Aktualności: W związku obecnie obowiązującymi przepisami RODO prosimy o zapoznanie się z Polityka prywatności i Polityką cookies pod adresem https://www.radiator-mototurystyka.pl/polityka-prywatnosci/
Kwietnia 20, 2026, 05:37:36 am

Ostatnie wiadomości

Strony: 1 2 3 4 [5] 6 7 8 9 10
41
Turystyka zagraniczna / Odp: Do krainy wikingów
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Glazio dnia Marca 14, 2021, 08:39:44 pm »
Cd. cz. 19



14.07.2016 - dzień 21 - czwartek

Nikt i nic nas nie budzi. Tamara wstaje pierwsza ponieważ zbudziło ją moje chrapanie. Prawdopodobnie, to efekt wczorajszego piwa. Zwijamy swoje toboły, wystawiając namiot do słońca do całkowitego wysuszenia.

Siedząc przy śniadaniu obserwujemy turystów spływających kajakami. Mimo wczesnej pory jest ich dość sporo. Z upływem czasu z pewnością będzie ich więcej. Schodząc do rzeki na jej dnie widzimy mnóstwo małży czyhających na okazję przepływającego pokarmu. Niestety od czasu do czasu mącimy im tą doskonałą widoczność. Woda jest wyśmienita i bardzo czysta. Niestety jej muliste podłoże zniechęca do kąpieli.






Liczna małże na dnie rzeki

Już czas. Ruszamy do obranej wczoraj KULDIGI. Na pożegnanie podjeżdżamy na ABAVAS RUMBA - pobliski wodospadzik/próg skalny, który muszą pokonać spływający kajakarze. Nic okazałego, jednak siedząc w dość wywrotnej łupince, wszystko może się zdarzyć. Przy szlabanie dokonujemy płatności za noc, co można było pominąć jednak poczuliśmy taki obowiązek.

Dojazd do Kuldigi był bardzo sprawny. Już na samym początku przy wjeździe do miasteczka pozytywnie zaskoczył nas piękny most, z którego widać dość rozległy wodospad. Za mostem zabytkowa zabudowa miasteczka w dość odrapanym charakterze. Widać tu ewidentnie brak zastrzyku gotówki na renowację obiektów.







Zsiadamy z motocykla i ruszamy na pieszą część wycieczki. Na początek piękny park z rzeźbami, dzikie kaczki jedzące z ręki i jeszcze więcej rzeźb. Dochodzimy do kościoła ewangelickiego, wewnątrz którego znajduje się mini muzeum. Zabytkowe organy, wejście drewnianymi i skrzypiącymi schodami na wieżę kościelną, w której znajdują się trzy dzwony bez serc a do tego zniszczone prawdopodobnie przez sowietów. Przy jednym z nich znajduje się zewnętrzne serce ala kowadło. Co nam się dzisiaj rzuciło na oczy. Na każdym kroku widzimy mnóstwo łotewskich flag, jakby dzisiaj było święto państwowe lub miasta. Urządzamy sobie jeszcze krótki spacer uliczkami zniszczonego upływem czasu miasta dochodząc do starego młyna, przy którym pozostawiliśmy nasz motocykl. Chyba Bóg i władze regionalne/lokalne zapomniały, o tym miejscu lub stało się tak mało atrakcyjne dla jego mieszkańców, że masowo opuszczają tą całkiem miłą w obejściu architekturę. Wystarczyłby lekki makijaż odrobina więcej życia, jakiś ogródek piwny i naszym zdaniem warto byłoby zatrzymać się tu na dłużej.

To takie ubolewania nad miasteczkami tracącymi swoją funkcję z różnych powodów. Widocznie na zachód od Rygi jest ich bardzo dużo.


Renowacja dachu okolicznego baru


Pierwsza z napotkanych rzeźb




Wodospad w Kuldiga








Rzeźby niczym z Wysp Wielkanocnych












Widok na miasteczko z dzwonnicy










Centrum miasteczka


Stary a raczej dawny młyn






Siedziba władz lokalnych


Głazy są wszędzie

W drogę.

Obieramy kurs na Litwę w stronę Polski. Jakość dróg stopniowo słabnie. Zaczyna się droga szutrowa., którą jedziemy około 50 km przekraczając granicę Łotewsko-Litewską. Wszystko mamy zapylone, nawet w ustach czuć pył a wszystko przez ruch drogowy, bo byliśmy jednymi z wielu użytkowników tej drogi. Zapylone koła, nasze spodnie, kufry i wszystko na nich.




To już Litwa

Dojeżdżamy do asfaltu i przystajemy na przydrożnej stacji benzynowej podsumowując to tak:

Głazio: kawałek szutrowej drogi a ile radości ...
Wiórku powiedz coś o szutrowej drodze, którą jechaliśmy.

Wiórek: Beznadziejna.

Głazio: Jak beznadziejna?

Wiórek: Beznadziejna !

A wszystko to przy konsumpcji pysznego kibina.
Chwilę po zatankowaniu przystajemy w przydrożnej restauracji.

Powód?

Dorwał nas deszcz a my nauczeni całą naszą trasą, wolimy się zatrzymać aby uprzedzić zaskoczenie i przemoczenie w celu ubraniu membran, które choć przez chwilę uchronią nas przed życiodajnym płynem z nieba.
Dla spragnionych - zbawienie, dla przemoczonych - udręka.

W restauracji
Cóż można powiedzieć. Zjedzone uprzednio kibiny na stacji benzynowej były zdecydowanie lepsze. Te nie miały startu. Próbujemy coś innego. Z powodu braku zeppelinów decydujemy się na bliny z mięsem (coś w stylu placków ziemniaczanych nadziewanych wewnątrz mięsem smażone na głębokim tłuszczu) podane z dodatkiem, śmietaną smakowały wyśmienicie. Palce lizać - pycha.

Z powodu padającego deszczu nie chce nam się wsiadać na motocykl w celu pokonania kolejnych kilometrów. Taka pogoda w zupełności nam się przejadła. Cóż począć. Zakładamy membrany i w drogę.





Obejście restauracji


Nasz rachunek

Z upływem czasu deszcz nasila się ... ale to już było, nam również się znudziło. Jadąc łukiem w celu ominięcia Obwodu Kaliningradzkiego w pewnym momencie zjeżdżamy z drogi głównej do sklepu w Mariampol w celu zakupów (%). Wydaje nam się, że to już ostatnie większe miasteczko przed wjazdem do Polski więc warto coś przywieźć do domu aby w spokoju móc oddać się części koszernej trunków. Przechodząc uprzednio detox, sporo zaoszczędziliśmy więc tutaj nadrobimy kupując litewskie specjały. Tak też zrobiliśmy - bez szczegółów.
Zakupy w ociekających ciuchach motocyklowych, które wyznaczają mokry ślad naszej trasy w sklepie, to jak zwykle atrakcja dla miejscowych, więc miło nam było zrobić taką furorę, podobnie jak w szwedzkiej restauracji. Staramy się ze wszelkich sił aby pozostawić jak najmniej tego życiodajnego płynu w sklepie. Warto byłoby wymienić w stosunku 1:1 na % za free. Niestety złudne życzenie. Najważniejsze, że humor dopisuje.

Krótkie wspomnienie z krajów bałtyckich z 2012 roku z podróży motocyklowej "Siedem mórz ?" >>> https://www.radiator-mototurystyka.pl/6422/wyprawa-motocyklowa-siedem-morz/



W ulewnym deszczu wjeżdżamy do Polski. Rozglądamy się za noclegiem w godziwych warunkach, ponieważ nasz namiot już swoje wycierpiał a wolimy wieźć go na motocyklu jak jest suchy (mniejsza waga i suche rzeczy wewnątrz kufra).



Po drodze mijamy same porty, oczywiście dla tirów. Jedna spokojne inne głośne. W tym wąskim przesmyku między Obwodem Kaliningradzkim a Białorusią trudno nie zgadnąć w jakim kierunku podążają kierowcy największych pojazdów drogowych.
W jednym z portów, w barze bardzo tłoczno.
Szukamy dalej.
W Suwałkach awaria prądu - więc w tym porcie/pensjonie cicho.
Dalej ...

