Aktualności: W związku obecnie obowiązującymi przepisami RODO prosimy o zapoznanie się z Polityka prywatności i Polityką cookies pod adresem https://www.radiator-mototurystyka.pl/polityka-prywatnosci/
Sierpień 11, 2020, 06:03:07 am


Autor Wątek: Do krainy wikingów  (Przeczytany 13133 razy)

Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 054
  • Karma: +48/-3
Odp: Do krainy wikingów
« Odpowiedź #45 dnia: Maj 25, 2017, 10:01:32 pm »
Cd. cz. 7



01.07.2016 - dzień 8 - piątek

10°C - leje !


Nasze lokum w Royken


Ciągle suszymy przeprane wczoraj rzeczy. Krzątanie, pogaduchy a po południu udajemy się pociągiem do Oslo. Dlaczego pociągiem? Bo taniej!  Ceny za parking w Oslo ponoć zabijają. Wierzymy na słowo.
Cena biletu to jedyne 32 zł od osoby w jedną stronę (około 35 km). Zapomniałem zapytać o ceny parkingu w Oslo.


Procedura kupowania biletu w automacie. Mając taki bilet, trzeba być wtajemniczonym. Można wsiadać tylko przez czarne drzwi.


Temperatura rośnie w stronę Oslo




Oslo
Zwiedzamy miasto:
- nowoczesną operę, której koszt budowy wyniósł ok. 4,4 miliardy NOK i jest największym obiektem kulturalnym, który powstał od 700 lat w Norwegii. Budowla symbolizuje lodowiec cielący się do morza (Oslofjord).










Wizualizacja opery


Zdjęcie ukończonego budynku

Dalej odwiedzamy pałac królewski, w którym władzę sprawuje Król Harald V a po drodze liczne rzeźby.


Młot Thora










Pałac królewski Haralda V


Rodzina królewska




















Mistrzostwa Europy w toku



Szukamy śladów wikingów, czyli wysokich, długowłosych i brodatych blondynów. Po długich poszukiwaniach, z ogromnym żalem i bólem stwierdzamy, że nie ma tu takich ! Za to dla odmiany jest tu sporo muzułmanów, murzynów, Cyganów i skośnookich.
W stolicy Norwegii nie ma śladu po wikingach ! Przykre ale prawdziwe.
Wracamy do bazy.


 
02.07.2016 - dzień 9 - sobota

13°C - błysnęło słońcem, za chwile leje ! Przestaje, leje i tak w kratkę.
Dzisiaj uroczysta impreza z okazji 40 urodzin. Trwają ostre przygotowania. Tort, sałatki, wędliny i % z kraju. Szykuje się najazd Polaków. Skoro wikingów już nie ma to mogą tu osiąść Polacy. Wyglądem z całą pewnością mogą ich zastąpić.



Przed imprezą zakupy w sklepie Kiwi - odpowiednik naszej Biedronki. Mamy piwo :-) Szybka kalkulacja i po przeliczeniu wychodzi nam 80 zł za 6 piw (sześciopak) w puszce. Morderstwo w biały dzień dla naszych zarobków. Nawet pracujący i zarabiający tu Polacy wolą przepłacane transporty z Polski, co i tak bardzo się opłaca. Biznes kwitnie a to z kolei powoduje trzepanie naszych na granicy.

Impreza w toku a za oknem całą dobę jasno !










 
03.07.2016 - dzień 10 - niedziela

15°C - słońce i deszcz na zmianę.


Jeszcze przed chwilą lało !



Spakowani, ruszamy w dalszą podróż przez kraj fiordów.

Cdn ...

Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 054
  • Karma: +48/-3
Odp: Do krainy wikingów
« Odpowiedź #46 dnia: Lipiec 05, 2017, 12:34:57 pm »
Cd. cz. 8



Koło południa zmierzamy na zachód, w końcu tam też musi być cywilizacja. Skąpani w słońcu chłoniemy wspaniałe widoki zmieniające się z każdym przejechanym kilometrem. Komfort jazdy kończy się wraz z pierwszym deszczem. Uprzednio zdążyliśmy zobaczyć kościół klepkowy w Heddal (Heddal stavkirke).










Rzeźby pod świątynią


Kawiarnia pod świątynią

Drewniana katedra uchodzi za największą budowlę tego typu w Norwegii. Powstała w 1242 roku. Posiada trzy wieże, 64 powierzchnie dachowe, portyk i apsydę. Wewnątrz bogato rzeźbiony tron biskupi i malowidła. Świątynia należy do Kościoła Norweskiego i jest głównym kościołem w okolicy.



Dalej, zmierzając w stronę Oceanu Atlantyckiego (Morza Norweskiego) wspinaliśmy się na większe wysokości, a co za tym idzie, z każdą minutą robiło się zdecydowanie chłodniej. Dowodem na to był pojawiający się śnieg. Krajobraz urozmaicały domki, niczym z bajki. Jedne w typowym norweskim malowaniu inne jakby stały na kurzej łapce. Na trasie sporo motocyklistów. Najciekawsze było to, że że pierwszy raz stykamy się z tak dużą liczbą współczesnych motocykli z wózkiem bocznym. Było ich tu na prawdę sporo.









Coraz bardziej okazałe wodospady, rwące i spokojne odcinki rzek, jeziora, pierwsze fiordy i ponownie domki z trawnikami na dachu przykuwały naszą uwagę. Bajeczny element tutejszego krajobrazu. Po prostu odpoczynek dla duszy.





















