Było tak…
Wyjechaliśmy 22 zgodnie z planem. 7 motocykli, 8 osób. Ja, Zgrywus, Witek (który dostał na tej wyprawie ksywkę Gin), Wally, Święty, Cykuś, Łukasz z Violą. Pierwszy dzień (mimo, że niewiele przejechaliśmy) dał się nam mocno we znaki z powodu złego stanu dróg na zachodniej Ukrainie. Rano szybkie śniadanie i w drogę. Pogoda była wyśmienita, drogi lepsze, kilometrów ubywało. Wieczorem szukanie hotelu. Mimo, że zrobiliśmy tego dnia 700 km i byliśmy już na Krymie, do celu pozostało nam jeszcze 170 km, a noc już była ciemna. Trzeciego dnia mkniemy sobie spokojnie, a tu awaria motocykla – powietrze schodzi z przedniego koła maszyny Wally’ego. Po dokładnych oględzinach znajdujemy przyczynę. Na jakiejś dziurze zagięła się felga. Naprawimy to dopiero na miejscu. Teraz co 50 kilometrów dopompowujemy koło. Główną bazę wypadową zakładamy w Ałuszcie na południowym brzegu półwyspu. Stamtąd wyjeżdżamy do Jałty, Sudaku, Sewastopola, Bachczeseraju, Ałupki. Zwiedzamy pałac chanów krymskich, największy kaniom Krymu, Twierdzę Genueńską, Pałac Woroncewa, pałac Aleksandra III w Masandrze, Jaskółcze Gniazdo, pływamy po zatoce Sewastopola oglądając statki floty czarnomorskiej i słuchając opowieści o obronie tego miasta… Mnie najbardziej urzekły nie zabytki, ale krajobrazy. Takie niesamowite widoki, że dech zapiera. No i te kręte, górskie drogi. Wieczorami dzielimy się wrażeniami z jazdy, rozmawiamy – jak to motocykliści – o różnych takich. Jest dużo śmiechu i zabawy. Kiedyś Zgrywus wpadł na pomysł, że trzeba dojechać motocyklem tak daleko, jak się da i zamoczyć przednie koła w Morzu Czarnym. Dojechaliśmy, a jakże. 50 metrów po plaży zakopując się prawie po ramy. A wiecie, jak trudno wyciągnąć potem takiego goldasa i wypchnąć z powrotem na twardy grunt? Ale warto było, uwierzcie. Drogę powrotną „rozbiliśmy” na 2 dni wybierając trasę okrężną, ale lepszą znacznie, przez Kijów. Drugiego dnia ok 15 zaczęło tu i ówdzie mżyć, co trochę spowolniło tempo jazdy. Minęliśmy Żytomierz, a przed Równem pożegnaliśmy się. Ja z Witkiem odbiłem na Lwów, reszta ekipy (poza Świętym, który ze względu na zobowiązania pojechał dużo wcześniej) pojechała na przejście w Zosinie. Nam całkiem nieźle szło – już o 20 (całkiem jeszcze jasno) byliśmy we Lwowie. Jednak ostatnie 60 km pokonaliśmy w strasznej ulewie i po zmroku w tempie 30 km/h. Droga była potwornie dziurawa (taką jeszcze nie jechaliśmy), a ruch tak duży, że oślepieni światłami i deszczem walczyliśmy, żeby nie upaść, nie wjechać do rowu itd. Ok 23 przekraczaliśmy granicę.
Dodam jeszcze słowo o ruchu ulicznym. Kierowcy aut bez problemu robią miejce motocyklom, machają życzliwie, pokazują żeby przejeżdżać (np. w korku), robią miejsce z lewej i z prawej. Ale sami jeżdżą tak samo, jak i my, motocykliści. Wysepki (malowane), pasy do skrętu w lewo i wszelkie inne wolne miejsca z poboczem włącznie traktują jak dogodne miejsce do wyprzedzania. Wyprzedzanie na tzw. trzeciego to norma (także z prawej strony). Widziałem nawet sytuację, gdy na dwóch pasach znalazły się obok siebie 4 auta na grubość lakieru. Jednym słowem trzeba mieć oczy dookoła głowy.