Dzień drugi - pochmurny - sobota 14.09.2013.
Umówieni z kolegami na 9.00 jedziemy do punktu zbornego. Niskie chmury nie wróżą ładnych widoków a wręcz zanosi się na deszcz.
Odpalamy maszyny a tu zaskoczenie.
Po nocnej zlewie dziwne zachowanie KTM-a, na którym przyszło mi jeździć. Dzień wcześniej na luzie świeciła zielona lampka. Odpalam sprzęta a tu po odpaleniu świeci ale na każdym biegu - nie świeci na luzie. Kolejne spostrzeżenia to brak świateł, nie działające zegary ... po prostu nic.
Najważniejsze że odpala i możemy jechać.
Docieramy do punktu zbornego i co widzę. Same 400 ccm. Qrcze znowu trafiłem z deszczu pod rynnę na 640 ccm. Przyglądam się oponom - moje najbardziej zjechane. Nic to - będę walczył

Jedziemy na tankowanie. Zatrzymujemy się pod jedną z bram mieszkalnych zamawiamy każdy po 5 l. wlewamy i w drogę. Przed startem Jankes mówi do mnie spuszczamy u Ciebie trochę powietrza. Tak też zrobiliśmy.
Wołosianka (tam gdzie spaliśmy)-Lyuta = przełaj.Ciekawie zaczęło się po niecałych pięciu minutach jazdy. przejeżdżamy wielokrotnie strumienie, błota, jedziemy "drogą - strumieniem", na jednym z błotnistych podjazdów łapię uślizg i mało nie trącam zadupkiem babuni. Zdążyłem tylko usłyszeć z jej ust Jezu. Sam się najadłem strachu jak mną tak rzuciło.
To był po prostu pierwszy sygnał tego jak zachowuje się moja opona w błocie. Zabijała się momentalnie.
Kawałek dalej kolejna zarzutka - leżę w błocie. Na podjeździe mam dwa koła w sąsiadujących koleinach - boczkiem. Sam nie mogę podnieść motocykla więc czekam na wsparcie. Dwaj siłacze szybko postawili mnie do pionu. Wyjeżdżam. Patrzę na oponę - gliniany slick. U pozostałych widać wyraźne kawałki gum. Hmmm - czuję, że będzie ciekawie. Myślę sobie, że jak przegnę to będzie mocniejszy dzwon. Włączył mi się ogranicznik. I dobrze

Kawałek dalej zjazd. Widać, że jak mocniej popada to płynie tędy wartki strumień. Stromy kamienisty zjazd. Dopóki był kamienisty zjeżdżałem. Kawałek gliny i znowu leżę.
Czekam na pomoc. Tym razem pojawia się jeden osiłek Jankes. Tak też myślałem. Prędzej czy później będę im kulą u nogi. Chłopaki pojechali dalej
(z relacji smsowej: "Nam też szczęście nie dopisywało, rozwaliłem pokrywę sprzęgła na kamieniach i musieliśmy mocno improwizować żeby wrócić na kołach").Po podniesieniu kolosa chcę startować a tu gaz nie odbija. Myślę sobie - qrcze jeszcze i to a my jesteśmy gdzieś w u... d... Zjeźdżam - zatrzymujemy się aby uwolnić gaz (to tylko jedna śrubka).
Pytam Jankesa gdzie są klucze - w tej zabłoconej skrzyneczce. Otwieram pusta. A korciło mnie przed wyjazdem pytanie do Jankesa czy zabrać klucze, łatki do dętek i jakąś linę do wyciągania sprzęta. Nie zapytałem więc mieliśmy co sami sobie przygotowaliśmy.
Na górce widzimy kraza. Jedziemy - może właściciel posiada klucze. Niestety - nie.
Mkniemy dalej. Zajeżdżąmy w ślepy zaułek? Stromy podjazd z kawałkami drzew. Jankes zsiada z moto i szuka choćby ścieżki. Zawracamy. Kolejne dwa ślepe zaułki sprawdza sam. Po "drodze" strumienie, kamienie, błota, kałuże (po wjechaniu okazywało się czasem, że bardzo głębokie) - wszystko do czasu. Jedną z nich Jankes z bólem ale przejeżdża. Ja obieram tor jazdy ale mimo moich usilnych prób zjechania na lewo ściąga mnie w prawo. Grzęznę w bagienku - głębokość za kolanko. Tu właśnie przydałaby się lina. Męczymy, męczymy i po jakiś 15 minutach udaje nam się wydrzeć gada. Za tą kałużą następne dwie kałuże więc zawracamy. Jankes przejechał a po nim wycieczka na konikach. Po nich przeprawiam się i ja ale tuż za kałużą ległem w błocie.
Dalsza jazda wiodła przez podobne przeszkody. Pokonywaliśmy wszystkie aż do następnego mojego ślizga w błocie. Dojechaliśmy prawie na szczyt połoniny Równej/Runa jednak dalej nie było szans podjechać. Jankes z buta wyszedł na kosodrzewinę. Spojrzał na połoninę, zrobił penetrację terenu ale nie było szans przejechać czy dalej podjechać.
Zawracamy.
Zaliczam jeszcze jednego ślizga na błotku w tym samym miejscu co przed chwilą. To podnoszenie sprzęta wycieńcza masakrycznie.
Dalej byłem już bardzo uważny i ostrożny.
Dojeżdżamy do drogi asfaltowej. Po drodze przystanek na jakąś strawę i jazda dalej. Nagle na jednym z zakrętów leży Jankes między Vyshka a Lyuta. Ślizg na asfalcie nie wyglądał ciekawie. Ja widziałem tylko końcowe koziołki. Adrenalina jednak szybko podniosła mojego bohatera. Kiedy zobaczył, że wyciągam aparat to od razu chciał jechać dalej ale motocykl zebrał za dużo gleby z pobocza więc musiał go trochę oczyścić. Przed sporym uszczerbkiem uratował Jankesa pancerz, który miał pod modną koszulką. Modna koszulka też przetarta.
Po drodze spotykamy parę z Ustki jadącą na dwóch GS-ach. Miłe pogawędki, wymiana kontaktów i w dalszą drogę.
Teraz zdecydowanie wolniej dojeżdżamy do miejscowości Sil gdzie spędzamy noc w hotelu ze spa ...