Dodam swoje 3 grosze...
W Radawie było tak, jak zawsze, czyli jak zawsze, inaczej. To samo miejsce, ci sami (prawie) ludzie, a jednak inaczej. Trochę dlatego, że – jak zwykle kogoś nie było, a pojawił się ktoś nowy – a ponadto nawet „stali bywalcy” są w innym miejscu swojego życia, z innymi doświadczeniami. Więc musiało być inaczej. Już od czwartku Jano, Dżolka i Kacper pilnowali miejscówki. Tam, gdzie zawsze, pod tą samą wiatą, przy stole, który na szczęście nie potrafi mówić, bo opowiedziałby Wam takie historie, jakich ja nie potrafię sklecić. Odszukaliśmy prehistoryczny napis: „Sowa tu była”, po czym Jano (później Kacper) zajął się jego konserwacją, czyli pogłębianiem, bo się zatarł. Skoro już jesteśmy przy prehistorii i „dawno nieobecnych”, to wspomnę, że był też Red z Małgosią i Dominikiem. Prosił, żeby pozdrowić Sowę i Piankę, co niniejszym czynię i również pozdrawiam.
Byli też nawet jacyś dwaj moi sąsiedzi, których ledwie kojarzę, a o posiadanie motocykli nigdy bym nie posądził. Co chwilę ktoś przybywał i było wesoło. Tym bardziej, że dzięki Kacperkowi, niebawem zapłonął ogień i było się gdzie ogrzać (następnego dnia organizatorzy o nas pomyśleli). W sobotę rano trochę padało. Długo spałem, ale jak się ubierałem, okazało się, że namiot mi gdzieś przemókł. Sięgam po spodnie, a tu mokro. Oglądam – dokładnie w kroku mokre i częściowo jedna nogawaka… Czyżbym czegoś nie pamiętał z poprzedniego wieczoru? Niby wszystko pamiętam. Bieliznę też mam suchą. No więc portki pod nos, niuch, niuch… ech to tylko woda. Głupio było się pokazać w takich spodniach, ale olałem to (ładna gra słów, prawda?). W sobotę i w ogóle na całym zlocie było mnóstwo wspaniałych i kochanych ludzi: Myszy i Inne Gryzonie, Bernadka i Lucynka, Edycja, Dzinio, Gagatka… Wszystkich nie wymienię. Była chwilę Agnieszka Chrzanowska, którą tak lubię, że mógłbym się w niej zakochać. Slayerkowa ze Slayerkiem … W tej to od dawna kocham się skrycie (gdyby nie Slayerek, już dawno bym uwiódł, wykorzystał i porzucił

) Miałem przyjemność spędzić też klika chwil w ekipie lubaczowsko-nowosądeckiej, zjeść pyszną kaszankę i śmiać się do bólu brzucha. Spotkałem Revoluta, Melojdę, Martyne i Matysa, Hacia, Kasię i wiele innych osób. Chyba Święty kiedyś powiedział, że jak Wiatr przyjeżdża na zlot i jest tam trzysta osób, to przynajmniej 100, to jego znajomi. Oczywiście przesadził, bo nie równe 100, ale 98

Przyjechał Gagatkowy Paweł – był przygotowany, ale i tak zrobiliśmy mu takie pranie mózgu i „wywiad kliniczny”, że długo będzie pamiętał ten zlot

Była moja córka z zięciem, Mrówki trzy… Najmłodsze Mrówczątko ma niezwykły dar czytania w myślach. Mimo że się wyszczerzyłem do niego w moim najbardziej przyjaznym uśmiechu, spojrzało na mnie, na grilla i schowało się za mamę. Rzadko rodzi się dziecko z taka intuicją.
No i co? I zlot minął. Na koniec jeszcze ognisko, Big Cyc promujący swoją najnowszą płytę. Słuchając ich utworów pomyślałem, że w Polsce wcale jeszcze nie jest tak źle. Jeszcze ich nie pozamykali za teksty piosenek . A przecież mogliby.
Niedzielny poranek pogodny i dzieje się to, co zwykle dzieje się na zlotach. Chodzą jakieś zombie, ktoś szuka wody, ktoś inny żłopie kawę. U nas jak zwykle śmiech i pożegnania. Do „za tydzień”, do miłego, do następnego. I wrócę do tego, co gdzieś na początku pisałem, że ci sami ludzie, a jednak każdy w „innym miejscu życia”. Dwa przykłady: Jeden, to chwila, kiedy żałowałem, że nie wziąłem aparatu fotograficznego. Na ławce siedzi Mysza, a po jej lewej i prawej stronie jej dwóch mężów – były i obecny. Mam nadzieję, że tak Myszy, jak i Dedowi dobrze się układa w nowych związkach. Mam nadzieję (i tego z serca życzę), że relacje wzajemne są i będą przynajmniej neutralne. Uwierzcie mi, „robiłem” trochę w rozwodach, taki widok to niezwykłość. Drugi przykład to Paweł. Ale się porobiło… Kiedyś chłop jechał, brał kurtkę, kask, buty, parę groszy do portfela, jedną parę skarpetek na zmianę lewa –prawa, prawa-lewa i na drugą stronę. Jeszcze w sakwach miejsce było. A teraz Oczkosie przyjechali na dwa auta i to tak wyładowane, że przy pakowaniu w niedzielę trzeba było nogami deptać, żeby to upchnąć. Zakończę więc łacińską sentencją: Tempora mutantur et nos mutamur in illis Ale właśnie dzięki temu jest zawsze inaczej
