Więc zabieram się po raz trzeci do relacji z naszej ostatniej wyprawy w tym roku...
Mam nadzieję że nikogo nie zanudzę moimi opowieściami...
Miłego czytania i radości ze zdjęć!
Wyjazd niestety się opóźnił o ile nie stanął pod wielkim znakiem zapytania.(zajebiście zimno!) Ostatecznie wyruszyliśmy około 11 co miało późniejsze swe konsekwencje. Zapakowani i maxymalnie ubrani wyjeżdżamy z Lubaczowa. Pierwszy krótki przystanek na kawkę i śniadanko w zajeździe ostoja.


Zdjęcie pod tytułem... ależ oczywiście że nie jest mi zimno! ;]
Kierunek Rzeszów ( Paweł zapomniał dokumentów a ja mojej super ciepłej bluzy).
Droga pomimo natężonego ruchu szła świetnie, ok 12 pod naszym blokiem w Rzeszowie przywitało nas przyjemne ciepełko skłaniające do zrzucenia kilku warst porannego odzienia :huh: .
Do czasu... Gdzieś przed Sanokiem urywa mi się linka od sprzęgła a Paweł w momencie eskortowania mojej maszyny z mega góry na której akurat musiała urwać się linka... urywa mi lewe lusterko.Dochodzę powoli do wniosku że każda moja wyprawa w Bieszczady musi prędzej lub później zaowocować jakimiś uszkodzeniami. Na szczęście wszystko zostało sprawnie naprawione przez Pawła :silly: i mechanika samochodowego który dzielnie użyczał nam kluczy.

Następne tankowanie wypadło w Sanoku:


I W DROGĘ!

Następnie czekały nas poszukiwania noclegu co wydało się dość kłopotliwą sprawą nie znając Sanoka, jednakże po chyba setnym przejeździe przez centrum udało nam się wypatrzeć jakiś Hotel. Zostawiliśmy nasze manatki i czym prędzej wyruszyliśmy na małą pętlę!


Chodź na drodze było dużo liści a gdzie nie gdzie i większych atrakcji skutecznie udało się pozamykac opony i poprzecierać kolana.

Jeszcze szybki rzut oka na panoramę (gonił nas zmrok ponieważ ja nie miałam długich świateł na wyposażeniu mojego super turystycznego motocykla a nie chcieliśmy nabawić się jakich kolwiek kłopotów)

Po powrocie do Hotelu i ciepłym prysznicu wyruszamy na łowy w celu posilenia się i pozwiedzania co nie co. Ku naszemu zdziwieniu Sanok okazał się bardzo ciekawym miejscem. Postanowiliśmy namacalnie zbadać każdą tamtejszą atrakcję, na pierwszy rzut poszedł Wojak Szwejk!


Kilka fotek z nocnego Sanoka:


Naliczyliśmy 5 par młodych na sesjach zdjęciowych i dwa chrzty więc stwierdziliśmy że pakiet szczęścia mamy wystarczający na cały następny dzień

Wreszcie docieramy do pabu i tankujemy cenne płyny

Niestety na upragniony posiłek musieliśmy poczekać co zaowocowało dość twórczymi zdjęciami... Niestety musiałam wybrać tylko te najstosowniejsze

Jest i upragniony posiłek ( drugi w ciągu całej podróży)

Jeszcze panorama Sanocka i kolejna mini fontanna:


Posileni i nawodnieni* wzbogaceni od kolejną dawkę dobrego humoru grasujemy po rynku w celu uchwycenia najciekawszych zakątków...


Odnajdujemy także klasztor Franciszkanów w którym swoją drogą było mega ciepło!!



Naszej uwadze nie umkną także Sanocki Konik którego skutecznie ujeżdżaliśmy nie zważając na przechodniów, niestety zdjęć było tak wiele że musiałam zdecydować się jedynie na kilka z nich:


Oswajacz internetowy - wersja Słoneczna :silly:

I nasz hotel Jagielloński z trzema gwiazdkami i zamykanym na noc parkingiem. Stołowaliśmy się z całą zgrają warszawskich lekarzy których było słychać jeszcze długo po tym jak postanowiliśmy wreszcie odpocząć. Hotel oczywiście godny polecenia chodź cena nie zachęca szczerze mówiąc.

