Z uwagi na dość napięte weekendowe terminy w pracy, w pewnym sensie zaczęliśmy poszukiwanie dogodnego weekendu aby wyjechać na kilka dni do jednego z naszych ulubionych miejsc wypoczynku. Odległość, bagatela około 1200 km w jedną stronę. Mimo to wszystko w zasięgu naszych dwóch kółek.
Termin wyjazdu 28.04-03.05.2016. Dwa dni urlopu i wyjazd w czwartkowy wieczór 28.04.2016 po pracy. Pakowanie przy towarzystwie gości nadciągających z życzeniami okolicznościowymi. Około 17:30 wyruszyliśmy na południe. Może tam będzie cieplej. Prognozy w PL nie były zbyt optymistyczne a siedzenie w domu przed TV czy innym zjadaczu czasu ... to po prostu strata czasu.

W Słowacji zatrzymujemy się na chwilę w celu przywdziania dodatkowej warstewki odzieży. Ciepło nie było a wraz z zachodzącym słońcem robiło się coraz chłodniej. Jak na złość, za Koszycami zaczął padać deszcz. Z upływem czasu było coraz gorzej. Za nami raptem 300 km i zaczynamy rozglądać się za noclegiem aby nasze ubrania nadawały się do jazdy nazajutrz. Rezygnujemy również z rozbijania namiotu z tego samego powodu. Przed nami jeszcze około 900 km do celu. Po chwili krążenia, odwiedzeniu kilku miejsc noclegowych, zatrzymujemy się ostatecznie w hotelu w okolicach miejscowości Abaujszanto na Węgrzech (Holdfény Hotel, Fő St, Forró, Borsod-Abaúj-Zemplén).

Jest WiFi, nawet działa. W różnych hotelach czy innych pensjonatach bywa z tym różnie. Skoro działa to dodałem zdjęcie na forum z naszej miejscówki. Moja opinia o hotelu ? Wybieram namiot. Świeże powietrze a dzięki temu nad ranem czysty nos. Taką miewam czasami alergię na różne miejsca noclegowe. Przyczyny nieznane.

Całą noc padało. Pakując się na motocykl nadal padało. W drodze również. Po kilku godzinach jazdy odpuściło. Przynajmniej na chwilę. Po drodze przystanek na posiłek, oględziny ciekawego łowiska i niepostrzeżenie znajdujemy się na przejściu granicznym z Serbią.



Tu zaczęliśmy się zastanawiać nad tym, czym zadręczają nas media - uchodźcy. Na przejściu wyraźnie widoczne wsparcie policji, różne wozy i dobrze znane z obrazów TV zasieki z drutu ostrzowego. Na terytorium neutralnym, czyli na obszarze, który nie jest integralną częścią żadnego państwa ani jego terytorium obozowisko namiotowe uchodźców. Namioty, sporo śmieci, dorośli, dzieci ...
Po przekroczeniu granicy, Serbia wita nas meczetem.

Dalsza droga ... aby dotrzeć do celu. Za Belgradem góry a co za tym idzie coraz bardziej kręte drogi. Połykane wcześniej kilometry niemal stanęły w miejscu. Przed nastaniem zmroku docieramy do sklepu, w którym robimy zakupy i co roku dostajemy gratis serbski odpowiednik Nutelli o nazwie Bas. Nastaje zmrok. Do naszej miejscówki w górach zostało około 20 km. Część asfaltem, dalej drogą szutrową. Najwyraźniej tutaj również padało. Świadczą o tym spore kałuże, miejscami przecinające całą drogę.
Jesteśmy u celu. Szum wody jak na Rebizantach (
Impreza w Szałasie nad Tanwią tuż, tuż ...), zaskakuje nas jednak spora przecinka okolicznych krzewów, które poskładane są między innymi na naszym miejscu noclegowym. Namiot rozbijamy tuż obok. Chwilę później jemy kolację pod wodospadem. Cisza, spokój, brak żywego ducha. Super.

