Gruzja – Swanetia. Mietek ze Swanem, który chciał wyłudzić od niego buty motocyklowe.

Betonowa zapora wodna na rzece Inguri ma 272 metry wysokości. Jest aktualnie trzecią pod względem wysokości zaporą na świecie. Wskutek wybudowania tamy powstało sztuczne jezioro. Mieści się tu również elektrownia wodna, której cześć znajduje się na terytorium Abchazji. W trasie zatrzymaliśmy się na obiad, za który zapłacili nasi przewoźnicy a w sumie my. Płacili kasą, którą dostali od nas za przejazd.  Ci goście mnie chwilami przerażali. Głazio siedział całą drogę z tyłu i pilnował motocykla, który na każdym zakręcie niebezpiecznie się przekrzywiał. Ja zostałam „uwięziona” między dwoma wielkimi spoconymi Gruzinami, palącymi jak lokomotywy. Siedziałam w krótkich spodenkach na wełnianym i koszmarnie gryzącym kocu a przez okna wpadały tumany pyłu i kurzu. To było prawdziwe wyzwanie. Po około 6 lub 7 godzinach  nasza męczarnia dobiegła końca i w końcu dotarliśmy do Poti, gdzie czekał na nas Mietek.

Gruzja - Swanetia. Słuszne stwierdzenie Mietka - dwa osły już tu są.

Gruzja – Swanetia. Słuszne stwierdzenie Mietka – dwa osły już tu są.

Co za ulga! A myślałam, że wszyscy tam zginiemy. Widocznie to nie był jeszcze nasz czas. Wyładowaliśmy się w porcie i od razu zwróciliśmy na siebie uwagę miejscowych policjantów oraz pracowników portu. Głazio został przy bagażach a my z Zarazą na jego Tenerce pojechaliśmy poszukać jakiegoś mechanika. To było dla mnie ciekawe doświadczenie. Przesiadłam się z BMW na Tenerę i czułam się jak na komarze. Wąskie siedzonko (jak w Romecie), dźwięk słabiutki (niczym komar lub motorower). Podzieliłam się moimi przemyśleniami i spostrzeżeniami z Mietkiem ale powiedział, że jak jeszcze raz to powiem to mnie zostawi na obrzeżach miasta i nikt mnie nie znajdzie do wiosny. W drodze powrotnej do portu zatrzymał nas policjant. Nic nie zrobiliśmy! Nie złamaliśmy żadnego przepisu.

Gruzja - Swanetia. Rzeka Inguri i jej przydrożna przepaść.

Gruzja – Swanetia. Rzeka Inguri i jej przydrożna przepaść.

Gliniarz chciał nam najzwyczajniej w świecie pomóc. Zobaczył obcą rejestracje i zaoferował pomoc.  Mietek był w ciężkim szoku. A to tylko zwykły uprzejmy i życzliwy gruziński policjant. Postanowił więc Mietek, że przy pierwszej nadarzającej się okazji powie naszym policjantom, że są chamy i gbury i powinni uczyć się kultury od gruzińskiej policji. Pod naszą nieobecność  – jak się potem Głazio wygadał – inni bardzo mili policjanci załatwiali mu tani nocleg. Pomogli nam znaleźć tani transport (autohol) i wyruszyliśmy do Batumi, bo tylko stamtąd kursują osobowe promy do Bułgarii i na Ukrainę.

Motocykl byliśmy zmuszeni zostawić w porcie, tuż obok strażników. Obiecali, że będą mieć na niego oko. Wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do naszych znajomych, za Batumi. Musieliśmy  przeczekać u nich kilka dni.

Gruzja - Swanetia - prace budowlane na trasie Zugdidi - Mestia

Gruzja – Swanetia – prace budowlane na trasie Zugdidi – Mestia

Gruzja - Swanetia - prace budowlane na trasie Zugdidi - Mestia. Mietek w jednym z budowanych tuneli.  Gruzja - Swanetia - motocyklista z Węgier na trasie Zugdidi - Mestia  Gruzja - betonowa zapora wodna na rzece Inguri - 272 metry wysokości. Aktualnie trzecia pod względem wysokości zapora na świecie.  Gruzja - typowe korki uliczne na mostach

Gruzja - Poti - okolice portu

Gruzja – Poti – okolice portu

Gruzja - Poti - transport motocykla z Poti do Batumi

Gruzja – Poti – transport motocykla z Poti do Batumi

Gruzja - Batumi/Makhinjauri - po przebudzeniu. Bukiet gruzińskich kwiatów.Dzień 9. (14 lipca czwartek)

W oczekiwaniu na Ukrferry

Wstaliśmy rano i od razu na śniadanie farele (pol. pstrągi). W ogóle podczas porannego posiłku pochłonęliśmy ogromne ilości jedzenia. Jak tak dalej pójdzie to podwoimy swoją wagę. Humor nam dopisywał, chociaż ciągle wisiała nad nami jak chmura gradowa świadomość, że nasza wyprawa dobiega powoli końca. To niezbyt przyjemne uczucie. A miało być tak pięknie… Mknęlibyśmy właśnie ku granicy z Armenią… Pech to pech. Pozostało tylko pogodzić się ze smutną rzeczywistością.

