Bez zdjęć, ale za to słowo żywe

Krótka relacja z topienia Marzanny w Jarosławiu
Zaczęło się od tego, że Wojtek jeździł bez kasku, a potem pucował i tak czysty motocykl. To widomy znak, że wiosna, że trzeba się zbierać, bo Marzanna sama się nie utopi. Zgadaliśmy się i pojechaliśmy razem. Wojtek z Agnieszką, ja zgarnąłem po drodze Kociątko. Bystre oko sąsiada i moje zbyt pewne podparcie na motocyklu wykazały, że po zimie w tylnej oponie ubyło mi powietrza. „Zatankowaliśmy” trochę wiatru na najbliższej stacji i kierunek: Rynek w Jarosławiu. Pogoda wyśmienita, chciało się trochę poświrować na drodze, ale świadomość, że to pierwsza po długim czasie jazda (i to na łysej oponie) powstrzymywała od nierozważnych kroków. Na rynku było już sporo maszyn. Na moje oko między 2, a 3 setki. Właśnie eksponowana była Marzanna, Beata coś klarowała, ale jako że nagłośnienie nie było za głośne, mogliśmy powitać znajomych. Był Dzinio, Agatka, Mysza z Myszowatym, Edycja, Basia dumna ze swojej nowej maszyny, Lucynka, Bernadka, Tadeusz z małżonką (już bez motocykla) cały Klub Triumph Orły (czyli 3 sztuki) oraz wielu innych znajomych. Stamtąd udaliśmy się na miejsce czynu zbrodniczego (pod most), gdzie miała być spalona i spławiona Marzanna – symbol odchodzącej zimy. Nie była to najkrótsza trasa niestety. Całe miasto miało się dowiedzieć, że motocykliści witają wiosnę. Przy takiej liczbie motocykli jechaliśmy często operując sprzęgłem, przystając, nadganiając. Skrzyżowania nie były blokowane, więc prawidłowo jadące auta wciskały się między motocykle. Nie było to bezpieczne. Potem było już tylko lepiej. Mimo moich obaw, pod mostem wszyscy znaleźli miejsce do zaparkowania. Szybki rzut oka i już wiem, gdzie bym rozbił namiot. Niezupełnie bezpodstawne oględziny, bo przecież w terminie 19-21 czerwca odbędzie się tam zlot organizowany przez Motobajków. Na miejscu kolejne spotkania: między innymi z Violą, z Elcią, za Damianem (żółta trajka), był Super Dziadek z Szefową, parę słów zamieniłem z Tomkiem, który przywraca do życia Mikrusa… Nagłośnienie było perfekcyjne, grała orkiestra dęta, w ogóle było sympatycznie bardzo. Tym bardziej, że impreza nie ograniczała się tylko do podpalenia i wrzucenia do wody kukły. Organizatorzy zadbali o ogniska, muzykę, tańce, a także darmowy ciepły posiłek dla wszystkich chętnych. Kto chciał, mógł upiec sobie na ogniu kiełbaskę, harcerze, którzy wysprzątali przed imprezą teren, dbali o podtrzymanie ognia. Było bardzo sympatycznie, organizatorzy dołożyli starań i nakładów nie oczekując od nas nic ponad to, że przyjedziemy. Przed zmrokiem na parkingu znacznie się przerzedziło. I my odpaliliśmy maszyny. W Orłach mrugnąłem Wojtkowi i Agnieszcze awaryjnymi na pożegnanie i odwiozłem Myszę. Zaglądam już do kalendarza, kiedy i gdzie następne spotkanie