Koniec końców, zatrzymujemy się na nocleg przed Augustowem w Barze ABRO. Jest WiFi, bo w planie - dogłębna analiza prognozy pogody, która pozwoli nam lub nie miło spędzić czas na Mazurach, Suwalszczyźnie. Jedne prognozy odrobinę optymistyczne (właściciele lokalu), inne mniej (te w realu).
Tu dowiadujemy się o masakrze/zamachu w Nicei >>> https://pl.wikipedia.org/wiki/Zamach_w_Nicei , gdzie zginęło 87 osób a ponad 200 zostało rannych.
Za wikipedia:
Podczas obchodów Dnia Bastylii, po końcowym pokazie sztucznych ogni, ok. 22.40, w pobliżu szpitala Lenval ciężarówka Renault Midlum prowadzona przez zamachowca staranowała bariery i wjechała w tłum ludzi.
Samochodem kierował 31-letni obywatel Tunezji, posiadający kartę stałego pobytu i pozwolenie na pracę we Francji, ...


...

W tych smutnych okolicznościach delektujemy się przepysznym piwem tutejszego baru.

Cdn (ostatnia część i podsumowanie) ...
42
Turystyka zagraniczna / Odp: Do krainy wikingów
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Glazio dnia Marca 09, 2021, 04:27:42 pm »
Cd. cz. 18



13.07.2016 - dzień 20 - środa

Nie spieszymy się z niczym. Przeszliśmy całkowicie w etap wypoczynkowy podróży. Korzystamy z promieni słonecznych a w dalszą drogę wyruszamy około południa. Nie wiedząc kiedy jesteśmy już w ŁOTWIE.

Naszym łupem na dalsze leniuchowanie w promieniach poszukiwanego przez nas słońca pada przydrożny parking, który otoczony lasem niemal wcina się w morską plażę. Dosłownie 10 metrów lasu oddziela nas od wydmy i piaszczystej plaży - Bałtyk, Zatoka Ryska.



Tu rozmawiamy z kamperowymi turystami z Polski. A wszystko zaczęło się od psa, który niemal w 100% przypominał "Medosa" (mieszańca posokowca bawarskiego z ogarem polskim), tj. naszego domowego psa, który ostatniej zimy opuścił nas na dobre. Fanatyczka zwierząt Tamara musiała zagadnąć właścicieli psa a rozmowy trwały ponad pół godziny. Ów podróżny, to turysta motocyklista z Tucholi ale z powodu problemów z kręgosłupem podróżuje kamperem.

Słoneczna pogoda sprzyjała wylegiwaniu się na plaży/wydmie. Po krótkim wylegiwaniu jemy zakupiony wcześniej obiad. Dziś podajemy pilaw (za wikipedia: Pilaw (tur. pilav, pers. پلو, polou, hindi पुलाव, pulaw, ros. плов, plow) – tradycyjna potrawa wschodnia, sporządzana z ryżu lub bulguru z dodatkiem warzyw, kawałków mięsa (baraniny, drobiu lub ryb) oraz dużej ilości ostrych przypraw) a po spożyciu ponownie udajemy się na kąpiel słoneczną. Korzystając z okazji idę sprawdzić temperaturę wody w zazwyczaj zimnym Bałtyku. Ku mojemu zaskoczeniu woda okazała się ciepła jak zupa a wszystko za sprawą porównania do kąpieli w jeziorze poza Kołem Podbiegunowym Północnym w pobliżu wioski Mikołaja >>> https://www.radiator-mototurystyka.pl/forum/index.php?topic=5972.msg11926#msg11926 .
Będzie ciepło :-)


Pies przypominający Medosa


Instrukcja obsługi - jag zwiedzać Rygę


Dziś zupa jest gorąca:-)


Kąpiel słoneczna w stroju kąpielowym


Amator kąpieli

W oddali niebo spowijają ciemne granatowe chmury. Skąd my to znamy. Z każdą chwilą zbliżają się do nas, w związku z tym pytam Tamarę, czy czekamy na deszcz tutaj (i tak nas znajdzie), czy wyjeżdżamy mu na spotkanie?
Czekamy.
Słodka poobiednia drzemka, pogawędka z rodziną turystów z Niemiec i wyruszamy do Rygi.

Oczekiwany wyjazd na spotkanie z deszczem niczym zaklęty ominął nas bokiem. Stąd zaskoczeni udajemy się na zwiedzanie starego miasta w Rydze. Zanim ruszyliśmy pieszo musieliśmy odstać swoje w korku, w którym w około 20 minut pokonaliśmy bagatela 400 metrów. Koniec końców stawiamy motocykl w najbardziej optymalnym miejscu aby uniknąć dalszego stania na drodze. Uprzedzając fakty, jak się okazało po naszym powrocie, stanęliśmy naszym motocyklem pod Ministerstwem Spraw Zagranicznych Republiki Łotewskiej.

Ostatni kilometr pokonujemy spacerkiem oszczędzając tym samym czas. Na starówce zwiedzamy ... domek z wieżą, dwa koty, place, atlantę i karietydy, trzej bracia, dom z wieżyczką, koci dom, wielką i małą gildę w stylu secesyjnym,  ... po prostu architekturę. Na koniec szukamy jakiejś strawy. Pomijamy Blues Jazz Rockabilly, Peter's Brewhous oraz inne. Po prostu chcemy zjeść coś smacznego. Ku naszemu zaskoczeniu znajdujemy restaurację z PELMIENIAMI (restauracja z różnymi pierogami z zachętą w różnych językach m.in. PL) - "XL PELMENI Łączą".








Dwa koty na zwieńczeniu dachu






Blues Jazz Rockabilly




Peter's Brewhous



Czy to rodzima kuchnia łotewska? Nie. To pozostałość po dawnym ZSRR. Pelmieni zjemy na Litwie, Łotwie, Estonii, Białorusi, Ukrainie czy w innych krajach dawnego ZSRR. Ja z Rygą mam związane pewne wspomnienia z wycieczki w tych zimnych czasach, lata 80, kiedy to pierwszy raz widziałem tak kolorowe miasto, wszedłem do sklepu spożywczego, na którym widniał duży baner Coca Cola i z takim samym smakiem wypiłem ów napój w tych smutnych "szarych" czasach.  Jak przez mgłę pamiętam atrakcje architektoniczne, o których opowiadał nam przewodnik. Najbardziej w pamięci utkwiła mi właśnie Coca Cola, jej smak i kolory Rygi.
Wchodzimy.







Pelmeni. Tu spędzamy dość długą chwilę spożywając różnej wielkości pierogi i pelmeni, do tego z różnym nadzieniem. Poezja smaków, po którą wracamy kilka razy. Dominujący język obsługi to rosyjski.







Po tak apetycznym przerywniku powoli wracamy do motocykla zatrzymując się przy kolejnych atrakcjach. Na szczęście nasz pojazd ze skrzynkami nie został potraktowany jako pojazd wypełniony materiałami wybuchowymi. To na szczęście, ponieważ wokół kręciło się sporo policji, która zablokowała dość spory kawałek drogi.

Ruszamy w dalszą drogę.






Amator naszego kasku motocyklowego

































Gdzieś na starcie musiałem zgubić swoją rękawiczkę motocyklową pozostawioną na kufrze. Wracamy. Jest trochę rozjechana przez samochody ale patrząc na towarzyszącą nam pogodę, z całą pewnością może się jeszcze przydać. Obieramy kierunek jazdy na TUKUMS, w którym znajduje się ciekawy pałac. Widzieliśmy go na obrazku a na miejscu nie zrobił na nas większego wrażenia. Bardziej zainteresowały nas stare i opuszczone domy miasteczka.

Kolejna miejscowość, to KANDAWA zwana "Szwajcarią Kurladii". Skąd ten przydomek? Sami zachodzimy w głowę. No mamy może jedno skojarzenie - rzeka Abava i dość ciekawy most przez rzekę. Poszukując ciekawostek natykamy się ponownie na ogrom opuszczonych domów.





Słońce chyli się ku zachodowi. Przed nami kolejna ciemna noc. Mimo to obieramy kurs na kolejną miejscowość KULDIGA, zwana miastem wodospadów. Ciekawe czym nas zaskoczy po tym co widzieliśmy w Norwegii.

Po uprzednio zrobionych zakupach zaczynamy rozglądać się za miejscem na nocleg zjeżdżając co chwilę w poboczne dróżki wiodące do domów prywatnych. Niespodziewanie przy drodze znajduje się parking z tablicami informacyjnymi dla turystów a w głębi otwarty szlaban. Wjeżdżamy więc z ogromnym zainteresowaniem do nieznanej atrakcji. Jadąc różnymi rozgałęzieniami polnych i zarazem leśnych dróg docieramy na sporą i wykoszoną łąkę, w obrębie której znajduje się wiele stolików z ławkami rozlokowanymi w różnych odległościach od siebie. Część z zadaszeniem (w przeciwieństwie do skandynawskich), część bez. Jest nawet toaleta, tudzież drewniany wychodek a wszystko położone nad rzeką, która bardziej przypomina jezioro niż rzekę.