Po śniadaniu zaplanowaliśmy przebieg dnia. Ja z Mietkiem miałam pojechać na jego „Tenerce” do centrum Batumi w poszukiwaniu biura morskiego. Chcieliśmy zasięgnąć informacji o rejsach promów i cenach biletów. Wyciągaliśmy oczywiście wcześniej informację od naszych gospodarzy na temat lokalizacji biura. Przynajmniej wiemy, w której części miasta mamy go szukać. Nie błądziliśmy długo, pomógł nam turecki Gruzja - Makhinjauri - widok na Batumi. Na zdjęciu widoczna wilgotność powietrza.taksiarz, który bez namysłu podprowadził nas do niepozornego budynku Biura Morskiego. Na drzwiach i frontowej ścianie biura nie było żadnych informacji czy napisów sugerujących choć minimalnie, że właśnie tu można kupić bilety na prom. W środku urzędował wymalowany i obwieszony stosami biżuterii rudzielec, który traktował nas jak namolnych frajerów. Każde nasze pytanie zbywał lakoniczną i bardzo oszczędną w jakiekolwiek informacje odpowiedzią. W ciągu 20 minut wracaliśmy do biura jeszcze ze trzy razy aby uzupełnić nasze skąpe i niedokładne informacje. Głazio został na miejscu w barze. Postanowił odwiedzić Paata (znajomego, u którego nocowaliśmy w zeszłym roku) i zwiedzić najbliższą okolicę.

Wieczorem powłóczyliśmy się trochę po okolicy. Głazio kręcił się w pobliżu i robił nocne fotki a my z Mietkiem spędziliśmy wieczór siedząc na kamieniach na plaży paplając o pierdołach i śpiewając piosenki z dzieciństwa… Był „Ogórek” i „Zuzia, lalka nieduża” i różne inne…

 

Gruzja - Makhinjauri - widok na tunel biegnący w stronę Batumi.

Gruzja – Makhinjauri – widok na tunel biegnący w stronę Batumi.

Gruzja - Makhinjauri - Sandro - wnuk naszych gospodarzy, ich oczko w głowie.  Gruzja - Makhinjauri - przechodzimy tunelem do Batumi. Potworny smog.  Gruzja - restauracja w Batumi  Gruzja - domek w Batumi

Gruzja - nocna panorama Batumi

Gruzja – nocna panorama Batumi

Gruzja - targ w Batumi. Miejsce rzezi drobiu.Dzień 10. (15 lipca piątek)

Bazar, ulewa i gruzińskie pieśni wielogłosowe

To był długi dzień. Z samego rana postanowiliśmy wybrać się z Asłanem na batumskie targowisko w centrum miasta. Pojechaliśmy marszrutką i nie żałowaliśmy naszej decyzji. Mimo piekielnego upału – targ okazał się miejscem egzotycznym. U nas już się takich nie spotyka. Prawdziwy melanż towarów różnego asortymentu – mięsa na hakach, stosy świeżych warzyw i owoców poukładanych w fantastyczne formacje, pachnące stragany z milionami przypraw… Kopalnia skarbów. Pamiętam też, że przed wejściem na targowisko panował makabryczny smród. Prawdziwe pandemonium ohydy. Odór był niemożliwy do zniesienia i trudno było oddychać. Wszędzie walały się szczątki i kawałki zwierzątek hodowlanych. Potem pojechaliśmy do Biura Morskiego, żeby kupić te przeklęte bilety na prom. Długo myśleliśmy i rozważaliśmy opcje powrotu – płynąć do Bułgarii czy na Ukrainę? W Bułgarii problem z ubezpieczeniem motocykla rozwiązałby się sam. Na Ukrainie musielibyśmy kombinować jakiś transport, co wiązałoby się z Gruzja - targ w Batumikosztami. Szambo !!! Problem rozwiązał się sam. Przez najbliższy tydzień prom Ukrferry miał pływać tylko na Ukrainę. Kupiliśmy więc „niezbyt tanie” bilety  na najbliższy prom kierujący się do ukraińskiego portu Illiczewsk koło Odessy (165 $ osoba, 250 $ motocykl). Szkoda nam było trochę Zarazy – przez naszą awarię jego przygoda z Gruzją też skończyła się niespodziewanie szybko.