Zatrzymujemy się na chwilę w jednym z koryt rzecznych, przed którym znajduje się tabliczka z ostrzeżeniem ! Przepływ wylotowy wody może się gwałtownie zmienić. Z podobnym tematem zetknęliśmy się we Włoszech >>>.  To dowód na to, że gdzieś powyżej produkowana jest energia wykorzystująca spadek rzek. Góry są doskonałym miejscem na pozyskanie tego typu energii a Norwegia uchodzi za godny wzór do naśladowania. Właśnie TU w tym kraju produkuje się 98 % energii hydrokinetycznej (produkowanej za pośrednictwem spadku wód).
Nie bacząc na ostrzeżenia wjeżdżamy na dno skalnego koryta rzecznego. Z pozoru gładkie, a po wjechaniu dość spore wyboje wydrążone w litej skale przez rwące wody rzeki zmuszają do ciągłego zerkania i nasłuchiwania tego, czy czasami coś nie nadciąga z góry. Szybka ucieczka przed gwałtownie nadciągającą wodą byłaby wręcz niemożliwa.

Od tego momentu towarzyszyły nam piękne i surowe górskie krajobrazy. Skąpa roślinność, przeważające skały i zalane zagłębienia terenu komponują się w niesamowitą mozaikę. Na wąskich drogach dominują znaki ostrzegawcze "uwaga owce", które samopas wypełniają okolicę. Dużą część swojego czasu spędzają na asfalcie o ile uprzednio świeciło słońce. Nagrzane podłoże przedłuża im komfort przed nadchodzącą zimną białą nocą.











Mimo uprzednich opadów deszczu, widok chmur przed nami nie wróżył nic optymistycznego. Surowy krajobraz, niska temperatura w okolicach 6°C leci w dół z każdą kolejną minutą. Szybko zaczynamy odczuwać chłód, mimo tego, że słońce znajduje się jeszcze nad linią horyzontu. Do tego momentami zaczyna kropić deszcz ze śniegiem. W końcu zatrzymujemy się na chwilę aby odpocząć od naporu powietrza wychładzającego nasze organizmy. Parking wykorzystywany dość często o czym świadczą kamienie składane w piramidy. Na placu tablica informacyjna mówiąca o okolicznej atrakcji do której właśnie zmierzamy. W tym miejscu pokonujemy najwyższy punkt naszej trasy o wysokości 932 m.n.p.m. wiodącej do Lysebotn. Tu znajduje się krótka informacja o drodze zbudowanej w związku z rozwojem elektrowni trojańskiej, która jest przejezdna od maja do października.



















Po zejściu z motocykla, ku naszemu zdziwieniu robi nam się jeszcze chłodniej. Tu zapada decyzja, że czas najwyższy rozglądać się za miejscem na nocleg mimo tego, że nocy jakoś nie widać. Tak czy inaczej słońce schowało się już za linią horyzontu a jeśli nie to na pewno za chmurami i górami a w panujących aktualnie temperaturach spotkanie z kolejnym deszczem byłoby mało komfortowe. Jest na prawdę chłodno, temperatura 4 °C. Podążamy dalej w stronę Lysebotn rozglądając się za ustronnym miejscem. W końcu wypatrujemy kilka kamperów, zjeżdżamy trochę niżej i naszym oczom ukazuje się wspaniały widok na Jezioro Tjodanpollen. Pierwsze spojrzenie i rozumiemy się bez słów. "Ale piknie", jak mawiają górale. Tu dzisiaj nocujemy.





Przemarznięta Tamara od razu zabiera się za rozkładanie namiotu. Ja zauroczony miejscówką wyruszam na oględziny okolicy. Rozbici przy wjeździe do tajemniczego tunelu przysypanego grubą warstwą śniegu z wąskimi szczelinami, zamkniętego na blaszane drzwi, wypatruję zgromadzone drewno wraz z grillem. W razie czego jest coś na rozgrzanie tylko nic specjalnego na ruszt. Mamy jednak na uwadze, że w Norwegii nie wolno palić ognia otwartego. Nie trzeba się długo zastanawiać skąd taka lokalizacja znalezionego paleniska. Po prostu takie miejsca potrzebują odgrodzenia od wścibskich oczu. W tym przypadku barierą stałą się spora góra śniegu (firnu). Właśnie tuta, miedzy blaszanymi drzwiami a białą masą można skorzystać z tego co zabronione. Domysły skąd to drewno, wstrzymują nas od skorzystania z owej atrakcji. Może to miejsce na sporządzenie pasterskiego obiadu. Wokół słychać i widać mnóstwo owiec porozrzucanych w różnych odstępach od siebie. Jedna z dwójką młodych będąca najbliżej przygląda nam się bacznie. Gdy nasza uwaga skierowała się w ich stronę, w mgnieniu oka niczym kozice wspinają się w górę.









Dalsze rozpoznanie terenu i kilkanaście metrów od naszego obozowiska mamy czystą, zimną, źródlaną wodę. Z gór spływają liczne strumienie. Wszystko do poniższego jeziora, które jest zbiornikiem wody do produkcji energii. Na wyszukanych mapach >>> można dostrzec, że nasz zamknięty tunel to spora zagadka, mająca zapewne coś wspólnego z produkcją energii wodnej. Poniżej widoczna droga asfaltowa prowadzi do podziemnego pomieszczenia będącego zapewne kolejną częścią systemu do produkcji energii. Na mapie widać jak od jeziora rozchodzi się sieć podziemnych kanałów, znacznie gęstsza niż tutejszych dróg. Dzięki temu można dostrzec fenomen Norwegów, produkujących energię i wykorzystujących spadek wód.



Po wypiciu kilku gorących herbat przy kolacji, wszystko dla rozgrzania zziębniętych ciał, w naszą stronę zmierzają owce, które jeszcze przed chwilą uciekały przed naszym spojrzeniem. Widok kolacji chyba jest im dobrze znany. Dochodzi północ a im harce w głowie. Przyszły na żebry. Chleb był mocno rozchwytywany a gładzenie po pysku stało się dla nich przyjemną rozrywką. W końcu robi się na tyle zimno, że czas wbić się w śpiwór. Na zewnątrz półmrok, dzwonki panoszących się owiec i jak tu zasnąć ?