Rozkładamy swój nadal przemoczony namiot i delektujemy się urokami miejsca. Obserwujemy wyskakujące z wody ryby łapiące owady, odlatująca czapla i dzikie kaczki a wszystko to w Parku Krajobrazowym doliny rzeki Abawy (abavas senleja/Čužu purva dabas taka), która w wielu miejscach tworzy strome zbocza, posiada liczne wodospady oraz źródła, w tym również siarkowe. Około 300 metrów od naszego obozowiska znajduje się jeden z wodospadów. Urokliwy, brakuje mu jednak tej bryzy świeżości jak to miało miejsce w Norwegii.
Rozluźnieni odpoczywamy bo ...

NIE PADAŁO !!!











Wytrzymało cały dzień. To nasz drugi a z wieczorem wyjazdu trzeci (w pierwszy wieczór) dzień bez deszczu w podróży. Mamy się z czego cieszyć.

Dobranoc.

Cdn...
43
Turystyka zagraniczna / Odp: Do krainy wikingów
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Glazio dnia Marca 01, 2021, 07:27:54 pm »
Cd. cz. 17


12.07.2016 - dzień 19 - wtorek

Chmura, którą widzieliśmy podczas wczorajszej trasy dotarła do nas nocą i dała upust swoim emocjom. Lało niemal całą noc. Skoro jesteśmy w krainie 1000 jezior, to należy wspomnieć, że tutejsze warunki są rajem dla komarów. Nie dawały nam spokoju podczas wczorajszego wieczoru ani spokojnie zjeść, umyć się, czy wykonać jakąkolwiek inną czynność. Setki, tysiące owadów żądnych krwi przy każdym uchyleniu zamknięcia namiotu wlatywało tłumnie do wewnątrz. Tu też trzeba sobie umieć radzić z ich natarczywością. Tamara znalazła receptę na ukąszenia i odpuszczała sobie nocne wyjścia za potrzebą.

Nastał kolejny dzień a komary równie tłumnie towarzyszyły nam podczas śniadania, w związku z czym ograniczyliśmy tą przyjemność do minimum.
Najgorsze było pierwsze zetknięcie z tymi rojami owadów. Od razu przypomniała nam się podróż przez zlokalizowaną za wschodnią granicą Finlandii Rosyjską Karelią >>> https://www.radiator-mototurystyka.pl/forum/index.php?topic=4566.msg4684#msg4684 , gdzie będąc w tym kraju w 2012 roku pierwszy raz walczyliśmy z takimi chmarami krwiożerczych owadów, które podczas picia herbaty z rozpędu wlatywały do ust. Czy smakowały? Każdy musi ocenić osobiście ;-)

Szybko zakończyliśmy tą nierówną walkę sprawnie wsiadając na motocykl. Chwila jazdy i dopadło nas ponownie natręctwo pogody - znowu pada deszcz. Po godzinie jazdy w oczyszczającej cieczy, przestało padać. Przejechaliśmy obok skoczni w Lahti, gdzie zawsze wieje deszcz, przynajmniej podczas zimowych skoków narciarskich. Dobrze, że latem jest tu zdecydowanie cieplej. Przyzwyczajeni już do tej pogody w kratkę, przegapiliśmy kiedy ponownie zaczął padać deszcz.
Deszcz i słońce.
Deszcz i słońce.
Deszcz i słońce ... i tak do Helsinek.

Podczas takiej pogody odechciewa nam się zwiedzania, w związku z czym przebijamy się przez stolicę Finlandii w poszukiwaniu odprawy promowej. Dotarcie do miejsca odpraw promowych było proste. Problemem stał się brak biletów na prom, których tutaj brak. Sprzedaż odbywa się w innym miejscu. Właśnie tu przy nabrzeżu dowiadujemy się, że musimy szukać terminala aby tam nabyć bilet do Tallina (stolicy Estonii). Dość znudzona monotonną pracą pani w budce kasującej bilety wskazała nam palcem jak mniej więcej trafić do terminala i chowając się zamknęła szybkę, zaszywając się w swojej kanciapie, mówiąc tym samym - szukajcie sobie sami.
W poszukiwaniu kierunku do terminali bardziej pomocny okazał się człek oczekujący na wjazd na prom. Tym samym sprawnie dotarliśmy do celu.
Na miejscu w pierwszej kolejności trafiliśmy na odprawę dla TIR-ów. Za drugim razem trafiliśmy we właściwe miejsce. Tu okazuje się, że najbliższy możliwy dla nas prom odpływa o 16:30. I w tym momencie dostaliśmy zagadkę, co robić z tak pięknie rozpoczętym dniem i sporym czasem do zagospodarowania skoro w okolicy brak atrakcji.
Idziemy więc na kawę, ciastka i do sklepów. O czym tu pisać? Po pewnym czasie wracamy.


W podobny sposób traktujemy towarzyszącą nam pogodę




Wystawa w jednym ze sklepów

Przeglądamy mapy i przewodnik. W pewnym momencie Tamara zauważa, że czas miejscowy, to godzina do przodu. Na odprawie mamy być 1h przed. Tym samym zostało nam 15 minut. Ja kompletnie nie zwróciłem na to uwagi, w końcu jestem na urlopie. Tym samym dalibyśmy a raczej ja dałbym ciała z odpłynięciem.
Zdążyliśmy :-)



Dopadła nas kolejna monotonia. Nabitych 0 kilometrów od dobrych kilku godzin. Podziwiamy więc to co widzą nasze oczy. Nasz prom, największy z okolicznych powoli dobija do brzegu. W pierwszej kolejności zaczął wypuszczać przywiezioną zawartość (ludzi i pojazdy). Działo się to w zorganizowany sposób. Całkiem sporo tych pojazdów. Na szczęście nie przyszło nam do głowy ich liczenie. Jedno jest pewne, tak dużym promem jeszcze nie płynęliśmy. Ten fakt uświadomiła nam ogromna liczba pojazdów (TIR-ów, samochodów, sporadycznie motocykli i rowerów) opuszczających naszą łajbę. Popatrzyliśmy za siebie i stwierdzamy, że w kolejce oczekujących na wjazd wcale nie jest ich mniej.


Nie przekraczamy linii, nie przekraczamy. Jedynie na zawołanie.


Jako pierwsi na prom wjeżdżają rowerzyści

Po wjechaniu na pokład promu i zakotwiczeniu motocykla (jednym pasem dwa) wchodzimy dalej. Pomiędzy TIR-ami nasze sprzęty wyglądały groteskowo. Na klatce schodowej widzimy pokład (piętro) na którym się znajdujemy. Zapamiętaliśmy pokład zacumowania naszego rumaka i na górę. Na samej górze, na otwartym pokładzie potwornie wieje. Robimy kilka fot i wracamy do środka, odrobinę niżej. Restauracje, place zabaw, perfumerie, ... , za dużo do wymieniania.







Płyniemy do TALLINA.

Mimo porywistego wiatru, wody Zatoki Fińskiej są dość spokojne. Może dzięki temu Tamara nie będzie miała choroby morskiej, co zdarzało się na wielu promach, również tych malutkich płynących przez cieśniny, np. Çanakkale - Eceabat >>> https://www.radiator-mototurystyka.pl/forum/index.php?topic=4566.msg4760#msg4760).

W oczekiwaniu na odprawę promową dziwnym trafem przegapiliśmy obiad stąd na promie robimy sobie przerwę obiadową. Zasiadamy w restauracji. Tu wyczytujemy, że nasz prom z Helsinek do Tallina ma do pokonania 80 km drogą morską a czas przeprawy wynosi około 3,5 h, co z kolei wydało nam się zbyt długo ale to może jakieś zabezpieczenie przewoźnika na wypadek kiepskiej pogody (np. sztorm). Tu nawiąże do mojego zboczenia związanego z wykształceniem. Tuż po starcie pierwszy raz na własne oczy zobaczyłem jak wygląda wybrzeże szkierowe. Przez kilka lat uczyłem typów wybrzeży morskich >>> http://www.wiking.edu.pl/article.php?id=143
ale zobaczyć na własne oczy to zupełnie inna sprawa.