Po południu wybraliśmy się na plażę, żeby skorzystać z uroków słońca i zażyć morskiej kąpieli. Poszliśmy na skróty przez Ogród Botaniczny. Skrót poznaliśmy w zeszłym roku. Żaden ze strażników nas nie zaczepiał. Zresztą w razie czego mieliśmy mówić, że znamy Asłana i to była nasza przepustka. Pogoda niekoniecznie była fantastyczna, bo w drodze powrotnej zaskoczyła nas ulewa. Przemoczeni do suchej nitki człapaliśmy powoli i recytowaliśmy z pamięci fragmenty rosyjskich czytanek z lat szkolnych. To był niezły ubaw. ”My sobirali jagody i griby…”

Wieczorem czekała na nas niespodzianka! Gruzińska biesiada – czyli muzyka, wielogłosowe pieśni i toasty na żywo. Do naszych gospodarzy przyjechali znajomi, którzy jak się okazało tworzyli całkiem niezły zespół Gruzja - targ w Batumimuzyczny. Prawie do rana mogliśmy podziwiać Gruzinów w akcji – nawet sobie nie wyobrażacie ile oni mogą zjeść, wypić i wznieść toastów. O rany – to była szalona noc… Ja przysłuchiwałam się tej zabawie z pokoju – nie czułam się najlepiej. Dopadło mnie jakieś przeziębienie. Jednak Zaraza i Glazio wczuli się totalnie i dogłębnie w gruzińską atmosferę, bo ledwo wrócili do pokoju. Rano też nie wyglądali najlepiej…

 

Gruzja - targ w Batumi  Gruzja - targ w Batumi  Gruzja - targ w Batumi

Gruzja - targ w Batumi  Gruzja - zabytki Batumi  Gruzja - hotelowy dziedzińec w Batumi  Gruzja - mieszkalny dziedzińec w Batumi

Gruzja - Batumi - kamienica na sprzedaż  Gruzja - ulice Batumi  Gruzja - kebab w tureckiej restauracji w Batumi  Gruzja - rabata z gruzińską flagą w Batumi

Gruzja - nabrzeże portowe w Batumi  Gruzja - Mietek w roli Posejdona przyłapany na odpoczynku lub jak kto woli oddaje się ulubionej czynności  Gruzja - Makhinjauri - Tamara córka naszych gospodarzy - kursująca z dostawą  Gruzja - Makhinjauri - Sofija córka naszych gospodarzy - kursująca z dostawą  Gruzja - Makhinjauri - gruzińska biesiada z zespołem "BAGRATIONI GROUP DRAM"


Gruzja - plaże Batumi

Dzień 11. (16 lipca sobota)

Gruzińska uczta  – czyli picie wina z rogu, śpiewy i tańce…

Ten dzień był spisany na straty. Po wczorajszej imprezie nikt nie kwapił się do wstawania. Posejdon czyli Zaraza spał prawie do wieczora – wstawał tylko na posiłki. Absolutnie nic mu nie przeszkadzało w błogim śnie. Nie wiem jak on to robił ale potrafił spać nieprzerwanie przez kila godzin. Nie musiał nawet korzystać z toalety. W sumie spał pod oknem i w razie czego mógł to wykorzystać… Zrobiliśmy mu sesję zdjęciową na śpiąco. Nasi znajomi zaśmiewali się z niego całe popołudnie. Szczególnie bawił ich fakt, że siadając na krześle podkładał sobie pod tyłek kołdrę lub poduszkę. Bidulek ciągle chyba odczuwał trudy jazdy przez Turcję! Dzień upłynął na włóczeniu się z kąta w kąt. Marazm…

Wieczorem jednakże atmosfera wyraźnie się ożywiła. Rozkręciła się pożegnalna impreza –  nazajutrz mieliśmy wyjechać. Zeszli się wszyscy znajomi i nieznajomi i tradycyjnie zaczęto wznosić toasty. Piliśmy nawet gruzińskie wino z rogu – to był niesamowity zaszczyt!!! Potem zaczęliśmy śpiewać a Yago uczył mnie gruzińskich tańców. Było super. Ale wiedzieliśmy, że rano będziemy cierpieć…

Gruzja - gruzińska uczta. Picie wina z rogu to zaszczyt. Asłan jako tamada.  Gruzja - gruzińska uczta  Gruzja - Batumi - ukraiński prom Ukrferry  Gruzja - Batumi - panorama miasta

Gruzja - Batumi - panorama miasta

Gruzja – Batumi – panorama miasta

Gruzińskie banknoty - Lary

Gruzińskie banknoty – Lary

W promowej kajucie z naszym współlokatorem Łukaszem. Pozdrawiamy. Wygraj wszystkie maratony !Dzień 12. (17 lipca niedziela)