Spokojna noc w odgłosach szumiącej wody daje ukojenie. Poranek w chmurze, która przysłania nasz obiekt podziwu. Jeszcze o tym nie wiemy ale nawet Serbowie, którzy słabo znają swój kraj i atrakcje, docenili ten pomnik przyrody. Dopiero teraz widać, że przycinka była dość spora. Cel ? Prawdopodobnie odsłonięcie obiektu godnego podziwu.



Cały teren jest własnością poznanego dwa lata wcześniej Serba pracującego w Anglii.
Podczas porannej toalety Tamara uszkodziła nogę na stłuczonej butelce. Sami widzimy, że z roku na rok, śmieci przybywa - to pierwszy dowód na to, że miejsce staje się bardziej rozpoznawalne. Najbardziej niebezpieczne są te szklane, przewalające się w różnych miejscach ... Apteczka rzadko wykorzystywana, tym razem przydała się do wykonania opatrunku.

Śniadanie pod wodospadem z degustacją serbskich suchych wędlin. Są na prawdę smakowite. Lepsze od salami o podobnej konsystencji.

Po śniadaniu pierwszy raz widzimy w tym miejscu pasące się owce. Niektóre z nich wskakują na krzewy aby delektować się świeżymi pędami. Nad bezpieczeństwem czuwa pasterka, która zagadnęła Tamarę. Chwilę później nadciągają dwa szczeniaki. Wyglądają jak bracia. Mało ufne, zbliżając się są w ciągłej gotowości do odskoku i ewentualnej ucieczki. Szybko się do nas przywiązują i nie odstępują na krok.





Chmury rzedną odsłaniając oczyszczony z krzewów wodospad. Chwilę później robi się ciepło jak w lecie. Temperatura powietrza może wysoka ale woda lodowata. To i tak żadna przeszkoda aby zrobić małe pranie.

Na zdjęciu: z lewej nasz wodospad, z prawej nasz obóz a pośrodku drugi szczeniak


Ruszamy w trasę w górę wodospadu z naszymi towarzyszami. W budzącej się do życia przyrodzie z kładki prowadzącej przez wodospad ściągamy na zoomie nasz obóz.





Chwilę później jesteśmy już w najwyższym punkcie wodospadu. Przepaść ogromna. Położona poniżej kładka wygląda jak patyk a znacznie niżej droga obrazuje ogrom tego wodospadu. Napływający z upływem czasu ludzie, krzątają się niczym mrówki.


Jeszcze wyżej kolejne wodospady dają nam radochę i chwilę na prawdziwy wypoczynek. Stare i pokręcone drzewa spokojnie mogą być dobrą scenografią filmową. Brniemy wyżej a później schodząc w dół do obozu podglądamy okoliczną cerkiew, czy nadal stoi na swoim miejscu.





W ciekawej i dość głębokiej kałuży przy drodze przyglądamy się tutejszemu życiu. Żaba i topiki żyją w symbiozie ;-)

Wodospad ...


Posiłek w asyście ...

Gospodarz ze swoimi sprzętami ...

Iiii ... po napływie sporej liczby ludzi, niespodziewana wizyta policji. Legitymowanie okolicznych przybyszów. My również staliśmy się obiektem zainteresowania. Paszporty poszły w ruch. Obyło się bez ceregieli. Czym podyktowane było to legitymowanie ? Może właściciel zaczyna pilnować porządku na swoich włościach a może ...


Wszystko pod wodospadem
Chwilę później nadciągnęły kolejne wozy terenowe. Informacja o sporej koncentracji ludzi poszła w eter i pojawili się szpanerzy. Jeden z nich w obecności policjantów dewastował ten piękny pomnik przyrody. Na widok późniejszych koleżeńskich zachowań policji i szpanera przypomniały mi się czasy kiedy i u nas można było zobaczyć podobne zachowania. Na szczęście sporo się u nas zmieniło w tym zakresie.


Nieudana próba przejazdu zbyt wąskim mostkiem skończyła się na przeprawie przez wodę


Ciekawie było do wieczora. Obok nas rozbiło się sporo osób, czego jesteśmy świadkami po raz pierwszy. To dla nas sygnał, że te wspaniałe czasy powoli dobiegają końca właśnie w tym miejscu. Zastanawiamy się czy noc będzie spokojna.

