Aktualności: W związku obecnie obowiązującymi przepisami RODO prosimy o zapoznanie się z Polityka prywatności i Polityką cookies pod adresem https://www.radiator-mototurystyka.pl/polityka-prywatnosci/
Maj 22, 2019, 09:00:57 pm


Autor Wątek: Do kraju śmieci, mercedesów, bunkrów i klaksonów  (Przeczytany 19029 razy)

Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 016
  • Karma: +48/-3
Odp: Do kraju śmieci, mercedesów, bunkrów i klaksonów
« Odpowiedź #15 dnia: Sierpień 15, 2014, 10:10:52 pm »
Od dluzszego czasu nie mielismy dostepu do WiFi, wrecz unikalismy. Urlop to czas odpoczynku od wielu spraw. Na polanie pod Rylskim wiele sie wydarzylo-tomiejsce ma magiczna moc a czas traci na znaczeniu. Sasiedztwo Cyganow bylo calkiem przyjemne i dalo namduzo do myslenia. Dzis ruszylismy w droge powrotna. Jestesmy w Buzau Rumunia. Jutro pare miejsc na trasie, jeszcze jeden nocleg i do domu.
Noclegi w pokojach hotelowych nie zawsze maja plusu. Mimo klimyjest tak goraco, ze szkoda slow.
W niedziele bedziemy w domu. Moze wtedy naskrobie cos w skrocie:D
Wydarzylo sie na prawde duzo.
Mielismy slizga, najtrudniejszy odcinek to zaledwie 80 km+20 km po asfalcie w jeden dzien glownie na pierwszym biegu. Tym razem skupilismy sie glownie na odwiedzeniu obiektow przyrodniczych. Odwiedilismy stare , znanei sentymentalne miejsca.
Materialy zdjeciowe i filmowe przestudiujemy w domu poniewaz ze sprzetem tez mieismy wiele przygod.
Tak szcerze - nie chce mi sie wracac. Chcialbym brnac dalej bez ograniczen czasowych itp.


Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 016
  • Karma: +48/-3
Odp: Do kraju śmieci, mercedesów, bunkrów i klaksonów
« Odpowiedź #17 dnia: Sierpień 17, 2014, 09:38:19 pm »
Wróciliśmy godz. 21:07.
Pięć km od domu widziałem jakiś cień, który zbliża się do drogi. Nagle owy cień jest już na drodze. Koń - pędził polem, przeskoczył rów i biegnie po asfalcie ! Cudem wyhamowałem.
Tak nas powitał dom :D
Teraz oddajemy się pogawędkom itp.

Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 016
  • Karma: +48/-3
Odp: Do kraju śmieci, mercedesów, bunkrów i klaksonów
« Odpowiedź #18 dnia: Sierpień 21, 2014, 08:24:16 pm »
Zacznę skróconą relację z naszego wyjazdu :-)

Start 25.07.2014 (piątek)
Umówieni z Haćami, Kieliszkiem i innymi chętnymi spotykamy się na przejściu granicznym w Korczowej. Jedziemy na zlot do Lwowa -
IX West Wind 25-27.07.2014 – Lwów – Ukraina http://www.radiator-mototurystyka.pl/5651/ix-west-wind-25-27-07-2014-lwow-ukraina/ [nofollow].
Mały problem z dotarciem ponieważ most na obwodnicy Lwowa jest w remoncie. Po małych perypetiach docieramy do celu.
Wjazd 150 hrywien + żona BEZKOSZTOWNA czyli za darmo :D
Rozbijamy namioty. Na miejscu spotykamy Bąbla, Hudiniego, Pomiana z Agą oraz Pana Marka na WLA. Impreza przy ognisku do białego rana a Tamara wiła wianki. Niektórzy jedli surowe mięso prosto z grilla - tak było ciepło :D





26.07.2014 (sobota)
Przed południem udajemy się do centrum miasta na zwiedzanie i delektowanie się różnymi potrawami i trunkami :D



Pomian jest nam przewodnikiem. Nie zdradzając nazwy lokalu, w którym mamy zjeść obiad. Włóczymy się więc za nim na głodzie po różnych ciekawych miejscach.


Toaleta dla lubiący oddawać małe co nieco na dolary :-)

Jest wesoło. Co chwilę ktoś się gubi.



Wchodzimy do knajpki Kryjówka, zwiedzamy Lwowską fabrykę czekolady widząc całą produkcję na własne oczy i inne ...


Stołek dla mężczyzn ... knajpka sado macho :-)


Stołek dla kobiet ... knajpka sado macho :-)

Każdy z nas dostał parę pejczy po czterech literach. Kieliszek walczył o jednego mniej jak lew :D




W kryjówce UPA



W końcu na głodzie docieramy do Pyzatej Chaty, która była ok. 500 metrów od miejsca, w którym wysiedliśmy koło lwowskiej opery. Po południu menu jest znacznie bardziej ubogie. Chcieliśmy zjeść pielmieni - skończyły się jak wiele innych. Decydujemy się więc na wareniki - czyli nazywane u nas pierogi.
Sądzę, że nasz kompan Pomian celowo zapomniał nazwę knajpy aby odwiedzić różne miejscówki - wspólnie z Agą strzelali foty z chustkami ... angażując robaczki z ekipy :D


Wracamy na zlotowisko :-)

Wieczorem atrakcje zlotowe, tym razem od czasu do czasu przy ognisku.

27..07.2014 (niedziela)
Przy kubku kaw, herbaty i kanapek, pożegnanie z ekipą znajomych i w drogę.



Po drodze mijamy sporo motocyklistów wracających z innego zlotu na UA w Użgorodzie.
W Mukaczewie mały błąd. Przegapiony zjazd w lewo, przekroczona linia ciągła i przed nami milicjant. Już myślimy ile w łapę. Cud - jakaś dziwna odmiana milicjanta. Puszcza nas bez mandatu/łapówki. Może to zasługa zachwalania widzianego z tego miejsca zamku, w którym byliśmy już kilka razy. Przekraczamy granicę z Węgrami. Tu po raz pierwszy padają pytania od pograniczników UA, skąd jedziemy, czy wszystko w porządku ... ?
Jedziemy południowo-wschodnią częścią kraju chcąc wjechać do Serbii.

Przejście graniczne w Tiszasziget. Dojeżdżamy 13 minut po dziewiętnastej. Dostajemy odpowiedź, że przejście zamknięte od godz. 19.00 ze względu na sytuację na Ukrainie i Rosjan. Zawracamy do miejscowości w poszukiwaniu noclegu, sklepu bez węgierskiego grosza w portfelu. Z wielkim bólem znajdujemy jeden otwarty bar. Szukamy spania na dziko. Upatrzyliśmy sobie miejscówkę nad jakimś stawikiem z mętną wodą więc nie myślimy o kąpieli. W głowie mamy tylko jedno ekspresowa zadanie do wykonania. Zbliża się burza. Zdążymy przed nią czy nie ?



Pioruny ładują bez opamiętania. Zlewa zaczęła się w momencie kiedy udało nam się postawić namiot. Ulewa była na tyle konkretna, że wystarczyła na wzięcie deszczowej kąpieli. Pod namiotem gotujemy zakupione wcześniej pielmieni. Po rozmrożeniu stały się jednym zbitym ciastem. Smakowały wyśmienicie w tej potwornej ulewie. Namiot spisał się jak należy.

28.07.2017 (poniedziałek)

Wstajemy rano, suszymy namiot na asfalcie po całonocnej zlewie.



Odprawa graniczna sprawna. Tuż za granicą kończy nam się paliwo. Gasząc motocykl od czasu do czasu rozpędzając w miarę możliwości dotaczamy się do drugiej miejscowości - Novi Knezevac. Tu zaczynamy poszukiwania paliwa na dalszą drogę :-)


Syn gospodarza po drugiej stronie ulicy :-)

Cdn ...
« Ostatnia zmiana: Sierpień 21, 2014, 10:19:21 pm wysłana przez Glazio »

Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 016
  • Karma: +48/-3
Odp: Do kraju śmieci, mercedesów, bunkrów i klaksonów
« Odpowiedź #19 dnia: Sierpień 26, 2014, 04:26:42 pm »
Cd ...
Zanim dotrę ze skróconym opisem do trasy w Górach Przeklętych w Albanii proszę o zapoznanie się z ciekawym fajnym fragmentem tej samej trasy. Czytającym naszą relację pozwoli to wczuć się w klimat miejsca i stopień trudności trasy. Fragment tekstu kilku facetów jadących w pojedynkę.
My jechaliśmy we dwoje na jednym motocyklu z kuframi na oponach Metzeler Tourance. Jeśli znacie różnicę jazdy w pojedynkę czy we dwoje to możecie dodać do tego szutry ... Aby poczuć klimat znalazłem dość ciekawy opis przejechanej drogi na vstrom.com.pl

"... Szkodra kierujemy się na Koplik, gdzie skręcamy w kierunku gór. Czarnuchem docieramy do wioski gdzie kończy się asfalt, a zaczyna to na co czekaliśmy - albańskie szutry.
Pierwsze podjazdy dają pełną radochę ale po chwili zaczyna być trudniej duża ilość luźnych kamieni otoczaków, które przestawiają motocykl. Przez kilka wcześniejszych dni w tym regionie padał deszcz od miejscowego dowiadujemy się, ze całkiem niedawno zniknął śnieg powiało grozą ale słonko świeci jest ciepło i jak przygoda to tylko w Albanii, pniemy się w górę. Na jednej z prostych łagodnych podjazdów zatrzymujemy się z Tomkiem czekamy na Roberta . Robert jedzie na 24 letnim BMW K75 zwanym babcią, opony turystyczne bieżnik typowo asfaltowy mówił, że da radę jest dorosły wie co robi. Strzelamy foty komentujemy krajobrazy w końcu zaniepokojeni brakiem Roberta nasłu[słowo niecenzuralne]emy - Roberta nie widać, babci nie słychać. Wracam piechotą za drugim zakrętem widzę leżącą babcię, a przy niej stadko świń.