Przygoda na promie czyli nocne podjadanie w toalecie…

I w końcu nadszedł ten dzień – z jednej strony nie mogliśmy się go doczekać, z drugiej nie chcieliśmy żeby w końcu nastał. Nasz ostatni dzień w Gruzji i w Batumi. Cholera – dlaczego tak trudno wyjechać z tego kraju? Do portu odwiózł nas kuzyn Asłana. Poznosili z nami wszystkie bambetle a w porcie pomagali nam przy przepakowywaniu bagażu. Na pożegnanie dostaliśmy dwa butle wina na drogę. Zabawa z zaokrętowaniem zaczęła się – tak jak przewidzieliśmy – po przekroczeniu bramy portowej. Oczywiście musiałam się ze dwa razy przebiec do oddalonej kilkadziesiąt metrów dalej budki portowej, w której załatwiali dokumenty. A mieliśmy niby komplet papierów… Nasz motocykl sprawił nam niespodziankę – cudownie się naprawił. Po prostu jakby nigdy nic odpalił. Bydlak, gad jeden, niemyty żółtek….xxxxxxxxxx! Jakby wcześniej nie mógł!!! Postanowiliśmy rozprawić się z nim w Polsce.

 

Pasażerski prom UkrferryByło koło 9:00 rano a my byliśmy zwarci i gotowi do zaokrętowania. Oczywiście wcześniej wysłaliśmy Mietka na zakupy po najpotrzebniejsze gadżety – bronki, chleb, bronki, konserwy, bronki… Jak się okazało na pokład mogliśmy wjechać dopiero po południu ale nie mogliśmy już opuścić terenu portu, więc kwitliśmy w krzakach. Po jakimś czasie zgłodnieliśmy i pożarliśmy nasze zapasy na prom. Mietek nie wytrzymał i otworzył bronka. Włóczyliśmy się tak między tirami, wagonami, dźwigami….Mietek otwierał kolejne bronki…W końcu pozwolili nam wjechać na pokład. Okazało się, że trafiła nam się fajna czteroosobowa kajutka. Do towarzystwa dostaliśmy rodaka – Łukasza z Chorzowa. Szybko się zintegrowaliśmy przy bronku i gruzińskim winie. Mietek najbardziej. Na kolację poszliśmy już niestety bez niego. Odpadł i nie dawał żadnych znaków życia. Sądzę, że to czekanie tak go zmęczyło. Porcję Mietka chłopcy podzieli między siebie – przynajmniej się nie zmarnowała.

 

W nocy obudził nas bardzo podejrzany hałas… Coś szeleściło i chrupało na grandę w naszej kajucie. Po zwiadzie okazało się, że sprawcą podejrzanych dźwięków był nie kto inny tylko Zaraza, siedzący w toalecie na sedesie i konsumujący bezczelnie  chrupkie pieczywo Wasa tzw. suchy chleb dla konia. Morze Czarne - zachód słońcaPodobno otrzeźwiawszy poczuł ogromny głód i nie chcąc nas budzić połykał co było pod ręką. Zapytał nas oczywiście, czy jedliśmy kolację i czy przypadkiem nie mamy jego porcji!? Zasypialiśmy tej nocy  na promie wsłuchując się w okropnie głośną klimatyzację, która dla mnie okazała się prawdziwym zbawieniem. Zagłuszyła potrójne chrapanie moich sympatycznych współpasażerów. Jeden z nich śnił zapewne o kolacji i następnych bronkach, drugi o spotkaniu z delfinami a trzeci – nowy – biegł pewnie w jednym ze swoich maratonów. Mi przyśnił się Kaukaz…

 

Dzień 13  (18.  lipca poniedziałek)

 

Wypoczynek na morzu czyli rycząca klima i pranie gaci…

 

Motocykle na okręcie

Życie na promie płynie leniwie. Zawsze mam wrażenie, jakby czas zatrzymał się w miejscu. Dookoła tylko morze. Nie mówię, że nie jest piękne, ale trzy dni „nic nierobienia”  to był dla mnie koszmar! Czas i pory dnia wyznaczały nam posiłki podawane o stałych godzinach: śniadanie, obiad i kolacja. I tak w kółko… Z nudów zapisywaliśmy menu. Chłopcy urozmaicali sobie czas na pokładzie i obserwowali delfiny. Póki mieliśmy bronki nie było źle. Prawdziwe nudy zaczęły się w momencie wyczerpania chmielowych zapasów. Co tu można robić??? Dni umilaliśmy sobie jak mogliśmy chociaż opcji nie było zbyt wiele.  Praliśmy więc koszulki, gacie, itp. Co za wyszukane rozrywki. Mietek po raz setny usiłował doprać swoje białe t-shirty, które wziął na wyprawę. Jedną ze swoich koszulek porzucił gdzieś w górach. Nie wyschła do końca i zaczęła potwornie cuchnąć – jak to określił Mietek „jak z murzyńskiej chaty”. Wylądowała gdzieś na dnie przepaści. Biedaczka.