Cdn.

Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 054
  • Karma: +48/-3
Odp: Do krainy wikingów
« Odpowiedź #47 dnia: Wrzesień 17, 2017, 12:48:13 pm »
Cd. cz. 9

     
 
04.07.2016 - dzień 11 - poniedziałek

Jak na środek lata, było naprawdę zimno. Temperatura w okolicy 4°C. Dobry namiot i śpiwory to podstawa. Brak prawdziwej nocy dezorientuje. Przy każdym przebudzeniu spoglądamy na zegarek aby wiedzieć czy to już koniec nocnej drzemki. O tym fakcie daje nam znać mocne przejaśnienie. Czyżby przebijało się słońce ? Tak to słońce przebija się przez chmury co daje nam możliwość podsuszenia namiotu.











Kochamy śniadania w tak pięknych okolicznościach przyrody jednak owce pozbawiły nas prowiantu podczas białej nocy. Delektujemy się jedynie gorącym napitkiem, sami w ciszy i spokoju. Jedynie dzwoniące żebraki sygnalizowały swoją obecność.





Szaleństwa na śniegu świadczą jedynie o klimacie tego miejsca. Skąpa roślinność, brak drzew, dominujące skały nad zielenią i spływające do jezior wody z topniejących śniegów to wspaniała sceneria dla naszych zmysłów. Mogłoby być nieco cieplej, jednak każde miejsce ma swój niepowtarzalny klimat. Nasze rozmyślania przerywa nadciągająca ciemna chmura. Trudno wyczuć czy deszczowa, czy śnieżna. Pakujemy się sprawnie i ruszamy w stronę Lysebotn.



Byliśmy blisko tej kultowej drogi dla motocyklistów >>> więc szybko znaleźliśmy się u celu.
Dlaczego kultowej ?
Wszystkie strome i kręte ścieżki są dla motocyklistów drogami wartymi zobaczenia. 32 widowiskowe zakręty, duża różnica wysokości około 900 metrów, średni spadek 8,5 % z nawrotem w tunelu to prawdziwa gratka dla każdego posiadacza jednośladu. Wprawdzie wspaniały widok szpeci idąca w dół stoku linia energetyczna ale ujęcie z powietrza lub drugiego stoku fiordu są bardzo imponujące. Jak w większości tego typu miejsc, im wyższa roślinność tym mniejsze doznania z jazdy. Musimy przyznać, że rosnące wzdłuż drogi drzewa przysłaniają sporą część wspaniałych widoków. Po zachodniej stronie naszego traktu słychać wodospady z widocznym oczkiem wodnym. Wody z topniejących śniegów, gromadzące się w jeziorkach spływają wprost do słonych wód Lysefjorden (jasny fiord). To właśnie jasne skały granitowe budują strome, niemal pionowe zbocza wyżłobione ostatecznie w plejstocenie przez masy osuwającego się lodu a później zalane wodami z topniejących lodowców. Skaliste klify wznoszące się na ponad 1000 metrów tworzą wspaniałą scenerię tego miejsca. Wzdłuż fiordu o długości 42 kilometrów i głębokości 422 metry (najgłębsze miejsce), znajdują się zaledwie dwie osady - miasteczko Forsand oraz wioska Lysebotn, w której przyszło nam właśnie gościć. Dojechać tu można jedną, za to spektakularną drogą. Nieprzyjazny klimat, który pokrótce scharakteryzowaliśmy (pamiętając, że jest środek lata) sprawia, że okolice są słabo zaludnione a głównym środkiem komunikacji są tutaj łodzie. To jednak nie droga przyciąga tutaj tłumy turystów.  Wzdłuż jednego z piękniejszych norweskich fiordów znajdują się dwa popularne miejsca wycieczek - szczyt Kjerag (1100 m n.p.m.) oraz znajdujący się po przeciwległej stronie fiordu klif Preikestolen.









Oprócz spektakularnej drogi przywiodły nas tutaj wspomniane wyżej miejsca. W informacji turystycznej dowiadujemy się, że prom z Lysebotn do Forsand odpływa dwa razy w ciągu doby, tj. o godz. 12:00 i 18:00 i kosztuje około 370 zł. Posiadając tą wiedzę wyruszamy w drogę powrotną w górę klifu do restauracji Øygardstølen, skąd wiedzie najprostsza droga prowadząca na szczyt Kjerag. Na szczyt wiedzie dość trudna droga, której pokonanie pieszo zajmuje około 2,5 - 3 godzin (w każdą ze stron). Startujemy z wysokości 640 m n.p.m. aby zagościć u naszego kuzyna głaza Kjeragbolten (objętość 5 m³), który jest zaklinowany w szczelinie skalnej nad przepaścią sięgającą 984 m. Uprzednio mieliśmy nadzieję na doładowanie baterii (śniadanie) i kaloryczne zakupy przed pieszą górską wycieczką. Odnotowaliśmy jednak brak sklepu a ceny w restauracji zabijają. Przed nami jeszcze dość ambitny plan dalszej podróży, więc zagryzając zęby i wspinamy się w góry bez prowiantu.









Przed nami trzy strome podejścia po granitowym podłożu. Wspinamy się dość sprawnie. Miejscami wsparciem są łańcuchy zamontowane w skałach, na nich znajdują się również oznaczenia szlaku pieszego. Z każdym krokiem widoki robią się bardziej spektakularne. Zaskakują nas szybko przemieszczające się chmury. W pewnym momencie robi się całkowicie biało. W jednym momencie zaczyna padać deszcz ze śniegiem. Poruszając się pieszo, kompletnie nas to nie rusza. Martwi jednak fakt, że widok z tego urokliwego miejsca będą zasłaniać chmury. A celowo przybyliśmy tu przed południem aby wstrzelić się w dobrą pogodę.





