Za: Encyklopedia PWN
   wybrzeże szkierowe, wybrzeże skjerowe, geol. wybrzeże charakteryzujące się bardzo licznym występowaniem niewielkich skalistych wysepek; powstaje w wyniku zatopienia przez morze obszaru polodowcowego z licznymi barańcami (mutony); występuje np. w Finlandii, Szwecji.



Ostatnie spojrzenie na Helsinki





Gęstość występowania najczęściej granitowych wysepek robi ogromne wrażenie. Zobaczyć je na Wyspach Alandzkich to dopiero byłaby frajda. Jestem pod olbrzymim wrażeniem tego co zobaczyłem, dlatego postanowiłem dotknąć tego tematu.


Szkiery = mutony = barańce


Szkiery = mutony = barańce


Szkiery = mutony = barańce

Na promie jak to na promie, można pisać eseje a ja traktuję tą przygodę jak promy przez norweskie fiordy ale z większym rozmachem, bo i odległość większa.



Z upływem czasu zbliżając się do Estonii obserwujemy ciemną chmurę, w skrócie chmury i ląd. Po upływie około 1,5-2 h dopływamy do Tallina. Na każdym pokładzie/piętrze słychać głośny komunikat:
- prosimy pasażerów od pojazdów do udania się do swoich samochodów ...

Udajemy się więc w drogę powrotną na dolny pokład. Tutaj zaskoczenie, schody zakratowane, czynna jedynie winda, która przeżywa aktualnie oblężenie. Po odczekaniu swojego, uwalniamy z pasów nasz motocykl, zmierzamy do wyjazdu na ląd a tu wita nas potworna ulewa. Tak właśnie wita nas stolica Estonii. Dla przypomnienia 0:18-0:20 trailera z naszego filmu, więcej w dłuższej relacji filmowej >>>


Po nabrzeżu portowym przemieszczamy się ogromnie rozgoryczeni prześladującym nas deszczem. Ulewa z ogromnymi kroplami deszczu przeplatana z gradem sprawia, że miejscami widać asfaltowe potoki. Ulewa jest na tyle poważna, że bez konsultacji decydujemy się na dalszą jazdę aby jak najszybciej zgubić deszcz. Estonię zwiedzaliśmy dość dokładnie w 2012 roku, więc mała dla nas strata w pominięciu dodatkowych miejsc, które chcieliśmy zobaczyć. Dla zainteresowanych odrobina Estonii z 2012 roku >>> https://www.radiator-mototurystyka.pl/forum/index.php?topic=4566.msg4667#msg4667
Jadąc w ulewnym deszczu przez całą Estonię chroniliśmy aparat i inny sprzęt przed wodą. Mamy jedynie ujęcia filmowe, o czym było więcej nieco wyżej. Podczas poprzedniego pobytu w tym kraju również towarzyszył nam deszcz ale z mniejszym natężeniem. Wówczas ten kraj zwiedzaliśmy lepiej przygotowani do warunków pogodowych i jeździliśmy w topornych ale skutecznych przeciwdeszczach.
Wyjechaliśmy poza rogatki portu. Na ulicach Tallina niemal powódź. Jazda motocyklem staje się niebezpieczna. Kompletnie już przemoczeni zatrzymujemy się aby założyć przynajmniej membrany (goretex :-( - wytrzymuje jedynie do 2h jazdy w ulewnym deszczu).
Jazda-deszcz, jazda-deszcz, jazda-deszcz, dobrze, że wieczór bliski. Po oddaleniu się od Tallina robimy szybkie zakupy w markecie i bunkrujemy się w małym hoteliku/pensjonacie.
Schniemy !!!





Po okresowej prohibicji (niemal 9 dni) delektujemy się estońskim piwem. Smakuje wyśmienicie.


Podsumowując dzisiejszy i poprzednie dni, co nam rzuciło się na oczy, tzw. okres wegetacyjny roślin, który wyraźnie uwidacznia się między krajami skandynawskimi a bałtyckimi. Dla przykładu, w Finlandii rzepak dopiero zaczynał kwitnąć, natomiast w Estonii kończy. U nas, tzn. w PL prawdopodobnie brak już kwiatów lub jest już koszony. Taka jest różnica między krajami północy i południa. Podobnie sytuacja wyglądała, kiedy jechaliśmy na długi weekend majowy do Serbii >>> https://www.radiator-mototurystyka.pl/8865/majowy-weekend-balkanach/ , gdzie na Węgrzech rzepak kwitł już na dobre a u nas w PL dopiero zaczynał myśleć o kwitnięciu.
To takie krótkie spostrzeżenia przy smakowitym browarze.
Dobranoc :-)

Cdn.
44
Turystyka zagraniczna / Odp: Do krainy wikingów
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Glazio dnia Stycznia 03, 2021, 05:48:59 pm »
Cd. cz. 16



11.07.2016 - dzień 18 - poniedziałek

Dziś będzie osiemnasty dzień naszej podróży. Trudno to nazwać dniem bez nocy. Odpoczywając na cyplu podczas białej nocy trudno określić godzinę. Tym bardziej, że od dawna nie mieliśmy takiego bezchmurnego nieba. Godz. 1:00 jasno, 2:00 jasno, 3:00 coraz jaśniej, dziwny ten odpoczynek. Siłą rzeczy ze zmęczenia trudami wczorajszego dnia udaje nam się drzemnąć. Nad ranem, czyli ok. 6:00-7:00 słyszymy jak zwija się ekipa z Pruszkowa, której dotarcie do tego miejsca z Nordkapp zajęło 2-3 dni. Wyruszyli w dalszą drogę. My wymęczeni uprzednio deszczową pogodą napawamy się słoneczną pogodą oraz tym, że komary jakoś nas omijają szerokim łukiem. Budzik daje nam znać o 8:00, że to był nasz pomysł. Odpoczywamy do 9:00 zwijając swoje toboły bez zbędnego pośpiechu. Obserwujemy budzące się w tym miejscu życie. Część turystów odjechała, inni wystawiają leżaczki zażywając kąpieli słonecznej, inni kąpieli w wodzie, a jak sądzę tubylcy, zbierają się do łódki wypływając na wędkowanie. Tutaj faktycznie można delektować się moczeniem kija, mają do tego odpowiednie warunki.



Jeszcze wczoraj jako pierwszy kąpieli w jeziorze zażył turysta z Niemiec, który stał niemal obok nas swoim kamperem. Dziś z samego rana wskoczył do wody zażywając orzeźwiającej kąpieli. Po nim turyści lub tubylcy, tj. matka z dwójką dzieci. Takim oto sposobem nie bacząc na konsekwencje swojej decyzji wyciągnąłem z kufra ostatnią swoją rzecz, której jeszcze nie miałem okazji wykorzystać - kąpielówki. Od pewnego czasu, tj. od wczoraj, biłem się z myślami dotyczącymi kąpieli w tutejszej herbacianej wodzie jeziora. Skoro inny turysta umoczył się w jeziorze, to tym samym zrobiło mi się szkoda. Bez czekania na zbędne zachęty, wskakuję w kąpielówki i do jeziora. Woda początkowo zimna, po chwili okazała się całkiem przyjemna, rzekłbym zaskakująco ciepła jak na teren poza kołem podbiegunowym północnym. Stwierdzam, że kolor wody prawdopodobnie wziął się od okolicznych torfów a tym samym jej herbaciany kolor łatwiej przyswaja ciepło płynące wprost od słońca, stąd moje zaskoczenie staje się wytłumaczalne. Pomijając jej kolor aby zaniechać innym domysłom woda w jeziorze jest bardzo czysta. Herbata to dobre porównanie, ponieważ kolor jest bardzo podobny a i przezroczystość cieczy identyczna. Z nocnych obserwacji, kiedy to słońce zaszło poniżej linię horyzontu około północy 0:00 a wzeszło między 3:00 a 4:00 stąd czas nasłonecznienia a zarazem przyjmowania energii cieplnej przez wody jeziora wynoszą aktualnie około 20-21 godzin, czyli zdecydowanie większą część doby.

Orzeźwiająca kąpiel dała mi niezłego kopa.