Niespodziewanie nadszedł krytyczny moment! Skończyły się zapasy bronka!!! Poradziliśmy sobie i w tej sytuacji – zajęliśmy się zimnymi napojami w promowym barze. Nie było tam może tanio ale jak się nie ma co się lubi, to się bierze co się ma pod ręką. Barman – Ukrainiec był całkiem miły. Pozwolił chłopcom przykleić naklejkę radiatora na drzwi tuż nad barem. Miał ich tam zresztą sporą kolekcję. Było nawet kilka z Polski. Przy pożegnaniu stwierdził, że jesteśmy najmilszymi Polakami z jakimi miał kiedykolwiek do czynienia. To chyba przez to, że odnieśliśmy kufle do baru. Wieczór umilało nam suszenie gatek na otwartych oknach i gdzie się tylko dało. Noc upłynęła w huku warczącej klimatyzacji…

 

Barman dusza człowiek. Dołączył radiatorka do swojej kolekcji naklejek.  Naklejamy adres radiatora  Radiator naklejony - pływa na promie Ukrferry na trasie Batumi-Illiczewsk.  Tamara śni o Kaukazie  Głazio wypatruje stad delfinów

Głazio przegląda mapy  Promowa łazienka - pranie gaci  Mietek w ubranku przeciwudarowym  Trasa promu Batumi-lliczewsk - 1040 km

Wschód słońca na Morzu Czarnym  Port lliczewsk na Ukrainie  Port lliczewsk na Ukrainie

Ukraina - OdessaDzień 14. (20 lipca wtorek)

Portowy koszmar i nocleg nad rzeką…

W końcu przybyliśmy do portu w Iliczewsku. Do Odessy mieliśmy rzut beretem. Zjedliśmy ostatnie śniadanie na promie i optymistycznie mieliśmy nadzieję na szybką odprawę paszportową. Nie wiem dlaczego, bo ta zeszłoroczna trwała  kilka długich godzin. Sytuacja nie okazała się aż tak zła. Kolejka odprawianych była długa ale szła dość sprawnie. Tym razem potrwało to troszkę krócej. Zabawa zaczęła się jednak dopiero w ładowni promu.

W oczekiwaniu na naszą kolejkę okazało się, że z naszego BMW coś cieknie. Mieliśmy wyciek z przewodu paliwowego. Opaska nie trzymała. Głazio z Zarazą zaczęli coś grzebać przy wężyku ale nie na wiele się to zdało. Potrzebowaliśmy nowej opaski, którą mieliśmy nadzieję kupić na najbliższej stacji paliw lub w jakimś warsztacie.

 

Ukraina - OdessaW końcu nadeszła nasza kolej. Zjechaliśmy triumfalnie na naszym cudnie uzdrowionym motocyklu na ukraińską ziemię. Minęliśmy tuż przy trapie jakąś panią, która nas nie zatrzymywała i skierowaliśmy się do pograniczników. Sprawdzali bardzo wnikliwie nasze dokumenty i zniknęli z nimi oczywiście na jakiś czas. Następnie zostaliśmy skierowani do kontroli celnej, którą dyrygowała dość duża pani na niebotycznie wysokich szpilkach. Nie wydawała się zbyt miła ale nie oczekiwaliśmy cudów. Okazało się, że nie mamy jakiegoś świstka i niezwłocznie musimy się po niego udać na drugi koniec portu. Za każdym razem musieliśmy się meldować u pograniczników i mówić gdzie idziemy w przeciwnym razie mogli się zdenerwować i nas zamknąć. Co za popieprzona biurokracja!!! Rany boskie! W budynku, do którego zostaliśmy skierowani panował totalny bałagan i nikt nic nie wiedział. Błąkaliśmy się od drzwi do drzwi ale wszyscy tylko marszczyli czoło i krzyczeli w kółko, że pomyliliśmy biuro. W końcu jakaś baba załapała o co chodzi i wypisała nam jakiś kwitek. Z tym drogocennym kwitkiem pobiegliśmy w trzydziestostopniowym upale z powrotem do grubej celniczki, która najbezczelniej w świecie zapytała nas o jakąś opłatę portową, której oczywiście nie mieliśmy. Zapieprzaliśmy więc uiścić te opłatę znowu na drugi koniec portu. Tam w biurze okazło się, że nie ma nas w jakimś spisie pasażerów, którzy opuścili prom. Nie mogliśmy zatem Ukraina - Odessa - schody Patiomkinauiścić opłaty i musieliśmy wrócić pod prom zapisać się na magiczną listę. Drogę znaliśmy już na pamięć. Miła pani, którą mijaliśmy chyba z 50 razy wpisała nas na listę i znowu mogliśmy w ten piekielny upał udać się do kasy. Mogłabym tak jeszcze pisać kilka stron o naszych przygodach w porcie ale nie zrobię tego. Podsumowując powiem tylko, że po załatwieniu wszystkich spraw czekaliśmy jeszcze trochę na pograniczników, ponieważ nie wbili nam pieczątki. A że mamy pecha to wszyscy jakby w jednym momencie zapadli się pod ziemię.

