Cd. relacji :-)
Oczywiście dla wytrwałych - a jeszcze bardziej wytrwali niedługo będą mogli poczytać nieco więcej w wakacyjnych wyprawach.
W okolicy Tianeti. Budzimy się - już czeka na nas kawa. Rozmowy - Tamara rzuca gospodyni komplement związany z ogrodem za co otrzymuje na pożegnanie wiązankę kwiatów. Nie chcą od nas przyjąć żadnej kasy za nocleg (jak zwykle), pytamy czy możemy kupić u właściciela wino - za to też nie możemy zapłacić (otrzymujemy 1,5 l butelkę do degustacji na drogę). Zakłopotani szukamy czegoś co możemy zostawić. Dajemy od siebie chustę arafatkę (całe szczęście ku naszemu zadowoleniu przynajmniej tyle przyjęli - a że na moto nie zabiera się raczej zbędnych rzeczy więc nie mieliśmy zbyt wiele do zaoferowania).

Tamara podczas degustacji jeszcze sporych domowych zasobów wina oraz gospodarz, który 2 tygodnie wcześniej gościł również ekipę z Polski - na rowerach.

Kolejny punkt zwiedzania - Kutaisi - jedno z najstarszych miast na świecie z zabytkową katedrą Bagrati (niestety w remoncie) udajemy się więc do restauracji, by odetchnąć od upału i oddać się degustacji innych gruzińskich potraw.
Zdjęcie bukietu, który długo z nami jechał mimo pyłu, trudnej szutrowej, krętej i wyboistej górskiej drogi (w tle).
Dojeżdżamy do twierdzy w Ananuri i na wiadukcie tuż przed nią tradycyjny widok. Żywe rondo - nie wiedzieć dlaczego krowy w tym kraju bardzo uwielbiają przebywać na mostach o czym świadczy gruba warstwa odchodów. Nocą same podążają do domów - na oślep - trzeba na nie uważać - jedną z powalonych przez pojazd krów widzieliśmy w przydrożnym rowie - obok zbiegowisko i policjant. Śmiało można powiedzieć, że krowy w Gruzji są jak \\\"święte krowy\\\" w Indiach z małym wyjątkiem - ich mięso oraz cieląt jest przysmakiem w tym kraju.

Żywe rondo - dużo większa część stada obok nas.
Malowniczo położona nad wodami zbiornika Żinwalskiego twierdza Ananuri. Można powiedzieć, że tak naprawdę od tego miejsca zaczyna się Gruzińska Droga Wojenna.
W większości zamków w Gruzji w tym Ananuri - wstęp za darmo. Wchodzimy gdzie chcemy (wieża widokowa, podziemia ...) - tylko nieliczne obiekty mają wejściówki (bilety) w granicach 5,50zł (3 lary). To na prawdę niewiele.

Kolejny etap to GRUZIŃSKA DROGA WOJENNA, która właściwie ciągnie się od Tbilisi do Władykaukazu. Zaprojektowana przez polskiego inżyniera. To odrębny rozdział, o którym można pisać, pisać ... Jest malownicza z licznymi przepaściami, źródłami, źródłami wód mineralnych, przeróżnymi wodospadami. Po prostu ogrom tych gór nas urzekł. Zdjęcia tego nie ukażą - tam po prostu trzeba być i zobaczyć na własne oczy. Możliwości zwiedzania też są ogromne. Polaków również nie brakuje.

Widok na Kaukaz - ogrom tych gór dopiero przed nami.

Telefon do domu. Zachwyceni Gruzją zapominamy o całym świecie :-)

Jesteśmy coraz wyżej.

Brakuje słów, by to opisać - zatyka dech w piersi ...

Okazały i ciekawy wodospad. U jego podnóża w studzience można się napić, uzupełnić butelkę naturalnie gazowaną wodą mineralną. Jako geograf wyjaśnię sposób powstania tej ciekawej kolorystycznie formy. Powstaje w skałach wapiennych, które woda zawierająca dwutlenek węgla rozpuszcza. Wydostając się na powierzchnię (ochładzana) wytrąca się z niej węglan wapnia tworząc malownicze nacieki. Można się po nich poruszać - przyczepność doskonała :-)

Okazały i ośnieżony szczyt Kazbek 5033 m.n.p.m. oraz Tsminda Sameba XIV-wieczny kościół - symbol Gruzji.

Po drodze przejeżdżaliśmy Przełęcz Krzyżową - na słupie 2395 m.n.p.m. wg mapy 2379 m.n.p.m.
Dotarliśmy do granicy z Rosją. Bez wizy nie mogliśmy przejechać. Co okazało się później? Mimo otwartego przejścia granicznego nasi koledzy z Łańcuta (poznani wcześniej) jadący na BMW, posiadający wizy rosyjskie nie zostali wpuszczeni. Wrócili więc do Trabzonu (Turcja), by przepłynąć promem do Soczi (Rosja). Na razie nieznane są mi losy tego rejsu.

Opuszczamy tą piękną drogę i nocujemy w Mccheta. W tle za nami od lewej (3 obiekty na liście UNESCO) na wzgórzu monastyr Dżwari, w środku lekko na prawo Katedra Sweti Cchoweli i po prawej cerkiew Samtawro.

Jedziemy dalej. Gori - to właśnie tutaj urodził się i ma swoje muzeum Stalin. Nas jednak bardziej interesowało położone w pobliżu kolejne skalne miasto Upliscyche założone w epoce brązu i dawna rezydencja gruzińskich królów. Z daleka nie wygląda okazale jednak jak zaczyna się zwiedzać poznaje się jego prawdziwe rozmiary.