Wspinając się wyżej i wyżej, przechodzimy przez pola śnieżne, aż w końcu docieramy do szczytu Kierag a kilkaset metrów dalej naszym oczom ukazuje się Kjeragbolten zaklinowany w szczelinie skalnej kuzyn głaz. Uskok z przepaścią sięgającą 984 m. Niestety chmury przysłaniają nam imponujący widok na błękitne wody Lysefjorden. Liczymy więc na odrobinę innego szczęścia, gdyż można tu usłyszeć specjalny efekt akustyczny. Występuje jedynie przy wschodnim wietrze, który musi wiać z określoną siłą i jest nim huk podobny do strzału, któremu towarzyszy efekt wizualny w postaci obłoczku. Niestety nic z tych rzeczy z wyjątkiem wszechobecnego dymu. Gęsta chmura utrudnia nam nawet wykonanie wyraźnego zdjęcia w momencie kiedy udaje nam się wejść na zaklinowany głaz.
Przyznaję, że patrząc w szczelinę przed wejściem na ten wielki głaz dopada nas niepokój i targają nami dziwne emocje. Wielu przybyszów wchodzi z asekuracją w postaci liny, duża część z nich definitywnie rezygnuje z tej przyjemności.









Lęk wysokości nie jest naszym bratem więc głęboka szczelina nie jest taka straszna. Emocje i rozterki rosną do granic możliwości po odwróceniu się o 180°. Odwróceni od ściany, patrzący w stronę fiordu stajemy twarzą w twarz z otwartą przestrzenią na wysokości 1 km. W tej pozycji nogi stają niczym wmurowane, jakby głaz zjednoczył się z głazem. Na szczęście to tylko chwilowe, pierwsze uderzenie. Twarz smaga umiarkowany wiatr i te chmury, w które chciałoby się rzucić niczym w miękki puch.













W tym miejscu warto dodać, że ów uskok jest bardzo popularnym miejscem BASE jumpingu. Skakało z niego ok. 30 tys. śmiałków. Niestety wiele z nich z różnym efektem. Tylko do roku 2005 zanotowano co najmniej 76 wypadków (upadek ze skały w szczelinę), a 9 skoczków pogoń za adrenaliną przypłaciło życiem. Patrząc na same filmy z BASE jumpingu adrenalina skacze mi bardziej niż przy wejściu na Kjergbolten.

Jakby nie było, każdy ma jakieś słabości. Póki co nie odważyłbym się na taki skok bez uprzedniego szkolenia. Dobrze wiedzieć, że na świecie jest ogrom ludzi, którzy nie mogą żyć bez kolosalnej dawki adrenaliny. Lubię nowe wyzwania ale mnie na pierwszy rzut oka przechodzą ciarki. Inaczej wyglądają skoki z samolotu. Ta bliskość skał jest naprawdę niepokojąca. Mocny i niespodziewany podmuch wiatru może zamienić życie w pył a skok w chmurę bez widoczności to ekstremalne ryzyko.

Filmy z BASE jumpingu

2011 rok


2012 rok


2016 rok


2017 rok


Po ogromnej dawce adrenaliny, w naszym przypadku niewielkiej, wymieniamy się emocjami jakie towarzyszyły nam przy wejściu na kuzyna głaza. Potwierdzamy te same fakty, nieco wyślizgana powierzchnia kamienia a przy obrocie twarzą w stronę fiordu nogi nieco się usztywniają. Ciarki przechodzą, kiedy jesteśmy świadkami braku stabilności osób bojących się a mimo wszystko wychodzących na głaz. Śmiało można je podać jako przypadki o krok od dramatycznych przeżyć.

...

Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 054
  • Karma: +48/-3
Odp: Do krainy wikingów
« Odpowiedź #48 dnia: Wrzesień 17, 2017, 12:48:43 pm »
...

Kolejne emocje dopadają nas chwilę po zejściu z Kjeragbolten. Nagłe przejaśnienie i naszym oczom ukazał się błękit fiordu. Nawet nie zdążyliśmy dojść do kolejki chętnych do wejścia na głaz i w mgnieniu oka napłynęła kolejna chmura. Zdążyliśmy tylko uwiecznić szczęściaża tego chwilowego przejaśnienia.





Ogarnęła nas wszechobecna biel a przejrzystość powietrza stała się jeszcze mniejsza. Dodatkowo zaczął padać deszcz przechodzący w deszcz ze śniegiem.
Poruszając się w odzieży motocyklowej miałem komfort założonej membrany pomijając inne mankamenty. Brak kasku, który byłby zbędnym balastem zastępuję workiem na śmieci aby choć trochę uchronić głowę przed zimnym prysznicem. Opady były na tyle obfite, że zanim zdążyłem nałożyć worek ochronny na głowę, pierwsze strugi wody zdążyły spłynąć aż do slip. Tamara najzwyczajniej zakłada kaptur bluzy co okazało się tylko chwilową ochroną.









Po zejściu poniżej linii wędrujących chmur Wióreczkowi daje się we znaki brak energetyków. Z tego powodu częściej łapiemy oddech niż podczas wspinaczki.

Dla zainteresowanych umieszczamy zdjęcie opłat parkingowych pod restauracją Øygardstølen.
Opłaty nie dotyczą godzin nocnych, gdzie obowiązuje zakaz kempingowania(odzwierciedlenie cen w Norwegii).



Ceny za parkowanie są uzależnione od kursu walut.
Opłaty jednostkowe w zależności od rodzaju pojazdu - obowiązują do 2 godzin parkingowych:
- motocykle - 60 NOK - około 27 PLN
- samochód osobowy/kamper/autobus - 150 NOK - około 68 PLN
W przypadku braku zapłaty lub zgubionego druku parkingowego - 300 NOK - około 136 PLN.

