Z dworca odbieramy Bognę, Bogdana i Seweryna. Goście wyglądają jak z ZZ Top.

Mają ze sobą wielkie bagaże, ale bus jest na tyle pojemny, że wszystko na spokojnie się mieści. Zaczyna robić się wesoło.

Mirmił, nasz kierowca pomaga jeszcze w zakupie akumulatora kumplowi, któremu zepsuł się motor. Następnie wyruszamy w stronę Mestia. Mamy min 2 godz. opóźnienia od wyjazdu chłopaków.
Mijamy piękny kościół z zapleczem, który osobiście zwiedzam, niestety brak danych o nim jakichkolwiek bo się nie zapisało i w internecie też się nie znalazło




Jadąc główną drogą mijamy Polaka na rowerze z przewieszoną flagą biało-czerwoną. Trąbimy na niego po czym zatrzymujemy się i wdajemy się w dyskusję. Okazuje się, że chłopak przejechał już ponad 3 tys. km i również jedzie do Mestii. Jest dobrze zaopatrzony w wodę i jedzenie. Pozdrawiamy, imienia niestety nie pamiętamy.

Po drodze mamy zaplanowane zwiedzanie zapory Enguri, która znajduje się na północ od miasta Jvari. Zostawiamy samochód przed szlabanem, od strażników dowiadujemy się, że nasi tu byli na motorach. Idziemy nad tamę, po drodze zbieramy jeżyny, które szybko lądują w naszych żołądkach. Pychota, mniam....
Zapora Enguri to druga pod względem wysokości zapora na świecie ma 272 metry wysokości. Wskutek wybudowania tamy powstało sztuczne jezioro, które zachwyca turkusowym kolorem, a zwłaszcza w słońcu wygląda pięknie. Mieści się tu również elektrownia wodna, której część znajduje się na terytorium Abchazji.






Następnie jedziemy wzdłuż rzeki Enguri. Nad górnym i środkowym biegiem tej rzeki rozciąga się kraina Swanów. Rzeka Enguri, wyżłobiła tu niezwykle wysokie wąwozy. Nurt jej jest bardzo gwałtowny a kolor szaro-popielaty.
Rzeka robi na nas ogromne wrażenie, wygląda tak jak u nas po obfitych opadach deszczu, a tam po prostu taka jest. Trzeba być bardzo ostrożnym, gdyż chwila nieuwagi może skończyć się tragedią. Z takiej rzeki już się po prostu nie wychodzi. Oprócz tego kryje w sobie drobinki złota, gromadząc na swym brzegu poławiaczy tego cennego minerału.



Marek z Wiktorem zjeżdżają co jakiś czas z głównej drogi, podziwiają inne widoki.


Im bliżej miejscowości Mestia, pogoda się zmienia, zostawiamy za sobą słoneczko i pomału wjeżdżamy w nisko zawieszone chmury, które stopniowo ograniczają nam widoczność. W końcu dopada nas ulewa. Na szczęście Marek z Wiktorem już dawno są na miejscu, więc nie są narażeni na zmoknięcie. Czekają na nas w pobliskiej "Cafe Bar Laila" popijając piwko





Mestia to stolica i największa miejscowość Swanetii. Jest tu co zwiedzać ale ze względu na późną porę zwiedzanie zostawiamy na dzień następny, ale jak widać na zdjęciach nocą Mestia wygląda bardzo interesująco. Dzisiaj pozostało nam już tylko poszukanie noclegu i zjedzenie pysznej kolacji.


Znajdujemy noclegi, zostawiamy rzeczy i na dobry początek wieczoru otwieramy dwie butelki wina, potem udajemy się do wspomnianego wcześniej baru. Wystrój w nim jest ładny i przytulny, jedzenie także bardzo dobre, a porcje słuszne i zdecydowanie warte swojej ceny. Niestety kiedy tam docieramy okazuje się, że nie ma dla nas miejsca w lokalu. Wieczorami odbywają się tu występy lokalnego chóru śpiewającego swaneckie piosenki a cappella. Mimo tego nie dajemy za wygraną i cierpliwie czekamy, aż się coś zwolni. Znajdujemy na zewnątrz i nie byłoby źle gdyby nie to, że wszystko było mokre od deszczu i sporo też się ochłodziło, ale na tyle jesteśmy głodni, że decydujemy się tu zostać.

Zamawiamy chinkali z mięsem i inne smakołyki oraz wino.

w oczekiwaniu na jedzenie śpiewa i przygrywa nam swanecki chór