Widok bezcenny kiedy robię zdjęcie pojawia się Robert - kipi złością. Mówi coś o złej drodze, że nie da się jechać, że gdzie my przyjechaliśmy. Pada pytanie czy jedzie dalej czy zawracamy odpowiada jedziemy to proszę go, że gdy następnym razem zagapi się na dupy to niech spektakularnie nie kładzie motocykla, bo na świnie to nie działa. Humory wracają. Pniemy się wyżej i wyżej podjazdy wspaniałe na stojąco łykam kolejne metry, pokonuje kolejne kamienie i nawroty, jedzie się wspaniale. Na jednym z nawrotów 270 stopni muszę zwolnic, przed kołem pojawia się wystający głaz najechanie grozi wywrotką Tomek jest za blisko aby nie przywalić we mnie musi zwolnic i skręcić, traci równowagę . Kątem oka widzę viadro walące się na kamienie i 140 kilogramowego faceta skaczącego niczym sarenka, próbującego utrzymać równowagę na dość stromo opadającym kamienistym terenie. Nie wytrzymałem ogarnia mnie śmiech, rechocze pod kaskiem i tak podjeżdżam kilkanaście metrów dalej gdzie mogę postawić moto aby pomóc podnieść viadro, schodzę z góry nie mogę się powstrzymać od śmiechu i strzelam foty.
Podnosimy moto, rany boskie jakie ono ciężkie waga motocykla plus trzy pełne kufry do tego wypchany 60 litrowy worek. Pniemy się do góry nadgarstki zaczynają bolec, pojawiają się kałuże i błoto zaczyna być coraz chłodniej i mniej ciekawie rzekłbym nawet, że niebezpiecznie ale to określenie pozostawiam na później. Gdzie tylko możemy stanąć robimy zdjęcia.
W błocie rzuca motocyklem, piepszony ABS, zatrzymuje sztormiaka jakieś 20 centymetrów przed urwiskiem zrobiło mi się ? Nawet nie pamiętam jak. Wiem tylko, że miałem mokre plecy, na całe szczęcie tego dnia jeszcze nic nie jadłem bo mogło by być w portkach tłoczno. Na szczyt docieram pierwszy niesamowite miejsce, czarna mokra ziemia zmieszana z kamieniami, wierzchołki gór pokryte śniegiem z obu stron przepaść - Góry Przeklęte w pełni zasługują na swe miano. Nasłu[słowo niecenzuralne]e motocykli i nie słyszę, a byli tuż za mną. Schodzę i widzę viadro po osie w błocie w miejscu gdzie wcześniej rzuciło moim moto. Wspólnie wyciągamy varadero i na podjeździe ubezpieczamy babcie.
Zaczyna się podróż w dół, znów jest miło jedzie się znośnie, pokonujemy luźne kamienie i brodzimy w wodzie spływającej z wierzchołków przecinającej to coś zwaną przez miejscowych drogą. Zjeżdżamy coraz niżej zaczyna być cieplej, dostrzegamy w oddali pierwsze zabudowania ale jeszcze dużo kamieni nas od nich dzieli. Docieramy do niesamowitej łąki. Przed nami rozpościera się wspaniały widok. jest ciepło kładziemy się na trawie - zasłużyliśmy na chwilę odpoczynku. No dobra dosyć leniuchowania.
Motocykle bezpiecznie dowożą nas do wioski Teth gdzie już z oddali macha do nas jak się później okazało Franczesko. Miejscowy dzieciak, który jest wymieniany chyba we wszystkich opisach wypraw jakie czytałem o wiosce Teth. Chwile rozmawiamy, kupujemy u niego Red Bulle, radzi abyśmy wracali tą samą drogą co przyjechaliśmy, bo ta druga jest w bardzo złym stanie, ma 40 kilometrów do asfaltu. Chyba kpi, chyba nie ma już w okolicy gorszej drogi od tej którą przyjechaliśmy? Dochodzimy do wniosku, ze małolat kituje bo nie chcieliśmy rozbić namiotów na jego „ranczu”. Kilka fotek i w dół pierwsze metry potwierdzają nasze przypuszczenia droga lepsza, po kilometrze może dwóch kładę moto. Zacząłem cwaniakować i zostałem ukarany koło wpadło w kupę luźnych kamieni i bęc.

Przez chwile leżę na skraju drogi wpatrując się w nurt wijącej się kilkadziesiąt metrów pode mną rzeki–plecy znowu mokre, ale jeszcze określenie „niebezpiecznie” tu nie pasuje. Od tej chwili jest tylko gorzej. Stawiamy sztormiaka próba odpalenia i nic jeszcze raz i znów nie kręci. Pewnie bezpiecznik, już tak miałem spokojnie zrzucam graty podnoszę kanapę wyjmuje bezpiecznik – dobry? Ogarnia mnie zdziwienie może inny, może kolejny, który to? – wszystkie dobre! Okazuje się że nie mam świateł może włącznik rozrusznika w ubiegłym roku go naprawiałem, sprawdzam wszystko OK, ruszam kablami światło pojawia się i znika czyli kostka za chłodnicą. No to rozbieram moto dostaję się do kostki światła wracają, rozrusznik nie kręci. Do tego wszystkiego gromadzą się chmury o dość kiepskiej kolorystyce wróżą deszcz i to nie mały.

Pojawiają się miejscowi w terenówce, nie pomogą bo nie mają przyczepki ale za dwa kilometry jest jakieś miejsce gdzie można zostawić motocykl. Decydujemy się tam dotrzeć, tu niechybnie zostanie zrzucony albo rozkradziony tarasuje przejazd. Jeszcze tylko próba odpału z pychu na luźnych kamieniach wzdłuż przepaści, wrażenia nie zapomniane, silnik głuchy. Dopychamy sztormiaka na wierzchołek kolejnego zjazdu na luzie mam dotrzeć jak najdalej mi się uda. Nabieram prędkości wachluje biegami, próbuje odpalić , blokujące tylne koło przesuwa motocykl i w pewnej chwili silnik odpala . Przeszywa mnie radość nie do opisania mam wizje zjechania z gór. I jak to w górach bywa spadają pierwsze krople, a za nimi już całe stado, wielkie stado zimnej wody. Najechałem na śliski głaz i drugi raz kładę sztormiaka. Nie utrzymałem go na nodze i oparłem o kamienie ale silnik zgasł. Po kolejnych próbach silnik zaskoczył od tamtej pory sam już nie zgasł, nawet nie kaszlnął tak go pilnowałem. Docieramy do ogrodzonego zabudowania skąd wychodzi miejscowy mówi, że to jakieś hydro coś i pyta co my tu robimy bo w taką pogodę nie można tu wjeżdżać na motocyklach . Jak się coś stanie to przyjeżdża karetka z policją i że są wielkie kary. Rezygnujemy z możliwości noclegu pod namiotami na ogrodzonym terenie i ruszamy dalej deszcz przybiera na sile, a droga się pogarsza. Długie strome zjazdy i podjazdy, ostre nawroty raz glina, raz luźne kamienie raz wystające głazy sięgające płyty pod silnikiem. Zaczyna się walka o przeżycie, nie potrafię opisać grozy ale tu określenie „niebezpiecznie” jest jak najbardziej na swoim miejscu, każdy z nas przyznaje że Franczesko miał rację. Nikt nie ma ochoty na zdjęcia, bateria w kamerze padła. W ciągu chwili woda spływająca z gór tak wezbrała, że potoki przecinające drogę niebezpiecznie wezbrały. Przedzieranie się przez nie stało się przerażające zwłaszcza dla babci.
Do tego wszystkiego na drodze spotykamy trzech machających na nas wyrostków jeden z nożem, drugi w ręku trzyma toporek, a u trzeciego na ramieniu zwisa flinta, prawdziwa flinta z grawerowanym zamkiem. Nie wiem co chcieli ale nabraliśmy znacznie większej prędkości ..."


Na daną chwilę sam nie wiem jakich użyję słów w swoim opisie. Spodziewam się jedynie jakich użyje Tamara.
Wiem jedno - byliśmy zdani sami na siebie, świeciło słońce na przemian z deszczem. Odcinek Koplik-Dedaj-Makaj-Theth niczym nas nie zaskoczył. Było uroczo. Schody zaczęły się na odcinku Theth-Nicaj-Shalë-Ndrejaj-Kir-Prekal. O ile dobrze pamiętam dalej do Szkodry to już asfalt.
Nie mieliśmy zbytnio chęci zatrzymywać się na najtrudniejszych odcinkach aby je sfotografować.

Cdn ...

Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 016
  • Karma: +48/-3
Odp: Do kraju śmieci, mercedesów, bunkrów i klaksonów
« Odpowiedź #20 dnia: Sierpień 26, 2014, 08:42:35 pm »
... cd

Poszukiwania benzyny zaczęły się od wejść na prywatne posesje. Na jednej z nich pojawił się pan, który podjął konwersację z Tamarą. Mało rozumiał ale po pięciu minutach załapał, że chodzi o benzynę. Zgarną ją do niezniszczalnego samochodu Golf II, złapał kanisterek i pomknęli po paliwo do najbliższej stacji benzynowej. W tym czasie najbardziej ciekawi czyli dzieci zbliżały się do motocykla z olbrzymią chęcią dotknięcia naszego czarnego potwora.
Novyj Knezevac
Po jakimś czasie miły pan odstawia Tamarę, która wymieniła walutę na Serbską i zakupiła paliwo. Zabrakło nam od 2 do 5 km aby dotrzeć do stacji benzynowej. Wszystko przez poszukiwania noclegu z powodu zamkniętego przejścia granicznego. Zalewamy sprzęt, małe podziękowanie i lecimy dalej w drogę.