Podczas drogi powrotnej przedyskutowaliśmy temat płynięcia promem do Preikestolen stwierdzając, że położony dużo niżej widowiskowy stół wywiera na nas mniejsze wrażenie a nasze łaknienie strawy wzrasta z każdą minutą. Oczekiwanie do godziny 18:00 na prom + rejs to dzień bez jedzenia w ustach a do tego brak odpowiedzi czy w Forsand znajdziemy otwarty sklep.

Na początku musimy przebyć tą samą drogę aby skierować się na północ, tam też musi być cywilizacja. Podziwiamy kolejne niezwykle urocze domki w skandynawskim stylu. Najczęściej malowane są na czerwono, niebiesko, żółto lub biało.





Kolorystyka drewnianych domów zależna była od:
- sytuacji finansowej właściciela,
- położenia,
- profesji.

Czerwony = "najtańszy". Skład farby to ogólnodostępne produkty wiosek rybackich (rybaków), czyli krew i tłuszcz ryb lub innych zwierząt.
Żółty = farba wykonywana z trudniejszych do zdobycia produktów była nieco droższa. Powstawała z mieszaniny ochry i oleju.
Biały = najdroższa opcja malowania. W krainie wszechobecnego granitu wapienie i wapno produkt deficytowy. Praktycznie nie występuje w Skandynawii. To wizytówki majętności właściciela. Dawniej dla rodzimych Skandynawów kolor domu był tak istotny, że niektórzy malowali tylko frontową ścianę na biało, a pozostałe na czerwono.

Drewniane budynki z małymi i skromnymi pokoikami, małymi oknami, stromym dachem i paleniskiem/piecem w centralnej części domu miały za zadanie utrzymać ciepło i komfort termiczny.

Trawiaste dachy
Dawniej powszechne i celowe działalnie. Dach wykonany z  kory drzewa i obłożony darnią. Doskonale sprawdzało się to w termoizolacji. Dziś ta praktyka powoli wykorzystywana jest także w wielu innych krajach. Takie dachy zaczynają być po prostu modne.

Na koniec wywodu warto dodać, że aktualnie stare i małe rybackie domki są stopniowo nabywane przez mieszkańców dużych miast i służą jako odskocznia od wielkomiejskiego zgiełku lub wynajem dla turystów.







Po przejechaniu kilkuset kilometrów w zmiennej pogodzie jedziemy wzdłuż rwącej i czystej rzeki, która zasilana jest wodami z bardzo atrakcyjnych wodospadów. Niespodziewana chmura kropel wody przebijającej się z impetem nad drogą i znajdujemy sie pod jednym z najbardziej okazałych a zarazem znanych wodospadów w Norwegii.
Låtefossen - to zapierająca dech w piersi kaskada o wysokości 165 metrów. Z mieszczącego na górze Jeziora Lotevatnet dwoma odnogami spływają bezpośrednio dwa strumienie łącząc się ponownie pod kamiennym mostem drogi krajowej nr 13. Ten cud natury jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w Norwegii. Impet spadającej i kotłującej się wody jest tak wielki, że nawierzchnia na pobliskim moście jest zawsze mokra. Jadąc motocyklem natrafiamy na coś w stylu chmury uderzającego deszczu. Woda rozbijana w drobiny atakuje pojazdy i pieszych niczym nieustannie padający deszcz. To prawdziwie orzeźwiające doznanie.








Wodospad kilkaset metrów przed Latefossen





Dalsza jazda wzdłuż spektakularnej rzeki i kolejne wodospady oddają specyficzny klimat tego miejsca. Przejrzystość wody może być łudząco zdradliwa. Wydawałoby się, że dno jest w zasięgu naszej dłoni. Nic bardziej mylnego. Wartka rzeka mimo naszych usilnych prób z całą pewnością nie pozwoli  nam go dotknąć.







Po dotarciu do kolejnego fiordu Handargenfjord naszym oczom ukazuje się ciężka granatowa chmura. W mgnieniu oka słoneczna pogoda zamienia się w potężną ulewę. Deszcz jest tak intensywny, że w w przeciągu kilku sekund przemakamy do suchej nitki a dalsza jazda możliwa jest z bardzo znikomą prędkością. Wzdłuż drogi brak jakiegokolwiek zadaszenia. Ostatnie, a zarazem jedno z niewielu jakie widzieliśmy do tej pory w Norwegii znajdowało się pod wodospadem Latefossen. Chwilowym ratunkiem okazał się tunel, którym drogą krajową nr 13 wjeżdżamy na wiszący most Hardanger - najdłuższy most wiszący w Norwegii i trzeci w Europie o długości 1380 m, przebiegający nad fiordem o głębokości 1000 metrów (1 km) w tym miejscu. Droga znajduje się 55 metrów nad lustrem wody umożliwiając żeglugę statkom i promom.

Po wjechaniu na most z powrotem atakuje nas potężna zlewa a na domiar złego silny i porywisty wiatr. Po prostu wymiękam. Nic nie widać, rzuca mną jak liściem na wietrze a do tego zarówno w tunelu jak i na moście nie można się zatrzymać. Brak jadących samochodów sprawia, że nawracam na moście łaknąc powrotu do ciepłego i bezwietrznego tunelu. W jednej chwili zapada szybka decyzja szukania miejscówki na nocleg. W niewielkiej odległości od tunelu znajdujemy starą nieużywaną drogę, na której szybko rozbijamy swój obóz. W międzyczasie deszcz osłabł, co nie zmieniło naszej decyzji. Kilkanaście metrów dalej z góry spływa wodospad dostarczając nam świeżej i czystej słodkiej wody. Kilkanaście metrów dalej wpada do tego głębokiego fiordu ze słoną wodą. Mamy stąd piękny widok na fiord i most, którym jeszcze przed chwilą chcieliśmy przejechać na drugą stronę.