Z portu wyjechaliśmy grubo po południu i pojechaliśmy prosto do Odessy. Nie mogliśmy sobie darować widoku Potiomkinowskich schodów przy porcie w Odessie. Są symbolem miasta i nie widzieć ich, to tak jakby być w Krakowie i nie być na Wawelu. Połaziliśmy trochę po deptaku. Odessa to piękne miasto i w drodze na Krym warto je odwiedzić. Naszym następnym przystankiem na Ukrainie są Karpaty. Postanowiliśmy wpaść w kilka fajnych miejsc. Popołudnie i wieczór upłynęły nam w trasie. Jechaliśmy jak nakręceni. Tego wieczoru noclegu szukaliśmy w jakiejś wiosce ale po raz kolejny dostaliśmy nauczkę. Ukraina to nie Gruzja a Ukraińcom daleko do niezwykłej otwartości i gościnności Gruzinów. Pytaliśmy w wielu miejscach, czy możemy rozbić namioty i przenocować do rana.

 

Ukraina - Odessa - schody Patiomkina

Ale wszędzie odsyłali nas z kwitkiem. W końcu znaleźliśmy miejscówkę nad rzeką. Wzdłuż brzegu stało mnóstwo namiotów i wmieszaliśmy się w tłum. Rano okazało się, że nocowaliśmy w miejscowości Sokilec-Peczora, gdzie znajduje się grobowiec Potockich. Nad rzeką stoją jeszcze okazałe budynki – pozostałości po dobrach rodowych Potockich. Niszczeją na potęgę ale są w całkiem dobrym stanie. Na kolację mistrz kuchni – Mietek zaserwował kociołek rosyjski z kociołkiem bułgarskim. Kolację mogliśmy popić kupionymi wcześniej w magazynie ukraińskimi bronkami. Zaraza zaskoczył nas po raz kolejny. Głazio przeziębił się w trasie i Mietek zaserwował mu kurację szokową. Ile on miał medykamentów w tej swojej saszetce. Myślę, że niejeden szaman chciałby go załatwić z zazdrości.

 

Ukraina - Odessa - pomnik carycy Katarzyny  Ukraina - Odessa


Ukraina - Sokilec-Peczora - nocleg nad rzeką

Dzień 15. (21 lipca środa)

Objazdówka po Ukrainie i pasiasty sweterek Mietka z podstawówki…

Tego dnia mieliśmy w planie objazdówkę po Ukrainie. Poruszając się w kierunku zachodnim zatrzymywaliśmy się po drodze w fajnych miejscach, m.in. w Kamieńcu Podolskim. Zjedliśmy na wzgórzu nad zamkiem śniadanio – obiad i podziwialiśmy niesamowity widok na miasto. Zaraza w swoich kraciastych bokserkach był atrakcją turystyczną dla turystów zwiedzających twierdzę. W centrum miasta spotkaliśmy parę motocyklistów z Anglii w podeszłym wieku Larry Johnson i Cathy Davies. Właściwie to oni zaczepili nas, zatrzymując się przy naszych motocyklach i wręczając swoją wizytówkę. Okazało się, że jeżdżą od lat i właściwie to nie byli jeszcze tylko na Alasce. Wszędzie można więc spotkać fajnych ludzi pasjonujących się podróżami. Podziwiając dalej karpackie krajobrazy przemierzaliśmy górskie wioski i wioseczki. Drogi w tym rejonie znacznie się pogorszyły przez ostatnie 2 lata. Miejscami zaczęły przypominać nam te z Gruzji.

 

Ukraina - Sokilec-Peczora - pozostałości majątku Potockich nad rzeką BohZaczynało się ściemniać i dobrze byłoby znaleźć nocleg. Tego wieczoru mieliśmy w planie nocleg na łonie natury – prawdziwy biwak dla twardzieli. Las, góry, ciemność niedźwiedzie i my. Super opcja! Byliśmy już w dość wysokich górach blisko Jaremczy. Odpowiednie miejsce do biwakowania znaleźliśmy dość szybko – polana położona nad drogą ale zupełnie niewidoczna z dołu. I o to nam chodziło. Nie rzucać się w oczy. Rozbiliśmy namioty, zorganizowaliśmy mini barek, zjedliśmy wyśmienite chińskie zupki i przed spaniem spryskaliśmy nasze obozowisko gazem pieprzowym. To świetny środek, który odstrasza potencjalnych dzikich smakoszy od obozu. Tego ostatniego wieczoru Mietek zwany czule Andrzejem wystąpił w przyciasnym niebieskim sweterku w paski. Wyglądał bosko! Jak się potem okazało sweterek pochodził z czasów szkoły podstawowej, konkretnie z szóstej klasy a Mietek był z nim bardzo związany emocjonalnie. I to właściwie był nasz ostatni nocleg podczas tej wyprawy. Wyprawy przerwanej, wyprawy niespełnionych zamierzeń i wyprawy, która pozostawiła po sobie niedosyt.