Po drodze mijamy sporo zabytkowych sprzętów o nazwie Zastawa.


Zbliża się okres plonów więc niektóre wioski lub gospodarstwa przygotowały odpowiednią oprawę.

Dojeżdżamy do miasta Novi Sad i podziwiamy fortecę Petrovaradin, u podnóża której jest spore przewężenie Dunaju zwane "Gibraltarem Dunaju".



Twierdza z XVI-XVIII wieku zmieniała właścicieli będąc w posiadaniu Austriaków, Turków, Węgrów ponownie Austriaków kończąc na Jugosławii. Po rozpadzie tego ostatniego została w Serbii.



Mkniemy między deszczem aż łapie nas potworna ulewa. Po drugiej stronie drogi widzimy jakąś restauracyjkę i decydujemy się na jedzenie. Właścicielka namawia nas na jagnięcinę. Decydujemy się na ową potrawę. To co dostaliśmy na pewno nią nie było. Niemal same kości, chrząstki, ścięgna z mięsem i nie wiem co jeszcze. Walczyliśmy chwilę z tym żylastym mięsem zabierając resztę ze sobą. Lepiej oddać je jakimś psom niż umożliwić ponowne odgrzanie przypadkowym turystom.
Ruszamy dalej myśląc o dotarciu do domku na rzece Drina, do którego docieramy wieczorem. Tu zapada decyzja - zostajemy na noc. Sama podróż wzdłuż rzeki była fascynująca z wieloma zakrętami, górskimi widokami i szmaragdowym kolorem rzeki to widok w Polsce rzadko spotykany.
Wieczorem delektujemy się browarem z widokiem na domek, od którego trudno oderwać wzrok.
Wracamy do hotelu ponoć z siecią WiFi, która po interwencji pojawiała się jedynie momentami. Po kilku chwilowych połączeniach rezygnuję.

29.07.2014 (wtorek)
Rano wstałem przed Tamarą więc poszedłem na oględziny domku na Drinie delektując się porannym życiem okolicy. Przystań kajakowa ...



Po powrocie okazało się, że mamy wyciek paliwa z baku motocykla. Szukanie przyczyny ... puściła uszczelka. Wyciek nie był intensywny więc jedziemy dalej odkłądając uszczelnienie na później. W Zworniku Bośnia i Hercegowina (BiH) przekraczamy granicę chcąc zobaczyć najwyższy wodospad tego kraju - Kravica. Na miejscu znajdujemy tylko wioskę z baranami. Po chwili poszukiwań na mapie okazuje się, że nasz wodospad znajduje się po zachodniej stronie BiH. Cóż. Innym razem. Przez Ljubolja wracamy do Serbii.
Zatrzymujemy się jakby w wymarłym miasteczku Perucac. Tu podziwiamy wodospad Vrelo na rzece o tej samej nazwie. Owa rzeka jest ponoć najkrótszą rzeką Europy o długości 365 metrów - tyle co dni w roku.



Wydajność źródła jest na tyle duża, że zapewnia wodę fermie hodowlanej pstrągów. Rzeka wartka i bardzo czysta. Pływają w niej sporej wielkości okazy ryb tego samego gatunku co pobliskich basenikach.
Nad brzegiem rzeki siadamy przy jednej z wielu ławek przygotowując sobie śniadanie.

Wybieramy boczne drogi, przy których można zobaczyć i przeżyć coś ciekawego. Tego nie ma na nudnych autostradach.

Po śniadaniu obieramy kierunek na Visegrad w BiH. Podążając bocznymi dróżkami niespodziewanie natykamy się na wjazd do Parku Narodowego Tara (to miejsce polecało nam wielu Serbów). Nie zastanawiamy się zbyt długo i wjeżdżamy na teren parku. Już po chwili okazało się, że to była bardzo dobra decyzja.



Jedziemy wzdłuż szmaragdowych brzegów Driny, ściany stają się bardziej strome zamieniając się w wąwóz. Wzdłuż sztucznego jeziora ludzie postawili sporo wspaniałych domków, niektóre na pływających beczkach.
Koniec drogi asfaltowej, gdzie zauważamy strażników parku. Pytamy o drogę. Po chwili zastanowienia odpowiadają, że droga jest przejezdna, można nią jechać ale nie wiedzieli jak ją objaśnić. Ja również jej nie pokażę ponieważ nie ma jej na mapach google. Po chwili tłumaczą a my kodujemy w pamięci.



Przecinamy przez sam środek PN Tara.



Objeżdżamy Jezioro Zaovine i dojeżdżamy do miejscowości Kotroman i przekraczamy granice z BiH.
Po kilkunastu kilometrach docieramy do kolejnego celu naszej podróży - Visegradu.
Tu podziwiamy stary kamienny most na Drinie z 11. przęsłami o długości 180 metrów.



Częściowo w remoncie ale nie przeszkodziło to w przejściu na drugą stronę i wspięciu się na punkt widokowy.



Największą przeszkodą był piekielny upał.



Wracamy do granicy z Serbią malowniczą i widokową drogą. Tamarze bardzo spodobała się wioska Mokra Gora z drewnianą zabudową w pobliżu której mijamy kilku motocyklistów - afrykanerów prawdopodobnie z Polski.

Powoli kierujemy się do kolejnego celu naszej podróży - wodospadu Gostilje. Na stacji benzynowej przed tankowaniem staramy się naprawić cieknący zbiornik paliwa.

Mamy chętnego do pomocy - motocyklistę a do tego właściciela stacji benzynowej, który proponuje nam napoje chłodzące lub rozgrzewające w tym piekielnym upale. Naprawy trwają a po zatankowaniu paliwa okazuje się, że nie udało się uszczelnić ferelnego miejsca w 100 %.
Z Cayetiny uderzamy na Zlatibor i bocznymi drużkami podążamy do Gostilje. Miejscami brakuje asfaltu, miejscami drogi są popękane i osunięte. Za to widoki zachwycają szczególnie w promieniach zachodzącego słońca. Kręta droga towarzyszy nam niemal od początku więc zdążyliśmy przywyknąć do serpentyn. Około 19.00 docieramy do Gostilje. Na miejscu restauracja a u jej stóp dość mizerny wodospadzik kaskadowy z małymi oczkami, w których upatrzyłem sobie miejsce na kąpiel. Małe rozczarowanie !!!



Przed degustacją piwa pytamy o nocleg dostając przyzwolenie na darmowe rozbicie namiotu gdzie chcemy. Smakujemy serbskie specjały dowiadując się przy okazji, że prawdziwy wodospad Gostilje jest oddalony o ok 500 metrów od restauracji. Uff - zaspokojeni tą informacją. Niebo pełne gwiazd - wkrótce zacznie się miesiąc meteorów a już lecą na potęgę.





30.07.2014 (środa)
Wstałem wcześnie rano przed 7.00. Na zewnątrz zaskakująco chłodno, za to testowane śpiwory nie pozwoliły się zapiąć w nocy po szyję - za gorąco. Tamara smacznie śpi więc idę na oględziny wodospadu.




Oraz wiele innych sąsiadujących ...

Zwiedzanie, przeprawa przez zniszczony mostek, kąpiel w zimnej źródlanej wodzie i takie tam ...



Po powrocie śniadanie, pakowanie. Za zgodą obsługi restauracji omijamy szlaban i podjeżdżamy motocyklem niemal pod sam wodospad. Woda spadająca z 20 metrów a poniżej kolejne mniejsze wodospady. To miejsce zamienia się w komercyjny obiekt. Restauracja, powstający hotel lub pensjonat, już czynny basen oraz barierki dla błądzących aby mogli trafić do głównej atrakcji.


Inne okoliczne atrakcje ...

Teraz będziemy poszukiwać Kanionu Uvac nie znając dokładnej lokalizacji.
Droga kręta, początkowo asfaltowa zmienia się w szutrową serpentynę.  Krawężniki świadczą o przygotowaniach do asfaltowania ale chyba szybko to nie nastąpi ponieważ wzdłuż naszego szlaku natykamy się na wiele osuniętych skał przekraczających oś drogi.





Jasenovo-Kokin Brod-objeżdżamy Zlatarsko Jezero o szmaragdowym kolorze. Widoki bezcenne !





W poszukiwaniu kanionu dojeżdżamy do Priboj-Uvac dobijając do przejścia granicznego-wracamy!



Z informacji zebranych od tubylców okazało się, że prawdopodobnie jechaliśmy kanionem lub tuż obok niego. Nie znaleźliśmy dokładnej lokalizacji tego miejsca.



Teraz obieramy kierunek na Prjepoje a dalej do wioski Sopotnica na zboczach Jadownika. Tym razem chcemy zobaczyć największy wodospad w Serbii Veliki Vodopad na Sopotnice.
Po zjechaniu z głównej drogi wspinamy się wąską asfaltową dróżką z kamiennymi niespodziankami. Serpentyna z krótkimi odcinkami prostych i droga zamienia się w szutrową, szutrową z kałużami ...



Dla Tamary droga była ciężka ze względu na przepaści, kamienne podłoże i inne.


 
Dojeżdżamy do wodospadu, który po pierwszym spojrzeniu wbija nas w ziemię. Mimo niedogodności Tamara stwierdziła, że warto było tu przyjechać! Krótkie spojrzenie Głazio na Tamarę, Tamara na Głazia - rozumiemy się bez słów. Mimo, że jest wczesne popołudnie postanawiamy zostać. Przed udaniem się na zakupy pojawia się pytanie jak długo?


Na zdjęciu wygląda jak maleństwo - znajdźcie kładkę :-)



Rozbijamy obóz tuż obok już rozbitych Cyganów. Ja do miasteczka po zakupy i wróciłem za niecałą godzinę delektując się trasą i widokami. Po raz drugi musiałem przejechać przez rzekę - to było mocniejsze ...



Późnym popołudniem udajemy się na wodospad. Robimy zdjęcia.