Ruszamy do ROVANIEMI, w celu odwiedzenia św. Mikołaja w jego siedzibie. Tamara nagle stwierdziła, że nie jedziemy do owego Pana, pachnie jej to tandetą. Ja stwierdziłem, że skoro jesteśmy tak blisko i do tego nocowaliśmy pod jego nosem, to szkoda stracić taką okazję, tym bardziej, że odwiedziny są za FREE (czyli za darmo), natomiast jeśli chcemy jakąś pamiątkę, np. zdjęcie to musimy za nie zapłacić. W tym miejscu jest zakaz korzystania z własnego sprzętu audio/video. Miejsce usłane wieloma kamerami i strażnikami, np. w postaci elfów. Swój sprzęt można wykorzystywać w różnych miejscach jego siedziby z wyjątkiem pomieszczenia, w którym gości przyjmuje gospodarz w bieli i czerwieni.

Po dojechaniu na miejsce okazuje się, że Tamara zdecydowała się na wizytę u Mikołaja. Ja z uwagi na uprzednie oświadczenia Wiórka zupełnie zapomniałem o niezbędnych rzeczach, nadal mając z tyłu głowy, że ona zostaje więc będzie miała na oku moją kurtkę i kask z kamerą. Tak więc zostawiam portfel w kurtce i kamerą na kasku opuszczając nasz sprzęt z pełnym spokojem. O tym fakcie przypominam sobie w momencie, kiedy jesteśmy już pierwsi w kojce do jegomościa z brodą. Przed wejściem podziwiamy galerię znanych osobistości, które odwiedziły Mikołaja w Rovaniemi. Tak na szybki przegląd i zapamiętane osoby, są to, np: Siergiej Ławrow (Сергей Викторович Лавров) minister spraw zagranicznych Federacji Rosyjskiej, zespół Lordi, ... , sporo innych znamienitości, jesteśmy i MY.
Wchodzimy. Przed wejściem ponowienie informacji o zakazie korzystania ze swojego sprzętu audio/video.

Skoro już jesteśmy a czasami widziałem jak Mikołaj mówi po polsku, to postanowiłem zapytać, ...

Głazio: chciałem się upewnić, czy Mikołaj mówi po polsku?

Mikołaj: no mo ta, dzień dobry ...



https://www.radiator-mototurystyka.pl/wp-content/uploads/2021/01/U_Mikolaja_Radiator.mp4

Zna podstawowe zwroty. Zapytał nas, czy jesteśmy z Wrocławia, Katowic, czy ... a my na to, że na wschód od Rzeszowa. Zaprosił nas na swoją wizytę w Polsce za pięć miesięcy. Będzie na nas czekał :-)

Na koniec podziękował nam za wizytę, my również.





Po wizycie, zakupiliśmy nagranie i zdjęcia. Do tego kilka gadżetów w lokalnym sklepiku aby mieć jakąś pamiątkę. Z dziwnym uśmiechem podążamy do naszego motocykla. Jednak nie pachniało tandetą, co możecie ocenić sami.



Siedziba Mikołaja na Kole Podbiegunowym Północnym a raczej w jego pobliżu, to świetna lokalizacja. Choć dokładna szerokość geograficzna koła to 66°33'N, to niewielkie przemieszczenie w terenie nie ma dla nas wielkiego znaczenia. Idąc do motocykla zacząłem wspominać ile to listów pisałem do św. Mikołaja, jeden z nich wysłałem do samego Rovaniemi, bez efektu zwrotnego, czyli wymarzonego prezentu. To był chyba mój ostatni list do Mikołaja, późniejsze kładłem na parapecie swojego okna, bo te trafiały pod moją poduszkę. Pisząc kiedyś ten list, nigdy nie myślałem ani nie marzyłem, że odwiedzę tego jegomościa w jego siedzibie. Stało się. Najwyraźniej przekroczyłem granicę marzeń a to z pewnością nie jest ostatnie.

Mieliśmy jeszcze zwiedzić Arktikum z kopułą ale oszołomieni i przesyceni pozytywną energią podjeżdżamy do tego miejsca i bez zbędnego słowa rezygnujemy ze zwiedzania zupełnie innej atrakcji. Obieramy kierunek na Helsinki. Po drodze będziemy łykać to co przypadnie nam do gustu wzdłuż naszego traktu. Wprawdzie nasza droga powrotna zaczęła się od samego Nordkapp, jednak po odwiedzeniu ostatniego żelaznego punktu naszej podróży możemy powiedzieć to  z pełną odpowiedzialnością. Jak na towarzyszące nam warunki pogodowe czujemy się już przesyceni. Plan zrealizowany z nawiązką. Dziś delektujemy się promieniami słońca, którego nam brakowało.
Oby nie zapeszyć !!!

Po drodze te same monotonne już dla nas krajobrazy; lasy, jeziora, rzeki, droga i obowiązujące znaki z ograniczeniem prędkości do 100, 80, 60 a czasami do 40. Od czasu do czasu uwaga na dzikie zwierzęta a może raczej zwierzęta domowe "renifery" tzw. wolny wybieg bez ograniczeń. Ku naszemu zaskoczeniu dzisiaj nie widzieliśmy jeszcze ani jednego. Za to ja wypatrzyłem ciekawy motocykl a raczej przyczepkę do motocykla i poprosiłem Tamarę aby go sfotografowała. Uczyniła to robiąc zdjęcie samemu motocyklowi, który ciągnął za sobą dębową beczkę z takim samym napisem jak widoczny na zdjęciu baku w HD.



Po drodze mijamy motorower jadący poboczną ścieżką dla rowerów z prędkością bagatela jedyne 90 km/h. Chwilę później poczuliśmy ściskanie w żołądkach, stąd zaczęliśmy wypatrywać miejsca na strawę. Trudno było przeoczyć przydrożną restaurację, w której były same dzwony, no może dominowały, bo jednak większość zatrzymała się właśnie tutaj aby coś zjeść. Budka telefoniczna pod dzwonem, wewnątrz restauracji przeróżne dzwony z różnych części świata, dzwonnica z różnymi dzwonami kościelnymi, w oknach również dzwony. Jednym słowem tutejszą fińską strawę zdominował dzwon, który prześladował nasze oczy a czasami uszy. Restauracja, czyli ravintola miała wiele cech wspólnych z tzw. szwedzkim stołem z wyjątkiem strawy głównej, którą zamawiało się osobno z karty. Po zamówieniu i opłaceniu dań można bez ograniczeń dobierać sobie różne produkty bez ograniczeń: chleby, surówki, sosy, przyprawy, napoje, wody, kompoty, mleko kefir i inne. Najedliśmy się do syta a nawet bardziej. Cała nasza konsumpcja odbyła się w muzeum a zarazem wytwórni dzwonów. Jest ich tu bardzo dużo. Największe z nich pochodzą z Niemiec i Austrii.









Obejrzeliśmy niemal wszystkie eksponaty. Najciekawszym z nich okazał się być dzwon ala budka telefoniczna. Zapewnia ochronę przed deszczem ale może być również niezłą pułapką ponieważ posiada serce. Po wejściu i zaznaniu dźwięku przestrzennego wewnątrz odechciewa się dodatkowych bodźców słuchowych. Ciekawe jaki odbiór miałby rozmówca telefoniczny z drugiej strony słuchawki? Tego już nie próbowaliśmy.

Dalsza jazda to niemal te same krajobrazy. Po upływie ok. 2 h zaczęliśmy się rozglądać za potencjalnym miejscem na nocleg.

Pierwsze z rozpatrywanych miejsc znajdowało się nad jeziorem wokół którego wiodła polna droga z mostkami raczej dla rowerzystów. Przejechawszy przez kilka z nich i dojechaniu do różnych domków lub daczy, dochodzimy do wniosku, że to raczej prywatne drogi a z pewnością uczęszczane więc nie obędzie się bez pytania o zgodę na nocleg.  Objechawszy jezioro dookoła jedziemy dalej.



Drugie miejsce przypominało dość spory parking, przy którym znajdował się wjazd do piekieł a może jedynie do podziemi. Zamknięty na blaszane drzwi, zaopatrzony w komin wentylacyjny przypominał wjazd do bunkra umiejscowionego w skale lub pod olbrzymim głazem. Lampka umiejscowiona pod okapem świadczy o dostępie do prądu. Objechawszy okoliczne leśne ścieżki, upatrzyliśmy sobie kilka miejscówek na sąsiadującym jeziorem ale doszliśmy do wniosku, że są zbyt często odwiedzane a inne miejsca nadające się do rozbicia namiotu miały zbyt duży spadek terenu. Tym samym postanowiliśmy jechać na dalsze poszukiwania.