Muzyka, krzyki, zabawa towarzyszyła nam całą noc. Do ciepłych nie należała a piszę o tym dlatego, że owe szczeniaki pilnowały nas całą noc. Ktokolwiek się zbliżał do naszego obozowiska podnosiły niesamowity alarm. Dzięki temu spaliśmy spokojnie, wybudzani co jakiś czas głośną muzyką lub alarmem naszych stróżów. Obszczekały nawet nas wygrzebujących się w nocy z namiotu ale za chwilę towarzyszyła temu zajściu radość.
Nad ranem otrzymaliśmy worek na śmieci, których nigdy nie pozostawiamy w miejscach naszych obozowisk. Bywa, że wieziemy je kilkadziesiąt a nawet kilkaset kilometrów aby wyrzucić je do śmietnika. Duży wór to miły gest i sygnał, że opiekunów terenu interesuje dbanie o czystość tego urokliwego miejsca. Mimo to, jak już wcześniej zauważyliśmy śmieci przybywa.

Pogoda psuje się, co chwilę kropi deszcz.
Odjeżdżając jeden ze szczeniaków biegł dość długo za naszym motocyklem. Sami zasmuceni z faktu wzajemnego przywiązania i wdzięczności za nocne stróżowanie opuszczaliśmy to miejsce z nutką żalu. Zatrzymaliśmy się po jakimś czasie aby zrobić zdjęcie wodospadu z perspektywy jakiej jeszcze nie mamy. Smutek, żal ale czas odwiedzić inne urokliwe miejsca z myślą o powrocie.

Walczyliśmy z myślami, jakie kierunek teraz obrać. Przeważyła Czarnogóra. Dotarliśmy do znanego mostu na rzece Tara. Ilekroć tu jestem zawsze myślę o raftingu. Może za rok ?



Ta piękna, rwąca rzeka z błękitną wodą wydrążyła najgłębszy kanion w Europie. Woda na dole a z nieba zaczyna siąpić mocniej.


Dalej kierujemy się w stronę Durmitoru. W ubiegłym roku na początku czerwca mieliśmy ciekawy przejazd w śnieżnym tunelu
zobacz relację i zdjęcia z ibiegłego roku >>> . Ciekawe jak będzie tym razem. Wjeżdżamy, wyżej i wyżej i ... dojeżdżamy do Żabljaka. Tutaj towarzyszący nam deszczyk zamienia się deszcz. Jest mało przyjemny przy znacznie niższej temperaturze. Chwilę później w Durmitorze mamy już ulewę. Z góry zjeżdżają przemoczeni rowerzyści. Ośnieżone góry, spadający z każdą chwilą komfort jazdy i niespodzianka. Naszą drogę zasypał śnieg.

Piesze oględziny czy istnieją szanse na przejazd motocyklem. Odgarnianie śniegu. Jest w miarę luźny. Wszystko świadczy o świeżym opadzie, prawdopodobnie dzień przed naszym przyjazdem. Z uwagi na fakt, że zaczęły się tutaj święta wielkanocne, o odśnieżaniu świeżego śniegu można zapomnieć.


Pierwsza przeszkoda pokonana. Po dojechaniu do następnej zawracamy. Ryzyko zbyt duże a wszystko na krawędzi. Potknięcie, przechył czy uśliźnięcie nogi są bardzo możliwe i zbyt niebezpieczne.

Oliwy do ognia dolał deszcz, który zamienił się w opady deszczu ze śniegiem. Teraz stało się to mało przyjemnie. Zjeżdżając w dół robiło się coraz chłodniej a opad nasilał się. Szukaliśmy jakiegoś kawałka zadaszenia aby narzucić na siebie dodatkowe warstwy odzieży. W drodze powrotnej mijamy się z pierwszymi motocyklistami 3x GS - ciekawe czy jadą tam gdzie byliśmy przed chwilą?
cdn ...