Następnego dnia wyruszamy w dalszą drogą za cel obieramy dużą pętlę bieszczadzką, wyruszamy już o 9 ponieważ pogoda wyjątkowo dopisała.




I W DROGĘ!

Krótka przerwa dla rozprostowania pleców i lewej ręki zaowocowała także kilkoma zdjęciami. Hehe tak tak ten mega upakowany kosmonauta to ja

Do opisu ilości i rodzaju mojego jesiennego stroju przystąpię później przy okazji sesji rozbieranej w Birczy...



A to już ja na mojej transportówce...

Drugie śniadanie w postaci wczorajszej pizzy i dalej w drogę...


Do puki nie zabrakło wahy...

Już tłumaczę dlaczego jesteśmy tak zadowoleni na tych zdjęciach... Nie łudźcie się w Bieszczadach waha wcale nie jest tańsza wręcz przeciwnie jeszcze droższa.... ale Paweł leciał na oparach a wszystkie inne stacje które mijaliśmy okazywały się pozamykane, stąd właśnie nasza dziwna radość.
I tak zamknęliśmy dużą pętlę. Paweł poleciał jeszcze raz na małą a ja moją transportówką ( nie wiem czy ktoś zauważył że nie dość że miałam mniejszy motocykl to musiałam wieźć wszystkie manele)poleciałam w stronę Przemyśla.
W Birczy miałam dość (200 km bez przerwy jedzenia i picia od 9 rano koło 13.30 padłam). Najwidoczniej narzuciłam zbyt szybkie tempo aczkolwiek zależało mi na tym by tego samego dnia dotrzeć do domu w ciepłych godzinach dnia.

Tak leżałam do puki Paweł nie dojechał. Chodź rzecz jasna nie trwało to zbyt długo, bo na R1 długo to się nie czeka, aczkolwiek wzbudziłam niemałe zaciekawienie obsługi lokalu :ohmy:

Przejdźmy teraz do obiecanej prezentacji strojów jesienno-zimowych w Birczy... Pierwsza warstwę stanowił kombinezon przeciwdeszczowy który miał za zadanie nie przepuszczać wiatru... eee tzn zimnego powietrza :blush: Kolejna to podpinka z Pawła zimowej kurtki założona na mój kombinezon skórzany. A następnie skrzętnie poupychana bielizna termoaktywna. Tak nie było mi ani troszeczkę zimno ale za to upakowana byłam tak że zapewne nie poczułabym żadnego kontaktu z asfaltem lub ziemią...

Było co zbierać z tej trawy


Cóż w oczekiwaniu na posiłek ( Pawłowi się nudziło i postanowił podroczyć się z głodnym Słoneczkiem)
W drodze powrotnej za Przemyślem zaczęłam opadać z sił. Moja linka od sprzęgła do najdelikatniejszych nie należy jak wszyscy wiedzą i po 2 dniach zawziętej podróżny naprawdę nie miałam już sił dalej jechać i zaciskać wytrwale lewej dłoni. Dzięki temu mogłam się bujnąć R1 aż do Łukawca :laugh: :laugh:



Po małej pogadance ze znajomym wracamy do mnie do domu w okolicach godziny 16 czy jakoś tak. Ostatecznie na moim budziku wyszło ok 600 km a na Pawła 650... Gdzie on tak wyjeździł te 50 km to ja nie wiem
Wypad super udany tylko szkoda że nie udało nam się nikogo zachęcić do jazdy z nami. Bieszczady oczywiście przepiękne o tej porze roku. Tyle razy chciałam się zatrzymywać że tygodnia nam by brakło żeby nacieszyć się widokami. Niestety o tej porze roku trzeba się wręcz ścigać z czasem. W niedzielę mijaliśmy nawet sporo motocyklistów.
Uważam sezon za zamknięty (szosowy)... teraz trzeba się przerzucić na crossa