Kolejny punkt zwiedzania - Kutaisi - jedno z najstarszych miast na świecie z zabytkową katedrą Bagrati - niestety w remoncie. Postanawiamy więc udać się do restauracji na degustację kolejnych gruzińskich potraw. Przetrzymujemy najgorszy upał.
Jedziemy do Poti. Docieramy wieczorem prosto na nabrzeże portowe. Tam otrzymujemy kolejną pomoc. W ciągu 3-4 h załatwiamy najważniejsze - bilet na prom Ukrferry, który odpływa jutro rano(płatne tylko w $). To wszystko z pomocą bardzo miłego Pana pracującego w porcie. Zamieniamy gotówkę na $ resztę wybieramy z bankomatu (
ciekawostka - w tamtejszych bankomatach można wybrać lary oraz dolary). Otwieramy zamknięte już biura, ściągamy księgową i wielu innych pracowników oraz innych cudów. Wydajemy 500 $ (140$ za osobę+100$ motocykl+opłata portowa/celna?(reszta)). Zostajemy zawiezieni na zakupy. W tym czasie naszego moto pilnuje 2 jego pracowników. W końcu odstawieni na odprawę. Tam zostaje nam tylko gorące pożegnanie, uściski i całusy. Wjeżdżamy na prom towarowy, który zabiera maks 12 osób. Nocleg - kajuta z klimą.
Jak to bywa na Ukrainie (czytaj ukraiński prom) mieliśmy odpłynąć rano, wypływamy pod wieczór.
Pożegnanie z Gruzją z łzami w oczach. Takich ludzi długo nie spotkamy.
Płyniemy całą noc. Nad ranem stoimy na otwartym morzu do 15.00 nie wiedząc dlaczego. Znowu płyniemy -
czas spędzamy na wypatrywaniu kolejnych stad delfinów, jedzeniu i spaniu. Prom okazał się oazą życia dla wielu ptaków, owadów i kto wie jakich jeszcze zwierzątek.

Na promie spędzamy 3 noce a mieliśmy być następnego dnia. Jeszcze trochę a zaliczylibyśmy kolejną nockę. Do portu mieliśmy wpłynąć o 6.00 (rano) ruszamy po obiedzie. Wpływamy. Czekamy na celników - odprawa 11 osób (pasażerowie) trwa 6h. Jakieś dziwne przesłuchania, pytania i ... Wszystko przez jednego służbistę, który podwładnego pytał o wszystko (nawet o litery na klawiaturze) - masaraksz. Wyjeżdżamy z promu - kolejna opłata za zjazd na nabrzeże (ile bramek tyle opłat - wyskakujemy z kolejnych 30 $ - w sumie 530 $). My wyjeżdżamy - inni zostają - bo lista pasażerów nie dotarła, Ormianie musieli załatwiać zieloną kartę w zamkniętych już biurach i wiele innych niespodzianek ... :S
Ruszamy nad Morze Azowskie. Dojeżdżamy - rozbijamy namiot a tu plaga owadów (komary, muszki, modliszki, szarańcze i nie wiemy co jeszcze). Męczymy się więc w namiocie zamiast spać na plaży.
Następnego dnia obok rozbijają się bardzo mili Ukraińcy z Krymu. Zapraszają nas na kolację, potem śniadanie, arbuza oraz do siebie na ruską imprezę z samogonem. Chcą byśmy zrezygnowali z wyjazdu do Koktebelu. Ulegamy pokusie.

W gościnie na plaży - Morze Azowskie.
Nie żałujemy suto zastawionego stołu z napojami. Wymieniamy adresy i dostajemy zaproszenie. Zawsze możemy wpaść gdy będziemy w pobliżu - włącznie z kolegami. Następnego dnia wyruszamy w kierunku Lubaczowa. Cel dotarcie do domu (ponad 1200km). Po drodze - jak to bywa na Ukrainie - milicja/mandaty (
czytaj łapówki).
Można objechać całą Europę bez mandatów a i tak zapłacisz na Ukrainie. No i zapłaciłem. Nie ma się czym chwalić, ale za drugim razem już się nie zatrzymałem. Było ciemno więc korzystając z osłony nocy liczyłem na to, że mnie nie dogonią na swoich cudownych drogach cudownymi maszynami. Tak też było. Nawet do nich nie wsiedli. Sprawdzone drugi raz (jednak nie polecam testowania).
Dreszczyk emocji ogromny. Z tego powodu postanowiliśmy przenocować nieopodal drogi i w sobotę 14.08.2010 r. przed południem dotarliśmy cało do domu.
Na sam koniec chcieliśmy podziękować Gruzinom za to, że przyciągnęli do nas kawałek nieba. Może faktycznie u nich jest do niego bliżej.Z całego serca dziękujemy.
Chciałem też podziękować mojej ukochanej żonie za wytrwałość. Mieliśmy spore jednodniowe przebiegi, za to te mniejsze bardziej wymagające ... Warto mieć takiego towarzysza podróży.
Uwaga dla turystów. Jadąc do Gruzji i okolic warto znać język rosyjski. Angielski przydaje się sporadycznie (może na lotnisku - nie byłem więc nie wiem :-)). Z innych źródeł wiem, że wizę do Armenii można kupić na granicy - koszt ok. 10-15 $ taniej niż w Polsce. Granicę Rosji z Gruzją jeżeli uda się przekroczyć to właśnie w takiej kolejności. Mam nadzieję, że za rok to się zmieni. Za błędy przepraszam
