Wiatr w Polu na pewno był. Ja już słyszałem relację Edycji ;-)
Poniżej relacja Wiatra zaczerpnięte z facebook.
Kalasanty Cipek = Wiatr w Polu
Warrlocks MC – rozpoczęcie sezonu 2016 w Radawie. Krótka relacja i jedna refleksja (chyba tylko dla Jana, bo tylko jego brakowało)
Już jakiś czas przed terminem rezerwowałem domek. Skład się szybko znalazł – 5 osób pewnych. Przyjechałem już o 14. Na miejscu całkiem sporo maszyn, dwa namioty (podziwiam, lecz nie zazdroszczę) no i domki w większości już zasiedlone. Wiadomo, że na noc spora część odjedzie do domów. Trwały już pokazy ratownictwa medycznego, a ja wjeżdżam między domki, gdzie jest aż żółto od kamizelek. Zagospodarowuję domek, wymieniam parę grzecznościowych uwag z kolegami w kamizelkach, którzy również grzecznościowo pytają mnie o moc mojego motocykla, sposób chłodzenia silnika itp. Jest palenisko, drewno na ognisko, wszystko przygotowane. A potem zaczynają się niespodzianki: poza naszą zapowiedzianą piątką, (czy nawet szóstką) zjawia się co chwilę ktoś nowy, niespodziewany, nieoczekiwany, dawno nie widziany – w sumie ze 20 osób, albo i więcej. Robi się wesoło, płonie ogień. Śmiejemy się z Melojdy, że jadąc jako plecak na własnej hajce, wyglądał, jak żaba na liściu, troszkę z Lucynki żartujemy i jej domniemanej piżamki na dzisiejszą noc (a to za przyczyną mojego dwuznacznego komentarza do jej zdjęcia, który my, znajomi, doskonale zrozumieliśmy, ale znajomi Lucynki już niekoniecznie, bo nie znają kontekstu – przepraszam Lucynka i obiecuję ugryźć się w palec, zanim ponownie coś podobnego napiszę). Są opowieści o samolotach, które budują Przemo, Kuba i Qtin, a nawet o czołgach, którymi jeździł Bosy. Jak to na zlotach – nic nowego, a przecież zawsze ciekawie. W międzyczasie Warrlocki zaprosili nas na pyszną grochówkę. My, taka zbieranina, nie chcieliśmy się pchać między „klubowych”, bo oni tam mają swoje zasady, swoje sprawy. Podobno są reguły określające, kto komu podaje rękę, do kogo można zagadać wprost, a do kogo nie. Co my się tam na tym znamy? Ale o tym jeszcze później. Grochówka – jak pisałem wyżej – wyśmienita, my wróciliśmy do ogniska bawić się dalej. Drewna nie mieliśmy za wiele, ale mieliśmy ze sobą Kacpra. Ten diabełek, jak trzeba, to domek rozbierze i to tak, żeby nie było widać, a opał się znajdzie Z czasem ci, co mieli odjechać, odjechali. Kto w domku, ten pod kołderkę, kto w aucie – do auta. Odpalane w nocy ich silniki informowały nas, że jest zimno i trzeba się podgrzać.
Kiedy się obudziłem w niedzielę, Kacper już palił ognisko (któżby inny?). Śniadanie, kawa (dzięki Edycji, która wzięła ze sobą grzałkę). Jeszcze trochę przy ognisku i do domu.
I na koniec zapowiedziana wcześniej refleksja. Otóż, jak się jeździ, spotyka się wielu ludzi. W tym klubowiczów, którzy nie zawsze byli w MC. Niektórych Warrlocków znam od lat. Może nie aż tak, że beczkę soli zjedliśmy i wódką popijaliśmy, ale od free riders, przez moto-znajdy, Motobajki, Ronin Riders, aż do „żółtego koloru”. Znam też ludzi z innych klubów, z czasów, gdy o barwach nawet nie myśleli. I wiem, że w miarę nabierania kolorów z tymi znajomościami różnie bywa. Przeważnie jest ok. Spotykamy się, nie udajemy, że się nie znamy, parę słów zamienimy. Już nie o wszystkim, bo są tematy, których „klubowi” nie poruszą, bo wewnętrzne sprawy mają zostać w ścisłym gronie, do którego ja nie należę. Ale ogólnie i tak jest w porządku. Zdarza się jednak i tak, że ktoś, kogoś uważałeś za kumpla ubrany w barwy, ma nos tak wysoko, że jak chce mi coś powiedzieć, to przekazuje wiadomość przez wspólnego znajomego, bo zapomniał numeru telefonu, który kiedyś był dla niego dostępny nawet w nocy. Otóż byłem ciekaw, czy żółty kolor Warrlockom, wcześniej Motobajkom, moto-znajdom i free riderom nie zaszkodził. Wychodzi mi, że nie. „Kolor” na kamizelkach nie uderzył im go głowy. Pełnili rolę gospodarzy, którzy troszczą się o wszystkich zlotowiczów. Panowie, znacie zapewne zasadę „respect for respect”. Ja ją odwrócę: For respect respect. I niech to będzie moje podziękowanie za spotkanie.Fota Bartka - również z facebook
