Byłem, spotkałem między innymi Hakera i Slayerka z małżonką

Zastanawiałem się, czy wklejać relację, ale że jest "akcent lubaczowski" to wklejam

Zakończenie sezonu
Idzie jesień, nie ma na to rady. Zmrok wcześnie zapada, drzewa nabierają złotych kolorów, Żmijka przywdziewa ciepłe futerko. To niezawodne zwiastuny końca sezonu motocyklowego. Czas na ostatnie ognisko. Ostatnie w tym roku nocne dyskusje, śpiewy, żarty, spotkania przy blasku ognia i spadających iskier… (Ale mi się poetycko zaczęło pisanie tej relacji, hehehe)
No więc normalnie: Pogoda dopisywała, więc pojechaliśmy wcześniej. Pierwsza część naszej grupki (ja, Edycja, Basia, Bernadka i Lucyna) spotkała się niemal równocześnie pod drzwiami Domu Pielgrzyma. „Logujemy” się do pokojów (miały być dwa pokoje 5-osobowe), a okazuje się, że w każdym z nich jest po 5 łóżek, ale piętrowych. Składamy „reklamację” – po co nam dwa pokoje, skoro wszyscy (10 osób) zmieścimy się w jednym? My lubimy być razem Pani w recepcji tłumaczy nam, że dała nam dwa pokoje, bo nie każdy lubi spać na „piętrze”. My lubimy, więc bierzemy jeden pokój. Ronini krzątają się już przy ognisku, czyszczą grilla, przygotowują drewno, witają przyjezdnych. My się włóczymy tu i tam, podziwiamy widoki, robimy fotki, wspominamy wcześniejsze spotkania w tym miejscu. Minęła raptem chwila, a przy ognisku jest nas już bardzo dużo. Niemal każdy z każdym ma coś do obgadania. Powitania, gwar, śmiech, grupy, grupki. Miło mi było poznać kolejne parę osób z forum, które wcześniej znałem tylko z nicka, czasem tylko z widzenia gdzieś tam. Zamienić choć parę słów. Dojechała Mysza z Myszowatym, Kociątko, a na koniec Kubor z Agatką. Trochę brakowało nam „wielkich nieobecnych”, czyli tych, z którymi byliśmy tu pół roku temu, z którymi w mijającym sezonie spotykaliśmy się prawie co tydzień. Ale trudno… I znowu – wydaje się – minęła chwila, a przy ognisku coraz mniej osób, coraz spokojniej. Wprawdzie słychać gitarę, pojawia się ponownie Ruda w kreacji nie wieczorowej, ale już nocnej, ale widać, że ten radosny czas już dobiega końca. Jeszcze chwila i robi się pusto. Nie chce mi się iść spać, bo wiem, że to ostatnie ognisko w tym sezonie. Na następne trzeba czekać, aż minie zima. W towarzystwie dwóch Roninów siedzę do świtu słuchając opowieści o podróżach, krętych drogach, dzieląc się własnymi spostrzeżeniami i chłonąc ciepło chwili z nadzieją, że wystarczy mi tego do wiosny.
Niedziela, to dzień najważniejszy. Nie tylko dlatego, że przyjeżdżają setki motocykli, spotyka się dziesiątki znajomych z którymi się przemierzało się kilometry, albo taplało po uszy w śniegu i błocie (Pozdrowienia dla Żaby - błoto i Oskara - śnieg ). Kulminacyjną i najważniejszą częścią tego dnia jest msza – czas na podziękowanie Najwyższemu za dobry, bezpieczny sezon, prośby o rychłą wiosnę i inne łaski, o które każdy uprasza już indywidualnie. Jako swój dar dla życia składamy również krew, która przyda się dla potrzebujących. (Piszę „składamy”, ale przyznaję, że ja krwi nie oddawałem. Jednak w pełni solidaryzowałem się z krwiodawcami). Po godzinie 14 czas na wyjazd. Ostatnie pożegnania, parę kilometrów wspólnej jazdy. Zapewne spotkamy się jeszcze na jesiennych wyjazdach, może na Andrzejkach, kto wie, czy nie na Sylwestra, prawie na pewno na Wyprawach Motocyklowych u Głazia w Lubaczowie, ale na ognisku, to chyba dopiero na wiosnę u Roninów.