Głazio wspina się w pobliże wodospadu idąc od kładki/pomostu






Na górze wieje silny wiatr a rozdrobniona woda daje bardzo chłodzący prysznic




Prawda, że malutki :-)


Zdjęcie z najwyższego punktu wodospadu

Upada nam aparat-wykluczony ze zdjęć do końca wyprawy. Zostaje nam do dyspozycji głupawka, którą wożę w kieszonce na rękawie.
Po powrocie z wodospadu poznajemy właściciela terenu, na którym rozbiliśmy namiot. Dość dziwnie wyglądał z kijem golfowym na terenie kompletnie nie przygotowanym do uprawiani tej dyscypliny. Przyjechał tu ze znajomymi pokazać swoje włości.



Pracuje w Anglii i ma ambitne plany komercyjne przekształcenia okolic wodospadu. Podczas rozmowy mój japoński klapek porywa wartka woda. Puściłem się za nim jednak nie zdążyłem go dogonić na odcinku 60 metrów. Dalej krzaki i kolejne partie wodospadów.
Zapada zmrok. Cyganie zwijają swoje obozowisko. My zostajemy - postanowiliśmy zostać na dwie noce. Spanie w tak uroczym miejscu to ogromna przyjemność. Kładziemy się spać. Grzmi, zaczyna padać deszcz a właściciel terenu przybiega do naszego namiotu i zaprasza nas do swojego domku lub zadaszoną część domku.
W nocy burza.

31.07.2014 (czwartek)
W dużym skrócie. Kąpiel, jedzenie, picie, naprawa baku. Ja z samego rana pozwiedzałem okoliczne wodospady położone poniżej naszego obozowiska. Po prostu szok ile ich tu jest. Koło południa wspinamy się do domku umieszczonego obok wodospadu, którego historię opowiedziało nam kilka osób. Właściciele - lekarze z innego górzystego kraju Szwajcarii. Dziś mają ok. 80 lat, przyjeżdżają coraz rzadziej. Widok z góry oszołamiający. Dalej kierujemy się inną drogą i ...



Kolejne wodospady zatykają dech w piersi. Kolejny widowiskowy wodospad z przylegającą polaną jak z bajki. Po prostu nie chce nam się ruszyć z tego miejsca - zaczęliśmy się zastanawiać nad przeniesieniem obozowiska. Na pewno wiem gdzie ono będzie przy następnej wizycie.



Okrężną drogą wracamy do naszego obozowiska obok cerkiewki i jakiegoś domu turysty.





Tu jeden z przewodników górskich zapraszał nas na następny dzień na wspinaczkę i zdobywanie okolicznych szczytów. Dla mnie świetna propozycja ale postanowiliśmy nazajutrz ruszać dalej.
Do późnego wieczora siedzimy pod głównym wodospadem i wsłu[słowo niecenzuralne]emy się w kojący szum. Zimny wiatr przegania nas do namiotu. Niebo ponownie zaciąga się chmurami.


Inne atrakcje ...

01.08.2014 (piatek)
Żegnamy się z naszym wodospadem. Przy śniadaniu ekipa ok. 30 osób idzie zdobywać okoliczne szczyty. Pogoda nie jest zbyt ciekawa ale jak to w górach zmienia się co chwilę.
Odjeżdżając żegnamy się z naszym gospodarzem, który nie nocował ani razu w swoim domu zjeżdżając na noc na dół do miasteczka.
My również podążamy tą drogą ...

cdn ...
« Ostatnia zmiana: Sierpień 26, 2014, 08:45:39 pm wysłana przez Glazio »

Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 016
  • Karma: +48/-3
Odp: Do kraju śmieci, mercedesów, bunkrów i klaksonów
« Odpowiedź #21 dnia: Sierpień 31, 2014, 07:57:25 pm »
... cd

Zdjęcie w testowanym śpiworze ...



Ostatnie spojrzenie na okolicę i w drogę.



Po ostatnich opadach przybyło trochę kałuż, na asfalt wymyło dodatkowe kamyczki i wiele innych niespodzianek.

Kierujemy się na Novi Pazar do kolejnego celu Monastyru Spocany i twierdzy Gardina koło Starego Rasu.

Przez chwilę jedziemy krętą drogą asfaltową i przez przypadek dojeżdżamy do Monastyru Mileseva, który mieliśmy pominąć. Jak już tu trafiliśmy postanowiliśmy się zatrzymać i zobaczyć sławny fresk z białym aniołem (wewnątrz zakaz fotografowania).



Wracamy na drogę gdzie Hołek (czytaj GPS) zaczyna nas wciągać w kolejną drogę szutrową. Pytamy o właściwą drogę napotkanych mężczyzn, którzy mówią, że możemy dojechać do celu drogą asfaltową lub tą drogą szutrową, w którą właśnie wjechaliśmy. Na mnie zadziałało to jak zachęta. Jakość drogi zniechęcała Tamarę ponieważ jako pasażer motocykla inaczej niż kierowca odczuwa tzw. wężykowanie. Po prostu nie przepada za szutrami choć przyzwyczaiła się już do mojego zboczenia. Droga prowadzi na szczyt Jadownik ok. 1600 m.n.p.m.
Miejscami droga jest nieco ekstremalna z dużymi kamieniami, i głęboko wymytymi bruzdami. Strome podjazdy w tym serpentyny sprawiają, że dochodzi do nas swąt palonego sprzęgła. Do szczytu Jadownik odnoga w prawo 2 km - Tamara nie jest chętna zbaczać z głównej drogi kiepskiej jakości obawiając się znacznie gorszej. Jedziemy więc do celu. Dojeżdżamy do drogi asfaltowej a dalej wprost pod monastyr Sopocany.



Zwiedzamy ów obiekt zwracając uwagę na wszelkie szczegóły.



Wewnątrz tłumy i kolejne nadciągające osoby - tak wyglądały przygotowania do chrztu utrudniając nam możliwość zrobienia zdjęcia bez ludzików.



W końcu wracamy do naszego potwora i wyruszamy na poszukiwania twierdzy, która miała być po drodze do monastyru.



Naszym zdaniem dojazd do Twierdzy Gardina z listy UNESCO powinien być oznakowany. Niestety łatwiejsze było odnalezienie monastyru. Prawdopodobnie widzieliśmy fragment jej murów z drogi jednak zgodnie stwierdziliśmy, że odpuszczamy ponieważ ciekawie wygląda z lotu ptaka nie mając pewności jak będzie na miejscu. Szkoda nam było czasu na zapytania i zbędną stratę czasu.

Tniemy do granicy z Czarnogórą Spiljani - wzdłuż Kosowa. Samo położenie monastyru jest bardzo bliskie Kosowa. Jedziemy przez Rozaje-Berane-k. Bjelo Polje-Plevlja. W tych okolicach drogi asfaltowe są kiepskiej jakości wręcz tragiczne dziury. Widoki i zapachy jak w owej enklawie - smród palonych plastikowych butelek, śmieci wzdłuż drogi i w rzekach, widoczne minarety przy licznych meczetach i zdecydowanie brudniejsza woda w rzekach. Na remontowanym odcinku drogi zaczepia nas dwóch młodych chłopaków zapraszając nas do siebie na pogawędki. Jeden z nich ma żonę Polkę z zielonogórskiego. Takie spotkania mają coś w sobie, często są emocjonalne a zarazem wspaniałe. Okoliczny klimat i zapachy zniechęcają nas od dłuższego pobytu w tych rejonach. Ślicznie dziękujemy za zaproszenie a chwilę później przekraczamy granicę wjeżdżając do Czarnogóry.
W mgnieniu oka jakość dróg zmienia się nie do poznania. Do tego wiadukty, tunele, piękne widoki gór i przepiękny wąwóz. W mgnieniu oka droga traci na jakości w momencie zjazdu z głównej. Kierujemy się na północ wzdłuż granicy z Serbią. Kręte drogi towarzyszą nam od początku - towarzyszą w dalszym ciągu. Zatrzymujemy się na chwilę aby coś przekąsić w okolicznym sklepie. Nagle z minuty na minutę wzrasta zainteresowanie nami i naszym motocyklem i dlatego zwijamy się dalej. Przystajemy w innym sklepie w Plevlja na małą przekąskę - parówki z dodatkami są wyśmienite :-) Robimy również zakupy na wieczór.



Granicę z BiH przekraczamy w Metaljka. Dziwne przejście. Po czarnogórskiej stronie totalna pustka. Przejeżdżamy około 5 km i dojeżdżamy do odprawy BiH. Oprócz nas stoją 2 samochody. Nikt się nie spieszy. Holendrzy jadący w przeciwnym kierunku po około 10 minutach dostają swoje dokumenty i odjeżdżają. Bez pośpiechu po ok. 10 minutach odjeżdżamy i my.

Wjeżdżamy do Gorazde w samo centrum. Przejeżdżając jedno skrzyżowanie gwiżdże na nas policja. Zatrzymujemy się jakieś 30 metrów dalej. Podchodzi do nas jakiś facet i mówi do nas po angielsku. W mieście trwa FESTIVAL PRIJATIELSTWA. Przejazd przez most nie jest możliwy po czym mówi do nas dość dosadnie jedźcie dalej - fu..ck th...em. Przejeżdżamy przez most mimo wyłączenia z ruchu. Policjanci nie dali nawet kroku w naszą stronę. Przejeżdżamy powoli między tłumem przechodniów. Dalej wspinamy krętą drogą w górę. Droga asfaltowa słabej jakości psuje się z każdym kilometrem po czym asfalt znika zmieniając się w szuter. Rozglądamy się za miejscówką na nocleg. Nie jest łatwo ponieważ trudno znaleźć w miarę płaski kawałek na rozbicie namiotu. Po długich rozważaniach zjeżdżamy w boczną dróżkę decydując się na jedno z miejsc z piękną panoramą na Gorazde. Oświetlone miasto a nad nim miliony gwiazd do tego sztuczne ognie. Tak piękny widok sprawia, że ja wyciągam matę i śpiwór na zewnątrz chłonąc wspaniałe widoki łykając złocisty napój aż zasnąłem między motocyklem i namiotem. Obudziłem się około 3:00 obracając się na bok kładąc twarz prosto w rosę osiadłą na macie. Spojrzenie w dół - miasta nie widać. Wokół mleko. Wszedłem do środka a Tamara oznajmia mi, że na zewnątrz hałasowało jakieś zwierzątko - czy słyszałem ? Nie słyszałem nic licząc spadające gwiazdy ...