Ukraina - Sokilec-Peczora - nad rzeką Boh  Ukraina - Kamieniec Podolski  Ukraina - Kamieniec Podolski  Ukraina - Kamieniec Podolski - przystanek na posiłek

Ukraina - Kamieniec Podolski - przystanek na posiłek  Ukraina - Kamieniec Podolski - widok na stare miasto  Ukraina - Kamieniec Podolski - przystanek na posiłek  Ukraina - Kamieniec Podolski - ołowiane żołnierzyki

Karpaty ukraińskie - nocleg w lesie niedaleko Jaremczy  Karpaty ukraińskie - nocleg w lesie niedaleko Jaremczy - Mietek w sweterku z czasów podstawówki  Karpaty ukraińskie - nocleg w lesie niedaleko Jaremczy - toczymy stół  Karpaty ukraińskie - nocleg w lesie niedaleko Jaremczy  Karpaty ukraińskie - kolacja i nocleg w lesie niedaleko Jaremczy

Ukraina - Karpaty - w drodze do wodospadu GukDzień 16. (22 lipca czwartek)

Koszmar Mietka i koniec wyprawy…

Dziś w planie Ukraińskie Karpaty zwane także Karpatami Wschodnimi. Rano zaliczyliśmy fajny wodospadzik GUK. Zaplanowaliśmy sobie wypad do Jaremczy – miasteczka zwanego „perłą Karpat”. Miejsce jest bardzo malowniczo położone nad rwącą rzeką Prut i dysponuje widowiskowym wodospadem. Byliśmy tu już nie raz ale wracamy w to miejsce zawsze chętnie. Powłóczyliśmy się trochę szlakiem wzdłuż rzeki Prut nad wodospadem HUK i nie wiadomo kiedy znaleźliśmy się nad jednym z urwisk. Głazio to prawdziwy eksplorator – uwielbia trudne tereny, szczególnie jeśli trzeba się gdzieś wspinać. Poza tym uwielbia ryzyko. Tak było i tym razem. Szkoda tylko, że zdecydowaliśmy się na tę wspinaczkę w ciuchach motocyklowych. Mimo, że było chłodno już po 15 minutach marszu i wspinaczki byliśmy spoceni na maksa. Wdrapywaliśmy się na pionową ścianę, obdzieraliśmy się w krzakach, na nogi spadały nam kawałki kamieni i co najważniejsze – chyba się zgubiliśmy. Zarazę szlag trafił już po pół Ukraina - Karpaty - wodospad Gukgodzinie. Zżymał się, obrzucał sam siebie wyzwiskami i twierdził, że jest najgorszym palantem jaki chodzi po ziemi. „Mąż żony ojciec wielu dzieci” dał się namówić na coś tak niebezpiecznego. W pewnym momencie było naprawdę niebezpiecznie ale w końcu po to tu przyjechaliśmy. Zawsze i nieustająco poszukujemy przygody i mam nadzieję, że to się nigdy nie zmieni. W końcu trochę umorusani, zmęczeni dotarliśmy do cywilizacji a dokładnie wyszliśmy na poletko pokrzyw za barem. Przedarliśmy się przez płot i byliśmy uratowani. Mietek był tak wściekły, że nie odzywał się ani słowem przez następne dwie godziny, co w jego przypadku jest po prostu nie do uwierzenia!

Powoli i nieubłaganie zmierzaliśmy w kierunku granicy. Nasza wyprawa niestety dobiegała końca. No cóż, widocznie nie były nam w tym roku pisane ani Azerbejdżan, ani Armenia. Nie mieliśmy okazji zobaczyć góry Ararat ale to nic. Wszystko przed nami. I tak daliśmy czadu – kilka razy się zgubiliśmy, walczyliśmy z górami i rzekami przejeżdżając przez Kaukaz, mieliśmy okazję spojrzeć na najwyższą górę Gruzji, zakosztować gościnności kaukaskich górali, przemierzyć dziką krainę kamiennych wież i posmakować wyśmienitego gruzińskiego wina.

Kilka razy o mało nie zginęliśmy ale było warto !!! Było warto jak cholera.