W takich momentach, zziębnięci, przemoczeni oddajemy się naszemu codziennemu rytuałowi - dogrzewamy się przez parzenie kilku herbat pod rząd. Kolejna mokra i biała noc przed nami.

Cdn...

Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 054
  • Karma: +48/-3
Odp: Do krainy wikingów
« Odpowiedź #49 dnia: Listopad 27, 2017, 05:23:32 pm »
Cd. cz. 10


 
05.07.2016 - dzień 12 - wtorek







Jeszcze przed chwilą padał deszcz do czego już przywykliśmy. Towarzyszy nam każdego dnia podczas motocyklowej podróży. Z niechęcią wygrzebujemy się z ciepłych śpiworów a po wyjściu z namiotu zaskakuje nas częściowo suchy asfalt. Rozglądając się wokół niepokoi nas ilość chmur już od samego rana. Spoglądając na pobliski wiszący most Hardanger udajemy się na poranną toaletę do naszego baseniku, który kilka metrów dalej wpada do słonego fiordu. Śniadania w tak pięknych okolicznościach przyrody przypadły nam do gustu i tego się trzymamy. Tu warto wspomnieć o specyficznej wolności w Skandynawii, z  której korzystają mieszkańcy oraz turyści.





Allemannsretten (swe. Allemansrätten, fin. Jokamiehenoikeus) - to stare prawo z 1957 roku obejmujące wszystkich ludzi i mówiące, że każdy człowiek ma prawo do korzystania z natury. Gwarantuje wszystkim równy dostęp do przyrody oraz przejście/przejazd przez nieużytki (pieszo lub na nartach w okresie od 15 października do 30 kwietnia) z poszanowaniem farmerów i właścicieli terenów. Wszystko wynika z przekonania, że człowiek jest integralną częścią przyrody, zaś cywilizacja ma z nią współistnieć, a nie rywalizować.
Z tego prawa korzystamy podczas całej naszej podróży, pamiętając o najważniejszych zasadach obcowania z przyrodą, bez względu na kraj w jakim się znajdujemy. Najważniejsze jest to, aby po opuszczeniu miejsca dzikiego biwakowania nasza wizyta pozostała praktycznie niezauważona.

Allemannsretten
CO WOLNO:

- rozbijać obozowiska;
    - w dowolnym miejscu w górach lub na innych przestrzeniach,
    - na terenach z zabudową zachowując minimum 150 metrów odległości od najbliższych budynków (1 noc, powyżej należy zapytać właścicieli o możliwość dłuższego pobytu),
- organizować pikniki niemal w każdym miejscu,
- kąpać się w morzu, rzekach, jeziorach (z wyjątkiem ujęć wody pitnej),
- spacerować po wybrzeżach, szlakach górskich,
- jeździć na nartach,
- przechodzić pieszo lub na nartach przez nieużytki oraz grunty uprawne zasypane śniegiem w okresie od 15 października do 30 kwietnia,
- zbierać owoce runa leśnego; wyjątek stanowi moroszka (malina nordycka), będąca narodowym przysmakiem Finladii (lakka), (swe. hjortron, nor. multe lub molte),
- wędkować w wodach słonych bez ograniczeń.

Allemannsretten
CZEGO NIE WOLNO:

- rozbijać obozowiska w miejscach oznaczonych no camping,
- naruszać prywatności właścicieli terenu i innych jego użytkowników,
- hałasować i zakłócać spokoju zwierząt,
- śmiecić, niszczyć przyrody - widząć zaśmiecony teren powinniśmy go uporządkować z troski o wspólne dobro,
- rozpalać ogniska w lasach lub pobliżu terenów leśnych w okresie od 15 kwietnia do 15 września,

Źle postrzegane jest nocowanie w samochodzie przy schroniskach, przy drodze i w zatoczkach.



Wyruszamy w dalszą podróż wzdłuż Handargenfjord do miejscowości Eidfjord w poszukiwaniu norweskiego cmentarzyska wikingów. Brak jednolitej informacji uzyskanej od tubylców sprawiła, że odpuszczamy dalsze błąkanie się  po okolicy. Mimo porannych chmur i deszczu słoneczna pogoda przy spokojnych wodach fiordu jest niczym bajeczne odbicie kadrów z władcy pierścieni. Do tego naszą uwagę przykuły miejscowe drzewa, których konary ubrane były w kolorowe włóczkowe wyroby.
W jednej chwili nasze oczy ucieszył wspaniały obraz obowiązującego tu zwyczaju Allemannsretten. Widok namiotu rozbitego nad brzegiem fiordu w pobliskim sąsiedztwie budynku to miód na nasze serca.







Pogodny i słoneczny dzień przypalił naszą trzeźwość umysłów i nie wiedzieć czemu, mijamy most Hardanger, który miał być dalszą drogą na północ. Takim oto sposobem oślepieni niczym cyklop, przejeżdżamy ponownie pod słynnym wodospadem Låtefossen. Kilkadziesiąt kilometrów dalej łapiemy się na błędzie w nawigacji. Nie ma to, jak przejechać po raz trzeci pod tą wspaniałą kaskadą z uczuciem powiewu rześkości.
Te zawirowania sprawiły, że most Hardanger przejeżdżamy ponad 3 godziny później.

W dalszej drodze na przeszkodzie płynne jazdy staje szlaban. Remonty dróg w Norwegii podobnie jak w wielu innych krajach odbywają się w okresie letnim. Widzieliśmy już wcześniej rogatki występujące wzdłuż dróg. Teraz poznaliśmy ich przeznaczenie. Podczas prac remontowych za ich pomocą wstrzymuje się ruch. Stoimy w miejscu około godziny a przy tym miły "Pan Stójkowy" informuje nas o przebiegu prac i przewidywanym czasie udrożnienia ruchu. Informuje również o opcjonalnym objeździe, na który trzeba poświęcić nieco więcej czasu. Czas plonów w Norwegii jest nieco opóźniony w stosunku do Polski a to daje nam dodatkową przyjemność. Owocująca obok wiśnia z widokiem na fiord umilała nam czas postoju.