Może do trzech razy sztuka. Tym razem stwierdzamy, że zatrzymujemy się na kolację widząc jakiś zjazd na camping. A może jednak nocleg na campingu. Tamara zsiada pod parkingową wiatą a ja udaję się na zwiedzanie najbliższej okolicy. Zjazd w polną drogę a tu zza krzaków wyłania się kolejna wiata. Do tego kilka pomostów, prawdopodobnie dla wędkarzy. Po drugiej stronie jeziora widać pojedyncze dacze z zacumowanymi przy nich łodziami. Po tym co zobaczyłem, wracam szybko po Wiórka i podjeżdżamy motocyklem pod wypatrzoną wiatę stojącą wśród zieleni. Przygotowując sobie kolację nawet nie myślimy o dalszych poszukiwaniach miejsca na nocleg. Zostajemy właśnie tu w miejscu przypominającym nam wczorajszy nocleg. Wypakowując nasze graty i po wyciągnięciu zakupionego dzisiaj słoika dżemu Wiórek oznajmia "chodziło za mną dzisiaj coś słodkiego" a przy blasku zachodzącego słońca dodaje do wiwatu "stęskniłam się już za nocami" a wygląda na to, że dziś będziemy mieli ciemną noc. Zachód słońca podziwiamy do samego końca wpatrując się w okoliczną przyrodę m.in. nieożywioną, czyli zatopione częściowo głazy w wodach Jeziora Laiskaselkä.








Wiórek walczący ze słoikiem dżemu o zachodzie słońca







Nasz NOCLEG w >>> https://goo.gl/maps/E12cEL83X4ZYp1Ds5
61°42'50.6"N 26°03'59.7"E
61.714063, 26.066575
Na granicy jezior: Laiskaselkä, Amerikanlahti, Oravakivensalmi

To był piękny i wspaniały dzień na jazdę motocyklem, chyba nasz najcieplejszy od wyjazdu z Polski. Temperatury oscylowały w granicach 19-24°C, świeciło słońce i nawet przez chwilę nie spadła kropla deszczu. Pierwsza noc i dzień bez deszczu !!! Zapisujemy w notatniku !!!
Dziś za nami ok 650 km >>> https://goo.gl/maps/d9zGWVzMejJkFUPL8
około 150 km do Helsinek.

Ten dzień w kalendarzu przypisujemy św. Mikołajowi, który sprawił nam świetny prezent. Dlaczego jemu? Ponieważ zbliżając się do Rovaniemi przestało padać i zaczęło świecić słońce. Oddalając się od Rovaniemi z upływem pokonywanych kilometrów zaczęło przybywać chmur. Mimo to nie padało i mieliśmy nadzieję, że nie będzie padać. Nawet jeśli, to w tych temperaturach byłoby to bardziej akceptowalne przez nasze ciała niż jazda w temperaturach 0, 3, 4, 8, 10 czy najwyżej 11°C.

Dzięki Mikołaju za ten prezent !!!

Dobranoc.

Dzisiejsza noc, to już prawdziwa ciemna noc, choć jeszcze nie to samo co u nas w Polsce.
Zasypiamy. Minęła północ, potworna ulewa z wyładowaniami atmosferycznymi. Ten deszcz przypisujemy jednak do kolejnego dnia.



Wybudzeni tym hałasem ponownie kładziemy głowy spokojnie mówiąc dobranoc, święty Mikołaj się już skończył.

Cdn ...
45
Sprawy różne / Odp: Życzenia Bożonarodzeniowe 2019
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Glazio dnia Grudnia 27, 2020, 01:04:19 pm »
Zdrowych, Spokojnych Świąt i udanego wskoku do Nowego Roku 2021 aby postawił tory na nowo w celu powrotu do normalności :-)
46
Weekendowe wypady / Odp: Szutry, brody i przygody - do Werchraty
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Glazio dnia Grudnia 25, 2020, 07:30:30 pm »
Ciekawa wyprawa. Miałem okazję Cię widzieć podczas przejazdu przez górny dopływ raty. Chyba powinienem powoli opisywać swoje ale jakoś nie mogę się przełamać do robienia zdjęć a jeśli już, to mozolnie mi to idzie :D Mimo Temperatur na przełomie zera nadal latam

Domyślam się, że widujesz mnie podczas przelotów.
Ja czekam na opisy innych użytkowników forum. Z całą pewnością dowiem się z nich czegoś nowego. Zdjęcia to dodatek, więc szkoda się męczyć. Do dobrego opisu są zbędne ale pomagają ogarnąć obraz całości :-)
Trzymaj się ciepło w swoim lataniu. Póki co temperatury są takie same lub czasami nawet wyższe niż podczas naszej deszczowej wyprawy "Do krainy wikingów" w środku lata >>> https://www.radiator-mototurystyka.pl/forum/index.php?topic=5972.msg9460#msg9460

W oczekiwaniu na relację pozdrawiam świątecznie :-)
47
Weekendowe wypady / Odp: Szutry, brody i przygody - do Werchraty
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Glazio dnia Grudnia 25, 2020, 07:23:40 pm »
Cd...

Pierwotnie wrzuciłem sam tekst, który po uzupełnieniu zdjęciami przekroczył liczbę znaków, więc siłą rzeczy musiałem go podzielić.


Dojechałem do końca drogi asfaltowej, której dalsza część to jakby świeży szuter. Trudno mi było odmówić sobie tej przyjemności aby sprawdzić jakość tej drogi. Z całą pewnością czułem się na niej pewniej niż na DW 867 przy tej prędkości. Po drodze minąłem przechodnia zwalniając niemal do minimum (cel zminimalizowanie tumanu kurzu) i ponowne odkręcenie manetki doprowadziło mnie do zabudowań, przy których ta świetna droga zamieniała się w zdecydowanie gorszą, gruntową.
Maziły, to przysiółek Werchraty, do którego doprowadzono ten wspaniały na dana chwilę szuter. Zatrzymałem się na jednym ze zjazdów w pola chcąc sfotografować ciekawą, bo powyginaną budowlę. Stojąc tak widzę twardo zmierzającego w moją stronę pana. Na wstępie zapytał co fotografuję w obawie przed tym, że rozpalił jakiś ogień martwiąc się przy tym, że czeka go za to kara. Wszystko spotęgowało to, że przed chwilą przeleciał nad jego dachem jakiś śmigłowiec lub samolot i miał dziwne myśli, że już nasłali na niego kontrole. Z kolei ja wiążąc dzisiejszy fakt ze Strażą Graniczną stwierdziłem, że przekroczenie granicy, to zwyczajny powód wzmożonych poszukiwań, przyznaję, że  dość obszerny.



Ekspresowy przelot szutrową drogą ze spowitymi tumanami kurzu, to chwilowa frajda. Ponownie odpuszczam przy przechodniu aby wzniesiony pył zdążył osiąść do jego nadejścia. Z tego miejsca obrałem kierunek na Brusno. Przystanek na lokalnym kamieniołomie, w którym jak nigdy za mojej pamięci tętni wydobycie wapienia. W weekendy i wieczorami pauza. Teren kopalni przestał już pełnić funkcję placu treningowego, ostrzega przed tym tabliczka "Teren górniczy, wstęp wzbroniony". Cóż można powiedzieć, pozostają wspomnienia i pamiątki z tutejszych manewrów. Dla pamiętających również uszkodzenia ciała, ducha i sprzętu.

Przykładowy link do wspomnień m.in. z kamieniołomu w Bruśnie >>> https://www.radiator-mototurystyka.pl/forum/index.php?topic=5795.0





Docierając do rzeki Świdnicy, zatrzymuję się na chwilę chcąc wypatrzeć z drogi budowle bobrów. Zbliżający się zmrok odwodzi mnie od pomysłu brnięcia pieszo w celu ich poszukiwania. Pozostaje popatrzeć na wartki nurt i kryształowo czystą wodę. Po przejechaniu miejscowości Nowe Brusno zatrzymuję się przy Pomniku Wolności wybudowanego w dziesiątą rocznicę odzyskania Niepodległości (1928 rok). Pomnik pamięta późniejsze zmiany historyczne, które odcisnęły na nim swój ślad, wszystko w celu dążenia do przywrócenia pomnikowi pierwotnego wyglądu.





Kilkaset metrów dalej przystaję na chwilę przy kolejnym pomniku upamiętniającym niewinnie pomordowanych mieszkańców wsi Rudka. Spoczywajcie w pokoju.