02.08.2014 (sobota)

Pobudka w chmurach. Po wyjściu z namiotu widoczność na ok. 20 metrów. Po prostu białe mleko.



Nocleg na dość pochyłym terenie więc razem zjeżdżaliśmy z maty podsuwając się w górę co jakiś czas. Przy śniadaniu słyszymy dzwonki owiec wyprowadzanych na wypas. Są tuż obok nas. Niestety nic nie widać.



Teraz czeka nas wyjazd pod górkę. Najtrudniejsze będzie ruszenie. Sprawy nie ułatwia woda opadająca z chmur osadzająca się na trawie. Po chwili zmagań udaje się dojechać do drogi szutrowej.
Tamara dociera po chwili a wraz z nią zwabiony odgłosem motocykla pasterz. Z niedowierzaniem pyta czy przyjechaliśmy tą drogą z Gorazde ? Oznajmiamy, że tylko nocowaliśmy.
Hranjen 1174 m.n.p.m. -Praca-Pale-Sarajewo - piękna widokowa trasa a na koniec piękna panorama miasta doświadczonego podczas ostatniego konfliktu na Bałkanach.
Sarajewo - zwiedzanie tego orientalnego miasta to ciekawe doświadczenie.





Stary bazar, studnia będąca fragmentem pierwszego wodociągu w Europie, wspaniałe gadżety. Niektóre robione na żywo-kupujesz nagrywasz.



Wchodzimy w sferę wspaniałych zapachów. Postanawiamy zatrzymać się na przekąskę.



Właśnie tutaj zauważamy uwielbienie do naszej najbardziej znanej gwiazdy futbolu - Lewandowskiego. Na straganach jego koszulki w barwach nowego klubu. Olbrzymie zaskoczenie.



Na ulicach tłumy ...



Nawet zamaskowanych kobiet ...



Po dłuższym pobycie wracamy do motocykla i ruszamy w dalszą drogę.



Od momentu zaparkowania motocykla towarzyszyła nam pani, która chciała wyciągnąć od nas jakąś walutę. Nie chciała żadnej obcej a miejscowej nie posiadaliśmy. Za posiłek płaciliśmy kartą a ona ciągle była w zasięgu naszego wzroku ... Coś tu chyba jest na rzeczy. Pełni obaw wracamy do motocykla - nic nie zginęło. Ufff.

Dojeżdżamy do Visoko gdzie ponoć znajdują się piramidy. Owszem widzimy górę o idealnym piramidowym kształcie w całości porośnięta przez drzewa. Robimy fotę owej piramidy oraz ślady po kulach z ostatniego konfliktu bałkańskiego, które najbardziej rzucają się w oczy w Bośni i Hercegowinie. Są niemal w każdym mieście.



Najmłodsi ćwiczą na wszelki wypadek ...



Zauważamy, że w mieście jest podziemna trasa. Zastanawiamy się nad opcją zwiedzania ale potworny upał pomaga nam w podjęciu szybkiej decyzji - jedziemy dalej. Boczne dróżki z dużym natężeniem ruchu. W Catici dojeżdżamy do przejazdu kolejowego. Zakręt, sznur samochodów przed nami, dohamowanie i nie wiedzieć czemu leżymy. Wraz z motocyklem suniemy się wprost pod koła samochodów nadjeżdżających z przeciwka ... MASARAKSZ !

cdn ...

Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 016
  • Karma: +48/-3
Odp: Do kraju śmieci, mercedesów, bunkrów i klaksonów
« Odpowiedź #22 dnia: Wrzesień 07, 2014, 05:26:23 pm »
... cd

... nie wiedzieć czemu leżymy. Wraz z motocyklem suniemy się wprost pod koła samochodów nadjeżdżających z przeciwka ... MASARAKSZ !

Dziwna sytuacja. Zdezorientowani niespodziewaną wywrotką sunąc się pod koła samochodu liczymy na łut szczęścia - zauważą nas ? zdążą się zatrzymać ... ?
Motocykl ma większe przyspieszenie oddalając się od nas. Może to przyspieszenie jest zasługą gmoli i alu kufrów, na których zdecydowanie się opiera ? Samochód z naprzeciwka zwalnia przepuszczając motocykl, który dobija do krawężnika i staje na koła. Z naszej perspektywy znajduje się w pionie po czym wraca na drogę upadając na ten sam bok. Tym czasem my suniemy się prosto pod zderzak samochodu osobowego (marki nie pamiętam). W mgnieniu oka podnosimy się o własnych siłach stając na nogach tuż przed zderzakiem stojącego już pojazdu.
W pierwszej kolejności sprawdzamy własne uszkodzenia. Tamara z obolałą ręką z przetarciami pokazuje uszkodzoną kamerę, którą w niej trzymała.



Oprócz tego przetarcia odzieży. U mnie mocne stłuczenie prawego uda i biodra z mniejszymi przetarciami dłoni. Odzież podobnie uszkodzona.
Po własnych oględzinach podchodzimy do motocykla. Kierowca z pasażerem wysiadają z samochodu i pytają czy u nas wszystko w porządku. My w szoku próbujemy postawić motocykl na koła. Chłopaki wsiadają do samochodu i chcą odjeżdżać. Tamara wzywa ich do nas aby pomogli w dźwignięciu naszego kolosa. Stawiamy sprzęt na koła i kątem oka widzimy dyskusje między kierowcami samochodów, które jechały z naprzeciwka. Po chwili odjechali, natomiast naszym oczom dopiero po ok. 5-10 minutach ukazały się uszkodzenia samochodów, które zderzyły się z naszego powodu. Kawałki plastików ze zderzaka nie były dla nich żadną przeszkodą aby oddalić się z miejsca zdarzenia.



Robimy oględziny miejsca. Naszym oczom okazuje się przyczyna naszego upadku. Na asfalcie znajduje się glina. Można rzec nic strasznego. Na pewno nie doszłoby do upadku gdyby nie rozlana woda. Takie podłoże sprawiło, że motocykl w skręcie po naciśnięciu hamulca legł na asfalt bez żadnego ostrzeżenia.
Rozlana woda wysychała z minuty na minutę. Po 10-15 minutach nie było po niej śladu.
Siadamy chwilę aby ochłonąć, uspokoić się i ocenić straty.

Tamary stłuczona ręka puchnie w oczach a ja kuśtykam na prawą nogę. Usilnie namawiam Tamarę na prześwietlenie dla pewności. Ona usilnie twierdzi, że to tylko stłuczenie i nie pojedzie do żadnego szpitala.
Reszta to straty materialne - przetarty prawy kufer, gmol, stłuczony kierunek, stłuczony wyświetlacz kamery ręcznej, uszkodzone mocowanie kamery na kasku, ponownie cieknący bak, przetarte ubrania z zebranymi fragmentami gliny i jakiejś świecącej mazi ze drobinami szkieł. Najwyraźniej wypadki zdarzają się w tym miejscu dość często.



Tamara znika w międzyczasie udając się do pobliskiego domu po wodę. Po powrocie zauważa brak oczka w jedynym pierścionku o dużej wartości sentymentalnej ...





Opuchnięta ręka nie daje mi spokoju i ponownie namawiam Tamarę na wizytę w szpitalu w celu prześwietlenia. Bezskutecznie. Udaję się więc do pobliskiego domy, w którym Tamara miała problem językowy aby dostać odrobinę wody. Nie zrażony tą informacją pukam do drzwi. Cel jest jasny muszę zdobyć coś na zimny okład, najlepiej z lodu. Idę po lód. W drzwiach pojawia się starszy pan. Używam określenia "lód" w różnych językach - bez zrozumienia. Pojawia się starsza pani - ponawiam próby. Efekt ten sam. Wchodzę na siłę do ich domu w celu znalezienia lodówki/zamrażalki. Zastępują mi co chwilę drogę. Widząc lodówkę podchodzę do niej ponownie używając tego samego określenia. Bezowocne. Pokazuję na kran i lodówkę - załapali. Niestety nie mają lodu. Wracam do Tamary z niczym. Po 2 minutach starszy pan przynosi w worku zamrożone wiśnie. Lód w każdej postaci będzie dobry.
Zimny okład daje zdecydowane ukojenie bólu szczególnie w panującym upale. Po jakimś czasie odnoszę owoce właścicielom a ci wyraźnymi znakami dają mi do zrozumienia abym zabrał je ze sobą i zjadł. Tak też robię. Po powrocie ubieramy się i ruszamy w drogę. Chcąc omijać autostradę okazuje się, że nie możemy w żaden sposób znaleźć innej drogi do Zenica - ciągle wracamy na wjazd na autostradę. Po kilku próbach kończących się na karkołomnej jeździe po szutrach wracamy do bramki na autostradzie a po przejechaniu 15 km kończy się owa przyjemność.
Dalej jedziemy piękną, krętą i widokową trasą. Dojeżdżamy do Travnika a tu urzeka nas górująca nad miastem twierdza.



Wjeżdżamy w piękne uliczki z ciekawą architekturą. Urządzamy sobie mały spacer - Tamara z obolałą ręką wraz z kuśtykającym Głaziem.



Obchodzimy twierdzę i ruszamy w stronę Jajce.