Słodki czas świeżo przesuszonych ubrań ponownie został przerwany przez prześladujący nasz deszcz. Szkoda słów. Jak widać, nic nie trwa wiecznie. Skąpani w deszczu docieramy do wodospadu Skjervsfossen. Tutaj w punkcie obsługi podróżnych zastajemy grupę rowerzystów z Polski, chroniącą się przed opadami w toaletach umiejscowionych nad brzegiem rzeki. Z przeszklonego wychodka, na wyciągnięcie ręki są rwące wody zmierzające do pobliskiego wodospadu. Planowany postój chcieliśmy wykorzystać jako miejsce do sporządzenia posiłku, jednak kapryśna pogoda pokrzyżowała nasze plany. Po raz wtóry z ust Tamary pada hasło towarzyszące nam bardzo długo podczas podróży "co za tumany robią ławki bez zadaszania, wiedząc, że tu codziennie pada".  Nie bacząc na opady udajemy się na przegląd okolicy wodospadu. Właśnie tu udało nam się udokumentować chwilę, że kiedy świeci słońce, mimo wszystko pada deszcz.











Jadąc krainą tysiąca wodospadów ciągnących się kilometrami docieramy do najdłuższego fiordu w Norwegii a drugiego na świecie - Sognefjord (Sognefjorden) o długości 203 km. Najdłuższy fiord na świecie Kangertittivaq (Scoresby Sund) znajduje się na Grenlandii i ma długość  350 km. Sognefjord posiada liczne rozgałęzienia. Największa głębokość to 1308 m p.p.m. a szerokość waha się od 1,5 do 6 km. Ów fiord jest jedną z najczęściej wykorzystywany scenografii filmowych. Trudno opisać ogromne przestrzenie tego miejsca. Jedyne porównanie mogące oddać odrobinę przestrzeni widocznej przed nami, to jedenastopiętrowy prom, wyglądający niczym kruszynka chleba odpadła na stół z pożeranej kanapki.



























Punkt widokowy w Aurland to miejsce, w którym warto zatrzymać się na chwilę wjeżdżając na Śnieżną Drogę (Snøvegen lub Aurlandsvegen). Stegastein to najpiękniejsza platforma widokowa w Europie (wg sieci telewizyjnej CNN). Jej nowoczesny projekt i wspaniałe widoki rozciągające się z wysokości 650 metrów nad lustrem wody przyciągają turystów niczym pszczoły do plastra miodu, gwarantując piorunujące doznania krajobrazowe przy bezchmurnej pogodzie. Tu zaczyna się nasza kolejna przygoda. Śnieżna Droga to kolejny szlak, na którym już jesteśmy i kierujemy się coraz wyżej. Motocykliści wyraźnie rezygnują z dalszej wspinaczki w górskimi serpentynami, na teren pokryty śniegiem nawet w środku lata. Wszystko ze względu na panujące tu temperatury. My oswojeni już z tutejszym klimatem, temperaturami, codziennymi deszczami, doświadczamy, że mimo białych nocy, wieczorami mocno się wychładza. Tak jest i teraz. Z każdym kilometrem robi się coraz chłodniej, aż przeszywający ziąb daje się nam mocno we znaki. Temperatura oscyluje w granicach 0 °C mimo, że do wieczora jeszcze daleko.

Śnieżna Droga prowadzi przez górski grzbiet z Aurland do Lærdal, miasteczka zlokalizowanego nad inną odnogą Sognefjord. Dominujący śnieg z licznymi jeziorami są niczym pustynia lodowa z przegryzającymi się skałami i roślinnością. Z drogi na wysokości 1300 m n.p.m. rozciąga się surowy krajobraz na ośnieżone szczyty gór osiągające wysokość 1500 m n.p.m.  Wszystko w temperaturach 0-3 °C. Górskie jeziora, sporadycznie występujące gospodarstwa, zmieniające się kolory z dominującą bielą, zaskakują swoimi kontrastami. Kilkadziesiąt minut wcześniej przewaga zieleni w połączeniu z błękitnymi wodami fiordu zachęcały do kąpieli w słonej wodzie. Kilkaset metrów wyżej, odmieniony krajobraz z jeziorami skutymi lodem lub krą lodową, zachęcają do kąpieli jedynie morsów. Na przekór faktom zamiast sprawdzić temperaturę wód fiordu, zaczynam igrać z zimnymi wodami jezior aby zobaczyć podwodny obraz gór lodowych. Podczas dalszej jazdy dodatkowe ochłodzenie organizmu dawało się ostro we znaki aż do momentu opuszczenia górskiego grzbietu.





















Przyjemne ciepło, o ile temperatury w okolicy 10-13°C można nazwać komfortem w podróży motocyklowej, pozwoliło na szybkie odzyskanie sił witalnych. Z Lærdal szybko dojeżdżamy do kolejnej atrakcji na naszej trasie - kościół klepkowy w Borgund (Borgund stavkirke). To jedyny klepkowy (słupowy) kościół Norwegii, który dotrwał do naszych czasów w nienaruszonym stanie. Właśnie z tego względu stanął na naszej liście podróżnej, jako żelazny punkt do odwiedzenia.
Kościół klepkowy (stavkirke) - to nazwa szczególnego rodzaju drewnianych kościołów norweskich, wznoszonych od X do XIII w., w czasach gdy wiara chrześcijańska mieszała się z wierzeniami w pogańskich bogów wikińskich. Kościoły te należą do najstarszych drewnianych zabytków Europy.
Źródło: wikipedia












Po uprzedniej wizycie w kościele klepkowym w Heddal jest to drugi obiekt tego typu odwiedzony w Norwegii. Wybudowano ich około 1000, z czego do naszych czasów zachowało się kilkadziesiąt. Jeden z nich znajduje się w Polsce. Kościół Górski Naszego Zbawiciela (Kościół Wang lub Świątynia Wang - więcej z historii >>>)
znajduje się w Karpaczu. Pierwszy raz miałem przyjemność oglądać go w 1998 roku, podczas trasy motocyklowej dookoła Polski z forumowymi Sleyerkami, motocyklowym jeszcze Hieną oraz moim szwagrem Jankesem.