Już niemal ciemno, stąd trudno jest mi pokazać na zdjęciach okoliczne bunkry linii Mołotowa znajdujących się w punkcie oporu Nowe Brusno. Przy jednym z nich (06-PD-02, OPPK) znajduje się cmentarz.



Był to mój ostatni przystanek w drodze powrotnej do komina.
48
Sprawy różne / Odp: Życzenia Bożonarodzeniowe 2019
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Wiatr w Polu dnia Grudnia 24, 2020, 01:00:36 pm »
Dziś nie pomyliłem wątku, ani tematu :) Zdrowych spokojnych świąt życzę wszystkim, a w nowym roku zdrowia, fantastycznych wyjazdów, spotkań ze wspaniałymi ludżmi.
49
Weekendowe wypady / Odp: Szutry, brody i przygody - do Werchraty
« Ostatnia wiadomość wysłana przez BociekPL dnia Grudnia 22, 2020, 07:48:46 pm »
Ciekawa wyprawa. Miałem okazję Cię widzieć podczas przejazdu przez górny dopływ raty. Chyba powinienem powoli opisywać swoje ale jakoś nie mogę się przełamać do robienia zdjęć a jeśli już, to mozolnie mi to idzie :D Mimo Temperatur na przełomie zera nadal latam
50
Weekendowe wypady / Szutry, brody i przygody - do Werchraty
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Glazio dnia Grudnia 21, 2020, 11:13:45 am »
Moto komin
Szutry, brody i przygody - do Werchraty


Kolejna z moto przejażdżek odbyła się jeszcze przed pełnymi kolorami jesieni. Z Lubaczowa do granicy z UA jest 13 km, mimo to i tak wyruszam na wschód, gdzie musi być cywilizacja a zarazem występuje sporo atrakcji.



Na start obieram kierunek na Werchratę/Horyniec-Zdrój sprawny przejazd asfaltem i tuż po opuszczeniu miasta Lubaczowa zjazd w lewo na szutrową "autostradę" z Młodowa w stronę Pilipów, koło starej strzelnicy z czasów zaboru austriackiego. Po drodze mijam pola uprawne, wśród których  mój przelot i podnoszony tuman kurzu przynajmniej na chwilę odrywa wzrok rolników od prac polowych. Po skręceniu w prawo zjeżdżam w odcinek drogi trawiastej i po ponownym skręcie w prawo wracam na szuter. Przecięcie DW 867 i przez Karolówkę mknę do Borowej Góry, w której wjeżdżam na kolejną szutrową autostradę (szutry, piaski, betonowe płyty) wiodącą do Baszni Dolnej. Hmm, ponownie asfalt do Baszni Górnej, skąd kieruje się w stronę Horyńca. Na skrzyżowaniu, kontrola Straży Granicznej - przekroczenie granicy UE, stąd pierwsze pytanie "czy widziałem jakieś dziwne zachowania lub osoby, lub jeśli będę coś takiego widział, to proszony jestem o informację". Mknę dalej, początkowo asfaltem, później drogą z płyt wybudowaną przez pobliską kopalnię siarki (aktualnie zamkniętej) wjeżdżam na powiatową drogę gruntową prowadzącą przez las do Wólki Horynieckiej. Mimo braku opadów deszczu, ku mojemu zaskoczeniu pojawiły się również błotniste przeprawy. Moja lekko łysawa opona słabo wybiera trawiaste podłoża oraz błota. Na szczęście obyło się bez upadków.

Asfaltem dojeżdżam do miejscowości uzdrowiskowej Horyniec-Zdrój, gdzie kieruję się pod zabytkowy Pałac Ponińskich z XVIII wiecznym parkiem podworskim. Niegdyś siedziba PGR-u, aktualnie Sanatorium Bajka. Z tego miejsca przechodzę na drugą stronę pod Teatr Dworski, w którym raz do roku odbywa się "Biesiada Teatralna" >>> http://biesiada.horyniec.info/teatr-dworski-w-horyncu-zdroju/



W Horyńcu jest szereg innych ciekawostek ale pobliski obiekt UNESCO wzywa mnie jeszcze mocniej. Jest to miejsce, które odwiedzam wiele razy w ciągu roku i nadal mi mało. Wjeżdżam do Radruża.

















Zespół Cerkiewny w Radrużu od 2013 r. znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, zaś w 2017 r. otrzymał status Pomnika Historii na mocy rozporządzenia Prezydenta Rzeczpospolitej. Obiekt w zarządzaniu Muzeum Kresów w Lubaczowie można zwiedzać solo, grupowo, z przewodnikiem lub bez  >>> http://www.muzeumkresow.eu/zespol-cerkiewny-w-radruzu . Wnętrze obiektu oraz zapach wiekowego drewna sprawia, że chce się tam wracać ilekroć jestem w pobliżu. Spokój, cisza, otaczająca przyroda z grasującymi w najbliższej okolicy bobrami ze swoimi budowlami powoduje, że praca wre po każdej ze stron. W tym miejscu sesja zdjęciowa obowiązkowa.








Kamieniarka Bruśnieńska - nagrobki


Kamieniarka Bruśnieńska - nagrobki



Z Radruża ponownie wracam do Horyńca przez bezdroża. Tym razem polną drogą z większą lub mniejszą ilością trawy sprawiła mi psikusa. Niespodziewana koleina, wilgotna trawa i łysawa opona wyrzuca mnie z obranego toru jazdy i ... gleba. Na szczęście bez większych konsekwencji. Dalsza część tej polnej przejażdżki pokonywana z większą ostrożnością, moim ulubionym szlakiem w niewielkim wąwozie z przeprawą przez strumień, odrobiną błotka i jazda po liściastym podłożu do parafii i klasztoru Franciszkanów w Horyńcu-Zdrój. Odrobina historii obiektu pod tym linkiem >>> http://www.horyniec.franciszkanie.pl/index.php?page=6











Z Horyńca w stronę Werchraty
Na tym odcinku trudno znaleźć inny trakt niż lichej jakości DW 867. To jeden z najgorszych odcinków drogi wojewódzkiej na podkarpaciu. Z mojego doświadczenia łatwo dochodzę do wniosku, że czasami więcej pewności w poruszaniu się dają moje przysłowiowe "szutrowe autostrady" występujące pomiędzy polami uprawnymi. Wyboistość tej drogi przypomina mi obrazki asfaltowych fałdów niczym z Ukrainy, te najbardziej niebezpieczne znajdują się na zakrętach. Jeśli ktoś planuje jazdę tym odcinkiem, to niech "asfalt" w tym miejscu będzie dla Was przestrogą.

Jadąc dalej w stronę Werchraty zatrzymuję się na chwilę w Dziewięcierzu, przy gospodarstwie hodowlanym bydła szkockiej rasy wyżynnej. Ich ubarwienie i pokaźne rogi zawsze przykuwają moją uwagę jeśli są w zasięgu wzroku.







Kolejne miejsce, do którego wiodą mnie koła, to Cerkwisko w Moczarach (Dziewięcierz). O magii tego miejsca tętniącego niegdyś życiem nieco więcej.
Za: www. or-bad.horyniec.info
https://or-bad.horyniec.info/cuda-na-moczarach/

Cuda na Moczarach

Potocznie nazywa się okolicę z ruinami cerkwi Moczarami, jednak prawidłowo jest to Dziewięcierz, można nawet powiedzieć, że było to kiedyś ścisłe centrum tej wioski.
...
Żeby mieć prawidłowy widok na tę okolicę, posłużymy się przedwojenną mapą, z wycinkiem centrum Dziewięcierza. Widać na niej, że droga główna biegła inaczej niż dziś, czyli obok cerkwi, plebanii z kapliczką, i dalej do współczesnej drogi relacji Horyniec Werchrata.



Dziś kilkaset metrów od kompleksu po cerkiewnego mamy granicę, dlatego drogi zostały wytyczone w inny sposób. To jest też powód, dlaczego dziś tę okolicę lepiej nazywać Moczarami, a nie centrum Dziewięcierza.
Jedno jest pewne. Dziewięcierz, to jedna z wielu miejscowości przedzielonych sztucznie granicą. Po dziś dzień po obu stronach granicy mamy tą samą miejscowość o tej samej nazwie.