Do wspomnianej miejscowości jedziemy dziwnie wąskimi, za chwilę remontowanymi a kawałek dalej szutrowymi drogami. Przystajemy przy jednym z przydrożnych wodopojów z chłodzącą i orzeźwiającą wodą. Ukojenie dla obolałej ręki a zarazem wodopój o sporej wydajności.



Po dość uciążliwych szutrach szczególnie po wcześniejszym wypadku z Głazio obolałą nogą dojeżdżą do drogi asfaltowej.
Dojeżdżamy do Jajce, w którego centrum znajduje się dość okazały wodospad.



Zatrzymujemy się tu na dłuższą chwilę udając się na oględziny tego miejsca z wszelkich możliwych stron.



Docieramy na dolną półkę widokową pod wodospadem zaznając typowego dla takich miejsc prysznica poniżej okazałego wodospadu. Do tego silny i chłodny orzeźwiający wiatr sprawia, że przemoczeni udajemy się na górę do motocykla. Ta ochłoda w potwornym upale to wspaniałe uczucie.
Objeżdżamy stare miasto w poszukiwaniu noclegu. Po dzisiejszych przygodach decydujemy się na jakiś pokój w celu opatrzenia ran i zrobieniu doraźnych napraw. Brak wolnych miejsc lub cena 35 Euro od głowy sprawia, że jedziemy poza miasto. Nagle po drugiej stronie rzeki widzimy pensjon - zawracamy.
Wieczorne zwiedzanie. Słabo oświetlony zamek górujący nad centrum, pod którym biegnie tunel zapewne jest jedną z głównych atrakcji. Dla nas największą i najbardziej atrakcyjną był dość okazały wodospad mimo tego, że widać w nim sporą ingerencję człowieka. Dolna półka pod wodospadem wyposażona w krzesełka jak na stadionie świadczy o tym, że muszą się tu odbywać zawody skoków do wody z tego dość wysokiego progu skalnego.


Na pożegnanie z orzeźwiającym prysznicem Selfie w zamglonej drobinami kropel wody atmosferze.

Nocne życie w mieście tętni głównie w restauracjach, ogródkach piwnych i wielu dyskotekach znajdujących się na starówce. Spragnieni wykonaniem nocnych zdjęć podczas wieczornego spaceru wracamy rozczarowani z powodu słabego oświetlenia zabytków. Najlepiej oświetlone miejsca to lokale.
Wracamy do naszego pokoju z czterema łóżkami, w którym jedno z nich trzasnęło pod Głaziem - pękła jakaś deska umocowana w tandetnym plastikowym mocowaniu. Tynk w pokoju wyglądem przypomina tynki stosowane w Polsce na zewnątrz.
Wspólna kuchnia z lokatorami pola namiotowego (za 4 Euro) to spora atrakcja naszego pensjonu. Takie miejsca sprzyjają nawiązywaniu nowych kontaktów. Motocykl w garażu, dostęp do WiFi. Pomiędzy naszym pokojem a kuchnią wspólna toaleta z prysznicami.
To jest to :-)
Ciekawa noc za nami :-)

W głowie zaczyna tlić się myśl - limit pecha wyczerpany ... ?

03.08.2014 (niedziela)

Poprzedniego dnia nie umknął nam znak informacyjny dodatkowej atrakcji oddalonej od Jajce o 5 km. Kierowaliśmy się tam w celu znalezienia noclegu. Po długich rozważaniach decydujemy się pojechać do miejsca, w którym podstawę wodospadów tworzą liczne i małe młyny.
Po dotarciu na miejsce stwierdzamy, że warto było tu zajrzeć.



Po dawnej świetności nie zostało nic z wyjątkiem małych domków, w których zachowały się nieliczne elementy dawnych młynów z żarnami. Wstęp wolny ! Być może wkrótce za wejście do tego urokliwego miejsca położonego nad jeziorem trzeba będzie zapłacić. Liczne ścieżki, czysta woda, wodospady, drewniane domki (stare młyny) położone nad jeziorem tworzą wspaniały klimat tego miejsca.



cdn ...

Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 016
  • Karma: +48/-3
Odp: Do kraju śmieci, mercedesów, bunkrów i klaksonów
« Odpowiedź #23 dnia: Wrzesień 09, 2014, 08:56:00 pm »
... cd

Po pozytywnym naładowaniu akmumulatorków po wczorajszej wywrotce i małych naprawach ruszamy w stronę Mostaru. Chcemy się tam zatrzymać po raz drugi. Tym razem w drodze do kolejnego wodospadu.
Jedziemy wzdłuż rzeki Vrbas malowniczą  i krętą drogą. Do tej pory opona podczas naszych wyjazdów najszybciej zużywała się na środku. W tym roku ewidentnie mamy do czynienia z szybką utratą bieżnika na zewnątrz. Dostrzegamy ogromny ubytek gumy w tej części (guma do wymiany). To dowodzi ile zakrętów i serpentyn za nami - szutrowe odcinki również dały znać o sobie. Trasa Donji Vakuf-Bogojno-Gornji Vakuf-Jablanica nie oszczędza naszego bieżnika a na stacji benzynowej naprawiamy (tym razem solidnie) cieknący bak, kupujemy uszkodzoną wczoraj żarówkę do kierunkowskazu, zalewamy paliwo i w drogę. Teraz droga prowadzi wzdłuż Neretwy. Zatrzymujemy się w Mostarze przez sentyment do tego urokliwego miejsca. Może tym razem uda nam się zobaczyć skoki lokalsów z zabytkowego mostu do rzeki.
W drodze do właściwego obiektu mijamy mały most niczym kopia dużego.



Po drodze obserwujemy miasto i stwierdzamy, że od 2009 roku nie zmieniło się tu zbyt wiele. Obok pięknych i odrestaurowanych kamienic stoją i straszą swym wyglądem zniszczone w kompletnej ruinie kamienice oraz ogromne kolosy - wszytko po ostatnim konflikcie na Bałkanach.
Po drodze mijamy sporą liczbę straganów z orientalnymi gadżetami. Im bliżej mostu tym więcej kramów, restauracji, kawiarenek ...



Docieramy do mostu a tu tłum ludzi. O co chodzi ? Chcąc zobaczyć most nie możemy się przedrzeć przez ten ścisk. W końcu udaje się. Naszym oczom ukazują się dwaj panowie, którzy zbierają kasę aby oddać skok. Tak, tak - nie ma nic za darmo - chłopaki zarabiają w specyficzny sposób. Chodzą i zbierają kasę aż naliczą kwotę 25 Euro.



Podeszli do nas ale ciągle nie maja odpowiedniej kwoty. Schodzimy na dół aby mieć lepszy punkt obserwacyjny. W międzyczasie chłopakom udało się uzbierać kasę. Jesteśmy niemal na samym dole a oni skaczą jeden za drugim. Udało nam się zobaczyć skok ostatniego - lecącego z ugiętymi nogami. Czekaliśmy na kolejną turę jednak szkoda było czasu. Chłopaki siedzieli obok nas popijając złocisty napój podpalając tytoń. Nigdzie im się nie spieszyło. Jedziemy dalej.

Po oddanych skokach na moście zrobiło się zbyt pusto.


Zanim uzbiera się odpowiednio dużo ludzi to minie trochę czasu a chłopaki mają takie zapasy, że nie będzie im się spieszyć.



Ostatni rzut okiem na muzułmańską część miasta i w drogę.


Kierujemy się do wodospadu Kravitza, obok Medżugorje. Tuż za miastem na serpentynie najeżdżamy na autokar, który zatrzymał się na krawędzi przepaści. Trzyma się na trzech kołach a pasażerowie szczęśliwie ocaleni fotografują pojazd z uśmiechami na twarzy. No tak. Przed chwilą śmierć zaglądała w oczy, emocje minęły więc będzie o czym napisać i pochwalić się na fecebook'u.



Cóż takie czasy. Upust emocji, autokar z tylnym kołem w powietrzu chylący się przodem w stronę przepaści to dziwny widok. Może Chorwatów od tragedii uratowała wcześniejsza wizyta w pobliskim Medjugorie?

Poszukiwania wodospadu Kravitza to już wyższa szkoła jazdy. Nie mieliśmy koordynatów GPS. Kompletny brak drogowskazów. W końcu korzystamy z  powiedzenia - koniec języka za przewodnika. Skutecznie.

Dojeżdżamy na wielki parking, aż dziw zbiera, że brakuje konkretnych drogowskazów. Przy parkingu budka z kasą biletową - pusta. Parking płatny a jednak bezpłatny. Tak wygląda niedziela na wpół muzułmańskim kraju.
Za parkingiem zakaz wjazdu. Policja najwyraźniej także ma dzień wolny od pracy - dużo osób zjeżdża niżej. Widzimy wodospad - już z góry robi olbrzymie wrażenie. Po zejściu na dół śmiało można stwierdzić, że warto było tu przyjechać.
Pod wodospadem można się kąpać i pływać ale jak mówią wyraźne tabliczki NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ.
Przechodzimy wąską chwiejącą się i mało stabilną kładką na wyspę z kawiarenką znajdującą się niemal pod samym wodospadem. Po drodze mały fragment pływającej i nie umocowanej kładki ... mały tor przeszkód, dla mnie przygoda :-) Część kłądki pod wodą co świadczy o wysokim stanie wody. Woda głęboka, kryształowo czysta a zarazem bardzo zimna.



Mimo chłodnej wody postanawiam zażyć kąpieli. Panuje potworny upał więc ochłoda i odświeżenie wyjdzie tylko na dobre. W panującym upale woda wydaje się potwornie zimna. W niczym to jednak nie przeszkadza. Po kąpieli robimy wspólnie pamiątkowe zdjęcie.



Wracamy na ląd a tu ktoś odholował pływającą kładkę, którą spokojnie można nazwać tratwą. Aby dojść do kładki konieczne jest ściągnięcie ubranych już butów ponieważ w tym miejscu woda sięgała do połowy łydki. Ja przechodzę w swoich motocyklowych butach testując membranę a zarazem głębokość na jakiej mogę brodzić.