 

Dziękujemy Zarazie za towarzystwo, za jego humor, który w najgorszych sytuacjach wywoływał u nas ataki śmiechu. Dzięki Andrzej – byłeś wielki!!! To było 16 niezapomnianych dni.

 

Tekst: Tamara

.

Ukraina - Karpaty - w drodze do wodospadu Guk  Ukraina - Karpaty - Jaremcza - wodospady Huk  Ukraina - Karpaty - Jaremcza - wspinaczka po prawie pionowej ścianie

Ukraina - Karpaty - Jaremcza - wspinaczka po prawie pionowej ścianie - moment płaski  Ukraina - Karpaty - wodospad Huk w Jaremczy  Polska - Korczowa


FILM 


Dłuższa relacja filmu oraz zdjęć odbyła się 25 lutego 2012 roku w Miejskim Domu Kultury w Lubaczowie.

Jeśli chcesz ją zobaczyć u siebie w mieście – pisz !

kontakt@radiator-mototurystyka.pl

Motocyklowa opowieść o kamiennych wieżach, gruzińskim winie i kaukaskich góralach – Gruzja/Swanetia 2011

Dłuższa wersja bez publikacji na stronach www.


Mapy z trasy przejazdu

Mapa trasy motocyklowej do Gruzji  Mapa trasy motocyklowej do Gruzji  Mapa trasy motocyklowej do Gruzji

Mapa trasy motocyklowej do Gruzji  Mapa trasy motocyklowej po Gruzji

Mapa trasy motocyklowej po Gruzji  Mapa trasy motocyklowej po Gruzji  Mapa trasy motocyklowej z Gruzji

Mapa trasy motocyklowej z Gruzji  Mapa trasy motocyklowej z Gruzji  Mapa trasy motocyklowej po Gruzji


RAPORT Z WYPRAWY

Kto

Zaraza / Tamara i Głazio

Zawód

Prywatny przedsiębiorca / nauczyciel – urzędnik

Data urodzenia / narodowość

1974 / 1977 / 1976

Twoje dotychczasowe wyprawy

Gruzja / Albania / Grecja / Turcja / Krym …

Cel wyprawy (kraj, miasto)

Azerbejdżan/Armenia – nie został osiągnięty. Awaryjny – Gruzja.

Termin wyjazdu (dzień, miesiąc, rok)

6 VII 2011 – 22 VII 2011

Czas trwania wyjazdu (tydzień, miesiąc…)

16 dni

Liczba osób / liczba motocykli

3 / 2

Długość trasy

Ok. 6700 km

Koszt wyjazdu

Ok. 4500 zł (2 osoby)

Najlepszy dzień wyjazdu

Niezapomniane 112 km w Swanetii

Najgorszy dzień wyjazdu

Przejazd przez Turcję

Miejsce, które zrobiło na Tobie największe wrażenie

Uszguli u podnóża Szchary

Co dla Ciebie było najbardziej uciążliwe podczas wyjazdu

Nic

Twój największy błąd / pomyłka

Brak odpowiednio dobranych opon

Co Cię najbardziej zaskoczyło

Ludzie w Gruzji

Nieprzyjemna przygoda

Wywrotka nad krawędzią przepaści

Planowane wyprawy

Ponownie Zakaukazie !

Rada dla innych

Po prostu jedźcie do Gruzji

Model motocykla

Yamaha Super Tenere 750 / BMW R 1150 GS

Wiek motocykla / przebieg

Yamaha brak danych / BMW 1999 r. / 69 000 km

Przeróbki / modyfikacje motocykla

Zbiornik paliwa-touratech 41 l., siedzenie touratech sportowe, gmole

Czego brakowało w wyposażeniu motocykla

Niczego

Rodzaj bagażu

Boczne kufry Alu (Randal), torba centralna tekstylna, 2 kanistry 10 l.

Typ opon

Metzeler Tourance

Liczba flaków w oponie

Brak

Słabe strony motocykla

Ciężki

Mocne strony motocykla

Nośność

Awarie

Błąd komputera z powodu wodnych przepraw

Wypadki

Terenowe wywrotki

Rada dla innych posiadaczy tego modelu motocykla

Dobrze jest mieć zestaw kluczy – szczególnie imbusów
08/01/2012

O autorze

Glazio


ONE COMMENT ON THIS POST To “Motocyklowa opowieść – Gruzja – Swanetia – 2011 / FILM”

Dodaj komentarz

Wrzesień 2017
P W Ś C P S N
« Sie    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  
Reklama

MIEJSCE NA TWOJĄ REKLAMĘ

Redakcja
Radiator - Turystyka Motocyklowa
E: kontakt@radiator-mototurystyka.pl
W: www.radiator-mototurystyka.pl