Przy istniejących cerkwiach, każdy będzie miał swój typ najciekawszej i najpiękniejszej. Przy cerkwiskach, czyli miejscach, gdzie stała kiedyś cerkiew, chyba nikt nie zaprzeczy, że na skalę całego areału występowania grekokatolicyzmu, tutaj, na Moczarach, mamy obiekt numer jeden. Poznajmy historię tego obiektu, pomoże nam w tym opracowanie z
www.cerkiewne.tematy.net:
Cerkiew pw. Podwyższenia Krzyża Świętego powstała w latach 1837-39 r. Znajdowała się na usypanej terasie, wzmocnionej kamiennym murem z kaplicami i bramami. Cerkiew była drewniana, miała podpiwniczoną zakrystię i charakteryzowała się typowym trójdzielnym układem, gdzie każda część przekryta była kopułami.
Została rozebrana ok. 1951 roku, na skutek wcześniejszej dewastacji przez żołnierzy radzieckich, którzy jeszcze w latach 40-tych XX w. ściągnęli z cerkwi i dzwonnicy blachę. Część materiału z rozebranej świątyni wojsko użyło do budowy mostu w Horyńcu.
Do dziś przetrwały jedynie fundamenty, piwnica, krzyż wystawiony na pamiątkę misji w 1927 r. oraz kamienny mur z dwoma przeciwległymi bramami. W pobliżu cerkwiska znajduje się cmentarz greckokatolicki z zabytkowymi nagrobkami bruśnieńskimi.

Parafia w Dziewięcierzu w XIX i na pocz. XX w. wchodziła do składu dekanatu rawskiego. Drewnianą cerkiew parafialną pod wezwaniem Podniesienia Św. Krzyża ukończono w 1839 r. W latach 1840-1875 proboszczem był ks. Józef Czechowicz, a po jego śmierci syn Konstanty Czechowicz (1877-1887), późniejszy biskup przemyski. Ostatnim duszpasterzem przed II Wojną Światową był ks. Włodzimierz Hojdysz (na zdjeciu poniżej). W 1938 r. parafia liczyła 2210 wiernych, do jej składu wchodziły liczne przysiółki, takie jak: Łazy, Krynica, Sołotwina, Huski, Dolina, Śniegury, Moczary, Kowale i inne. Po ustanowieniu w 1945 r. granicy polsko-radzieckiej wieś została przedzielona pasem granicznym. Po polskiej stronie znalazła się cerkiew, zaś po radzieckiej cmentarz. W latach 1945 i 1947 miały miejsce przymusowe deportacje ludności ukraińskiej do ZSRR i na ziemie północnej Polski, opustoszałe domy zostały w większości rozebrane. We wsi pozostało zaledwie 10 rodzin.
W wyniku późniejszej regulacji granicy, w Polsce znów znalazł się cmentarz parafialny z grobem ks. Józefa Czechowicza.

Nawet jeżeli ktoś był w tym miejscu, dopiero teraz, po obejrzeniu tego zdjęcia, zrozumie, co mieli na myśli twórcy strony Apokryf Ruski, pisząc o tej bajkowej budowli:
Żadna inna cerkiew na całym areale kulturalnym bizantyjsko-ruskim w powojenne Polsce nie miała tak wspaniałego otoczenia architektonicznego w postaci murów, bram i kapliczek analogicznych jak te z Dziewięcierza.



...
Przyglądając się temu miejscu, zobaczymy wiele niezwykłych elementów, które składają się na całość. Niespotykane mury z kapliczkami, stanowią bajeczną otoczkę pięknego nieistniejącego obiektu. Dla tych, którzy szukają ciekawostek, warto się przyjrzeć schodom do obu bram, mają bardzo ciekawy zaokrąglony kształt i są zrobione z kamienia. Warto też wejść do piwnicy, umiejscowionej niegdyś za ołtarzem. Piwniczka ma małe okienko, które sprawia ciekawe wrażenie, gdy się przez nie spogląda.












Osobiście, bardzo uwielbiam to miejsce i panujący tu klimat - cisza, przyroda, strumień rozpływający się na rozległy teren tworzący moczary. Z przykrością stwierdzam, że z każdym rokiem przyroda małymi kroczkami zaciera dawną świetność tego obiektu.
Przyległy do cerkwiska cmentarz greckokatolicki jest zarazem zbiorem zabytkowych nagrobków sztuki kamieniarstwa bruśnieńskiego.











Opuszczam to magiczne miejsce stając prawie u bram Werchraty. Zanim do niej zjadę, przed przejazdem kolejowym skręcam w prawo aby przejechać przez bród. Trudno wyczuć, czy tym razem będzie przejezdny, ponieważ bobry ze swymi budowlami lubią podnosić wysokość lustra kryształowo czystej wody. Pewnego razu, gdybym w pierwszej kolejności nie sprawdził głębokości wody wchodząc uprzednio pieszo do strumienia, zapewne utopiłbym pojazd, którym chciałem przejechać. W takich przypadkach najważniejsze jest gruntowanie przed wjechaniem pojazdem sporadycznie odwiedzanych brodów. Tym razem przejazd był możliwy, choć tydzień temu wysokość lustra wody była nieco niższa.







Bobry nie próżnują a wzdłuż ostatniego odcinka drogi, co chwile można podziwiać ich budowle, które zdecydowanie negatywnie wpływają na podbudowę owego szlaku komunikacyjnego.
Przeprawa przez wodę zawsze sprawia mi frajdę. Tym razem woda przydała się również do oczyszczenia motocykla oraz szybki w kasku.

Wracam do drogi głównej, po przejechaniu torów kolejowych wspinam się pod górę z której rozpościera się wspaniały widok na kolejny skłon. W dolinie osada, która zwie się Werchrata. To jedna z największych wsi w Polsce pod względem powierzchni. Werchrata, czyli wierch nad Ratą "wzgórza nad Ratą". Z kolei Rata, to jedna z najpiękniejszych, najczystszych a zarazem najchłodniejszych polskich rzek.

Werchrata była wsią królewską w województwie bełskim a jej właścicielem był August Łoś, powstaniec, poseł na Sejm Galicyjski i do Rady Państwa. W czasie II wojny światowej zdobyta przez wojska radzieckie. Wieś niemal w całości zamieszkiwana przez ludność ukraińską została zniszczona niemal w całości podczas starć z oddziałami UPA w 1947 roku a ludność niemal w całości wysiedlono. Nieopodal centrum wsi w rejonie Monastyru rozebrano stojącą na terenie dawnego klasztoru cerkiew Opieki Bogurodzicy wzniesioną około 1680. Była to jedna z najstarszych i najcenniejszych drewnianych cerkwi w Polsce, które uległy zniszczeniu po II wojnie światowej.

Ja zatrzymuję się pod dawną cerkwią, aktualnie kościół rzymskokatolicki, pod którym znajduje się mapa obrazowa Pustelni Albertyńskich ściśle powiązanych z pobliskim Monastyrem.
W tym miejscu warto dodać, że cudowna ikona Matki Boskiej Werchrackiej (Werchracka Ikona Matki Bożej)znajduje się obecnie w Krechowskim Monasterze na Ukrainie.





W pobliżu cerkwi po drugiej stronie drogi w centrum miejscowości znajduje się cmentarz z I wojny światowej. Przy tej okazji moją uwagę przykuwa zabytkowy już wóz strażacki marki Star, po widniejącym na drzwiach napisie wygląda na to, że jest to spadek z OSP Horyniec-Zdrój.





Widząc słońce uciekając za horyzont chciałem sprawdzić, czy uda mi się zlokalizować dobre miejsce aby zrobić zdjęcie cerkwi na jego tle. Wjechałem w jakieś niepozorne pole koniczyny, które szybko okazało się oranką niczym pole kopcowanych ziemniaków. Póki jechałem w górę stoku, to wszystko wyglądało w porządku. Koniec końców musiałem jakoś zawrócić i chciałem koniecznie uczynić to bez zsiadania z motocykla i tu popełniłem karygodny błąd. Na tzw. kartoflisko zdecydowałem się na nawrotkę zjeżdżając w dół. Szybka gleba, tym razem zbieram klosz z kierunkowskazu, po czym odechciało mi się zdjęcia.

Zawróciłem do wąskiej drogi asfaltowej wspinając się na przeciwległy skłon. Tutaj wyciągnąłem aparat, widząc kolejny czynny zabytek. Tym razem traktor pracujący na roli zwrócił moją uwagę.



cdn.
Strony: 1 2 3 4 [5] 6 7 8 9 10