Z wodospadu kierujemy się w stronę Dubrownika jadąc początkowo wąskimi, krętymi, często jednopasmowymi dróżkami. Przy mijaniu konieczne jest zjechanie na pobocze, wyprzedzanie jedynie za zgodą a bardziej uprzejmością kierowcy pojazdu jadącego przed nami. Na przejściu granicznym z Chorwacją wystarczyło pokazać paszport w wiśniowym kolorze po czym widzimy machnięcie ręką - jedźcie dalej.

Wjeżdżamy do miejscowości Prud a w Metkovic ponownie dojeżdżamy do rzeki Neretwy. W Opuzen jesteśmy już na Jadranskiej Magistrali. Wyprzedza nas policyjny radiowóz pędzący na zmianę na granicę z BiH. Szarżujemy za nimi na krętej drodze - bardzo im się spieszyło. Ponownie BiH a po chwili znów Chorwacja. Po chwili jesteśmy w Dubrowniku.



Przyglądamy się starówce nocą robimy zakupy w przydrożnym markecie i udajemy się na naszą dziką plaże. Byliśmy tu z Hać'ami na wspólnej wyprawie w 2009 roku.
Tu nocleg pod chmurką na kamienistej plaży z sąsiedztwem dwóch Austriaczek. W pokaźnych rozmiarów trzcinach słychać odgłosy nietoperzy. Nad nami dowód na to, że są na świecie hotele lepsze niż te z pięcioma gwiazdkami *****. Mamy ich miliony a do spania odgłos fal (nie z nagrania). Dostęp do wody słodkiej pod nosem - w końcu tuż pod nosem mamy wypływającą wodę słodką, która dostarczana jest jako woda pitna dla całego Dubrownika :-) Nocna eskapada z napełnieniem naszego prysznica kempingowego zakończyła się wypadem strażnika ogrodzonego obiektu.



Nasz obóz - nasza plaża włącznie z czarnym potworem :-)





Woda kryształ za to zimna z powodu ujścia zimnej wody pitnej dla miasta. Do tego o znacznie mniejszym zasoleniu :-)



Korzystamy do woli zastanawiając się nad możliwością spędzenia kolejne nocy w tym urokliwym miejscu ...

Austriaczki przeganiają pływającą kaczuchę przy ujściu wody pitnej do morza. Najwyraźniej im przeszkadza :D

cdn ...
« Ostatnia zmiana: Wrzesień 11, 2014, 07:43:32 am wysłana przez Glazio »

Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 016
  • Karma: +48/-3
Odp: Do kraju śmieci, mercedesów, bunkrów i klaksonów
« Odpowiedź #24 dnia: Wrzesień 14, 2014, 01:47:39 pm »
... cd

W takich miejscach jak to tkwi piękno. To dodatkowy zastrzyk luzu i swobody. Właśnie tu można złapać głęboki oddech. Na plaży sporo miejsca, brak szpanerów różnej maści zarówno tych na lądzie jak i na wodzie. Można spotkać wyłącznie ludzi szukających takich klimatów jak my. Aż chce się oddychać. Tak to właśnie jest - każdy znajdzie to co lubi. Jedni jadą tam gdzie trudno znaleźć miejsce na kocyk/ręcznik, my wolimy luźną odmianę pobytu na plaży i tego będziemy się trzymać. Na naszej plaży dominuje towarzystwo międzynarodowe, Austriaczki, które nocowały nieopodal, dziś dojechała para z Niemiec i małżeństwo z dwójką dzieci. Każdy korzysta z uroków tego miejsca na swój sposób. Delektujemy się tym klimatem do woli, studiujemy mapę i dochodzimy do wspólnego wniosku - dziś jemy na obiad w Czarnogórze. Kiedy naszą plażę w całości opanowało słońce a poszukiwanie cienia stało się trudne szybko zebraliśmy toboły i udaliśmy się w stronę Czarnogóry.


Boka Kotorska

Przekroczenie granicy przebiegło bardzo sprawnie. Niedaleko za przejściem granicznym zatrzymujemy się w przydrożnym barze motocyklowym - niby motocyklowy ale motocykli i motocyklistów trudno było w nim zauważyć. A już myśleliśmy, że właśnie w tym miejscu urządzimy sobie przekąskę. Jedziemy dalej wzdłuż Boki Kotorskiej z planem zjedzenia posiłku w Perast. Tak szczerze mówiąc toczymy się powoli za sznurem samochodów. Co chwilę ograniczenia prędkości, do tego patrole policji z takim zagęszczeniem jak nigdzie do tej pory. Tym samym odświeżamy dawne wspomnienia z tych miejsc.


Klasztor na wyspie - Boka Kotorska

Docieramy do Perast. Ku naszemu zaskoczeniu do miasta nie można wjechać ani poruszać się od rana do wieczora. Szlaban skutecznie broni tego zakazu. Chcemy zawrócić a tu nagle szlaban otwiera się przed nami - korzystamy z owej zachęty. Za chwilę w lusterku widzę, że został otworzony dla samochodu lub jego kierowcę jadącego za nami. Cóż wjechaliśmy więc toczymy się po ulicy, która przekształciła się w deptak. Tym razem odpuszczamy sobie zwiedzanie tego co widzieliśmy wcześniej. Wzdłuż drogi trudno wychwycić wciągający swym zapachem bar z możliwością postawienia motocykla. Takim oto sposobem dotoczyliśmy się do szlabanu na wyjeździe z miasta. Tym razem nie chce się przed nami otworzyć a siedzący przy nim "odźwierny" chwyta za telefon. Hmm to jakaś złą wróżba więc nie zastanawiając się zbyt długo omijamy szlaban boczkiem - tu była taka możliwość (samochody nie blokowały wąskiego przejazdu). Zerkam w lusterko a nasz rozmówca chce wyraźnie odczytać naszą tablicę rejestracyjną. Chyba miał z tym problem ponieważ była już trochę przybrudzona po wcześniejszych również błotnych przejazdach. Suche powietrze nie oczyszcza takich przedmiotów - myjka owszem :-)



Jadąc dalej przystajemy przy jednej z aptek. Tamara chce kupić maść o nazwie Heparyna (mająca za zadanie wchłonąć krwiaki tzw. siniaki a tym samym opuchliznę przerysowanej w wyniku naszej wywrotki dłoni). Niestety dziwna sprawa - nazwa łacińska a aptekarka nie znała leku o tej nazwie. W zastępstwie sprzedaje jakąś maść z antybiotykiem na szybkie gojenie się ran. Kilkaset metrów dalej zatrzymujemy się w przydrożnej restauracji, pod którą stało więcej motocykli niż pod napotkanym wcześniej barem motocyklowym. Ekipa z Czech właśnie wychodzi z restauracji nie zajmując wszystkich maszyn. Pytamy o jedzenie po czym pada odpowiedź dużo i dobrze. Nie zastanawiamy się zbyt długo. Wchodzimy do restauracji i zamawiamy papryki faszerowane ryżem z mięsem, makaron z gulaszem a do tego szopska sałatka (pomidor, papryka z utartym drobno serem feta). W międzyczasie do baru nadciągają kolejni motocykliści - tym razem z Włoch. Nie wiedzieć czemu przez jakiś czas (nazajutrz) będziemy się z nimi mijać dość często. Wygląda na to, że włosi bardziej rozglądali się za noclegiem niż za jedzeniem. Palce lizać.
Najedzeni, wypoczęci dzisiejszym plażowaniem zaczynamy myśleć o noclegu - takim z pięknym widokiem na Bokę Kotoską, wzdłuż której jedziemy. Tym samym zatrzymujemy się na stacji benzynowej w Kotorze pojąc naszego rumaka, robiąc zakupy na wieczorną przekąskę (bardziej myśląc o tej porze o śniadaniu) a najważniejszy zakup to drogocenny złocisty płyn, który dodaje uroku nocy tuląc do snu. W tym czasie Tamara smaruje dłoń zakupioną wcześniej leczniczą maścią z antybiotykiem.

Z Kotoru udajemy się w górę obierając kierunek na Cetinje naszymi ulubionymi serpentynami, które wspinają się na szczyty widoczne z miasta. Wracamy wspomnieniami do widoków z 2009 roku - te same ale o innej porze dnia.



Widoki powalające - cała boka (zatoka) jak na dłoni. Trudno stwierdzić, z którego miejsca  widoki są piękniejsze. Delektujemy się nimi podczas każdego z postojów. Zakręty na serpentynie ponumerowane - nie liczyłem. W międzyczasie koncentrujemy się na poszukiwaniu miejsca na namiot. Tamara wypatrzyła podjazd, który nie podobał mi się z racji tego, że asfaltowy. Aby sprawdzić czy dokonany wybór jest dobry wyjeżdżam bardzo stromą dróżką. Tamara stwierdza, że miejsce jest wyśmienite na namiot ja na odwrót wskazując jej cmentarz obok nas.



Posmarowana dłoń zaczyna piekielnie piec do tego rozgrzana jest do granic możliwości. Strupki zrobiły się płynne. Wniosek tylko jeden - ukojenie to ochłoda.



Jedziemy dalej obierając kierunek na Mauzoleum Niegosza. Widoki niczym nie ustępują dotychczasowym. W pewnym momencie zatrzymujemy sie przy przydrożnym kramie z miejscowymi alkoholami delektując się widokiem. Coś niesamowitego. Tu pada hasło - może tu przenocujemy. Hmm czego nie. Jadę jeszcze kilkaset metrów dalej na punkt widokowy aby upewnić się czy oby tam nie jest ciekawiej i spokojniej. Na miejscu okazuje się, że miejscówkę okupuje  Holenderska rodzinka. Mają na swoim wyposażeniu kampera i odpowiednią liczbę rowerów dla uczestników podróży. Wracam na miejsce, gdzie została Tamara. Czekamy aż miejsce się wyludni. Delektując się złocistym napojem patrzymy na bokę, samochody jadące wijącą się pod nami serpentyną i lotnisko ze startującymi lub lądującymi samolotami. Widoki coraz piękniejsze po zmroku. Decydujemy się na nocleg pod chmurką. Może tym razem sprawdzimy w pełni możliwości naszych śpiworów. Rozkładamy maty, wbijamy się w śpiwory. Oprócz wspaniałego widoku na bokę liczymy spadające gwiazdy - w końcu zaczął się miesiąc meteorytów. Zasypiamy nie wiedząc kiedy.



W nocy budzi mnie szarpanie za stopę. Co jest grane? Jakby szczypanie, jakby podgryzanie ? Reaguję ruszając stopą. Za chwilę powtórka. Kolejnym razem kopię stopą a natręt nie ustępuje. Otwieram oczy a tu lis. Upatrzył sobie we mnie zdobycz a może w mojej stopie? Mimo tego, ze wstałem nie ucieka i nie ustępuje. Odstraszam go krzykiem - bez zmian. Łapię w garść gaz pieprzowy. Chcę trafić w nos/pysk podbiegającego co chwilę zwierzaka. Nie działa - lis odskakuje i powraca. Krzyki na nic do tego Tamara śpi jak głaz. Gaz na wykończeniu a lis nie odpuszcza. Walka trwa na dobre i pojawia się pytanie - wściekły czy nie ? Jeżeli nie ustąpi w rachubę może wchodzić walka wręcz.

cdn ...
« Ostatnia zmiana: Wrzesień 14, 2014, 08:00:08 pm wysłana przez Glazio »

Offline Wiatr w Polu

  • Starszy użytkownik
  • ****
  • Wiadomości: 363
  • Karma: +9/-5
Odp: Do kraju śmieci, mercedesów, bunkrów i klaksonów
« Odpowiedź #25 dnia: Wrzesień 15, 2014, 08:14:08 pm »
Hehehe. Jak zwykle czekam na ciąg dalszy (sorry, że przerwałem, ale nie mogłem się powstrzymać) :D

Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 016
  • Karma: +48/-3
Odp: Do kraju śmieci, mercedesów, bunkrów i klaksonów
« Odpowiedź #26 dnia: Wrzesień 15, 2014, 09:14:04 pm »
Uff - cieszę się na Twój wpis Wietrze, bo czasami mam wrażenie, że prowadzę monolog.
Walka w toku i działo się. Wylazłem ze śpiworka w bokserkach i koszulce. Jak to w górach kamieniste podłoże i gdzieniegdzie osty. W tym momencie nie czułem igieł, nie miałem też czasu na ubranie pancernych krosowych bucików, bo lisek uwijał się niesamowicie szybko. Pierwszy raz miałem do czynienia z takim natrętem. Właśnie wtedy zacząłem zastanawiać się czy jest wściekły. Pod osłoną nocy nie mogłem się przypatrzeć a i namierzyć odskakującego lisa było trudno. Momentami jego lokalizację zdradzała biała końcówka ogona. Co z tego jak gazu brak :D

Offline Wiatr w Polu

  • Starszy użytkownik
  • ****
  • Wiadomości: 363
  • Karma: +9/-5
Odp: Do kraju śmieci, mercedesów, bunkrów i klaksonów
« Odpowiedź #27 dnia: Wrzesień 17, 2014, 06:32:15 pm »
No Głazio, nie ociągaj się, tylko pisaj dalej :)

Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 016
  • Karma: +48/-3
Odp: Do kraju śmieci, mercedesów, bunkrów i klaksonów
« Odpowiedź #28 dnia: Wrzesień 17, 2014, 07:44:21 pm »
Postaram się - jak nie dzisiaj to może jutro :-)

Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 016
  • Karma: +48/-3
Odp: Do kraju śmieci, mercedesów, bunkrów i klaksonów
« Odpowiedź #29 dnia: Wrzesień 17, 2014, 09:13:35 pm »
... cd

Lis szuka dojścia do naszego obozowiska z każdej strony. Co chwilę staję mu na drodze. Wściekły czy nie? Jak zajdzie taka potrzeba będę musiał przystąpić do walki wręcz. Włączam przyspieszony tok myślenia połączony z mechanizmem obronnym, cofam się myślami do ery kamienia łupanego i właśnie takie przedmioty łapię w garść. Pierwszy rzut kamieniem - lis odskakuje i znowu wraca jak bumerang, drugi, trzeci i słyszę jęk. Bumerang nie wrócił, nie napada. Jest chwila więc szybko podchodzę do śpiwora, łapię latarkę i udaję się w stronę skąd usłyszałem ostatni odgłos lisa. Podchodzę i co widzę ? Lis do góry kołami. Leży na grzbiecie, oddycha ciężko i w bardzo przyspieszonym tempie. Kiedy się zbliżałem widziałem, że chciałby uciec ale nie mógł się ruszyć. Od razu pomyślałem co na to Tamara największy obrońca zwierząt począwszy od najmniejszych owadów. Za minutę podchodzę ponownie a lis dalej leży i nie może się ruszyć. Zacząłem mieć wyrzuty sumienia, tym większe im dłużej się nie podnosił. Qrcze - zdechnie. Qrcze - jutro czeka mnie cały dzień tłumaczenia się. Co chwilę włącza się mechanizm samozachowawczy - odchodzę i gromadzę kamienie aby na wszelki wypadek mieć je pod ręką. Podczas krzątania się słyszę hałas z miejsca gdzie legł lis. Podchodzę i co widzę ? Osunął się po stromym stoku metr w dół. Wysoka trawa nie pozwoliła mu się stoczyć dalej. Dalej leży do góry kołami i ciężko dyszy. Odchodząc widzę w miejscu jego dotychczasowego leżakowania odchody - musiały mu puścić zwieracze. Czułem się nieswojo z tego powodu jednak z drugiej strony jak mogłem inaczej postąpić ? Tamara nie obudziła się jak ją trącałem, jak wrzeszczałem na lisa chcąc go odstraszyć a on zaczął podbiegać z różnych stron.
Kolejny hałas - podchodzę a tym razem lis osunął się o kilka metrów dół w dalszym ciągu leżąc do góry kołami. Chwilę później stał już na nogach na kamieniu i wlepiał swój wzrok we mnie. Myślę sobie - ładnie za chwilę będzie powtórka z rozrywki. Krzyczę aby go odstraszyć i nic (Tamara także - śpi twardo jak Głaz a taki był z niej czujny Zajączek). Przed chwilą miałem wyrzuty sumienia z powodu trafionego kamieniem lisa a teraz mam zupełnie inne odczucia. Jeśli ów zwierzak nie odpuści to przy kolejnej okazji ja również. Lis dalej wlepia we mnie wzrok. Czas działać skutecznie do końca. Tym razem nie chcę go trafić - na pewna pamięta co wydarzyło się przed chwilą. Po rzuconym kamieniu odbiegał i powracał jak bumerang - czas sprawdzić czy tym razem powtórzy to samo. Biorę kamień i rzucam przed niego - przestał wlepiać wzrok i odskoczył kilka metrów w dół i dalej się na mnie gapi. Powtórka, za chwilę kolejna a kiedy znikł mi z oczu w krzakach ponowiłem kilkakrotnie próby tym razem garścią małych kamieni.
Wracam do śpiwora, kładę się a Tamara budzi się i pyta co robię. Opowiedziałem co się właśnie wydarzyło pozwoliłem sobie także na małą uwagę, że jak chrapnę to od razu reaguje Paweł obróć się a kiedy krzyczę i trącam nie czuje i nie słyszy nic. Chciałem jej pokazać lisa ale właśnie przed chwilą odszedł. Leżąc tak przez chwilę pomyślałem o zaznaczeniu terenu. Wychodzę ze śpiwora i oznaczam swoim zapachem okolicę - ten lis na pewno rozpozna tą woń. Raczej nie wróci. Czy przyjdą inne ?
Wracam do śpiwora. Po tym emocjonującym zdarzeniu wpatrywałem się w gwiazdy popijając złocisty napój (został jakiś 1 litr). Pokazałem Tamarze miejsca leżakowania lisa i jego odchody. Uleżana trawa w kilku miejscach pozwoliła jej uwierzyć w tą historię. Teraz zaczęła rozważać wcześniej dochodzące odgłosy z pobliskich krzaków, pod którymi chciała spać. Wracamy i dedukujemy co mogło go ściągnąć - najbardziej prawdopodobny wniosek to puch w naszych śpiworach. Najwyraźniej w wyobraźni lisa nasze śpiwory były opierzoną zwierzyną łowną do której chciał dotrzeć za wszelką cenę. Najwyraźniej musiał być bardzo wygłodniały. Gdyby potrafił mówić dostałby jakąś konserwę. Niestety instynkt łowcy nie pozwolił mu na to.
Opróżniam butelkę i zasypiam. Po tej całej historii Tamara nie mogła zasnąć - mówi, że pilnowała obozowiska całą noc. Całą noc był spokój.

05.08.2014 (wtorek)

Rano ten sam - wspaniały widok !
Miejsce naszego leżakowania. Po prawej stronie od siedzącej Tamary leżał lis w odległości ok 6 metrów od nas w widocznej ubitej trawie (widać też pobliski krzew, z którego dobiegały słyszane przez Tamarę odgłosy.



Nocna przygoda niczym nie zraziła nas do tego aby zachwycać się widokami. Na prawdę są tego warte a lis to tak szczerze średniej wielkości pies.



Ten fragment serpentyny to dojazd do naszej ściany i wijących się serpentyn.
Po emocjonującej nocy wstajemy wcześnie, zwijamy się szybko i ruszamy do kolejnego punktu delektując się wspaniałymi krajobrazami.

cdn ...

 

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16