Przekrój konstrukcji kościoła słupowego

Świątynia Wang wybudowana na przełomie XII i XIII wieku, z sosnowych bali w miejscowości Vang w południowej Norwegii, kupiona przez Niemców ostatecznie znalazła się w Polsce. Obiekt uważany jest za najstarszy drewniany kościół w Polsce.
Części wspólne wymienionych świątyni
Przyglądając się trzem kościołom klepkowym w Borgund, w Heddal i w Karpaczu, oprócz części wspólnych związanych z charakterem budowli, łączy je dodatkowy nierozłączny element. Wszystkie trzy świątynie otaczają cmentarze. Szukając podobieństw wśród różnych odłamów chrześcijan, taki zwyczaj panuje w obrządku greko-katolickim. Stare cerkwie także otaczają cmentarze.





Powoli opuszczamy teren kościoła klepkowego w Borgund bijącego spokojem. Przyglądamy się jeszcze pobliskiej dzwonnicy, nowszemu drewnianemu kościołowi oraz małej drewnianej stodółce pokrytej roślinnością. Tu zyskujemy odpowiedź na pytanie, jak wykonuje się dachy tego typu, starymi metodami.



Na koniec fotografujemy reklamowaną w tym miejscu starą drogę Vindhella (Vindhelleveien (Lærdal)) między Kyrkjevoll i Husum, która podlega ochronie przez narodowy plan ochrony dróg, mostów i drogowych zabytków kultury >>> . Początkowo wybudowana droga, była zbyt stroma nawet dla koni. Wielokrotnie przebudowywana w celu przystosowania do ruchu samochodowego, ostatecznie zamknięta dla ruchu drogowego w 1971 roku.

Wracamy w stronę Aurland do wspaniałych wodospadów. Tym razem korzystamy z najnowszej opcji drogowej przeprawy między Lærdal i Aurland, wybudowanej dla skrócenia podróży między miastami Oslo i Bergen. Nasza trasa prowadzi przez najdłuższy drogowy tunel świata łączący wspomniane miasta. Całkowita długość Lærdal tunnelen to 24510 metrów. Pierwsze prace nad konstrukcją rozpoczęto w 1995 roku i zakończono pięć lat później. Budowa kosztowała 2 miliardy NOK i uchodzi za jeden z najbezpieczniejszych tuneli na świecie mimo, że nad nim górują szczyty o wysokości około 1700 metrów. Dla wygody kierowców podzielony został na cztery odcinki. Co 6 km, znajdują się trzy poszerzenia tworzące ogromne jaskinie, ze specjalnym fioletowym oświetleniem. Długie korytarze oświetlone na żółto, mają sprawiać wrażenie wschodu słońca. Na całej podziemnej trasie znajduje się 15 punktów zawracania oraz pełny monitoring.



Jazda tak długim tunelem może być uciążliwa dla klaustrofobików. Uciążliwe spaliny dają się we znaki w każdym tunelu.









W mgnieniu oka powracamy do krainy tysiąca wodospadów. Dość sprawnie znajdujemy miejsce na nocleg przy głośnej i rwącej rzece. Czerpanie wody do picia i kąpieli, pokazało nam jaki głaz jest malutki, zderzając się z siłą wody. Co chwilę dochodzą do nas odgłosy przetaczanych mas skalnych na dnie. Zawsze czujemy respekt do żywiołów. Kąpiel w tej rzece to zbyt wielkie ryzyko. Za to nocleg z widokiem na kilka wodospadów, to kolejny hotel pod niezliczoną liczbą gwiazd. Stwierdzam, że ten wspaniały zwyczaj Allemannsretten został stworzony właśnie pod nas. W takich miejscach wszystko smakuje inaczej - lepiej.

Cdn.

Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 054
  • Karma: +48/-3
Odp: Do krainy wikingów
« Odpowiedź #50 dnia: Luty 01, 2018, 10:11:51 am »
Cd.

Cd. cz. 11


   
06.07.2016 - dzień 13 - środa
Noc z grzmiącą wodą rwącej rzeki Hyllandsvatnet minęła spokojnie. W takich warunkach praktycznie nie słychać szelestów zwierzyny grasującej nocą. Żadnych dodatkowych odgłosów tylko szum wody. Noc w takich warunkach uspokaja, do tego po wyjściu z namiotu ten wspaniały widok wodospadów.





Chwilę później znajdujemy sie na stacji benzynowej, gdzie spotykamy dwóch Norwegów na motorowerach. Tak jak my, za punkt docelowy obrali Nordkapp.



Droga przez Vik do Vangsnes jest urokliwa ale jak porównać wspaniałe widoki, które co chwilę przebijają te widziane uprzednio. Sięgające nieba wysokie ściany zmieniają się w bardziej rozległe przestrzenie. Bajkowy krajobraz towarzyszy nam na każdym kroku. Wypasane krowy na tle serpentyn pnących się w górę przy wodospadzie, domki kryte darnią, jeziora, kilka kilometrów dalej droga zasypana śniegiem z ostrzeżeniem przed lawinami, osiedle powstających domków, po czym w Vangsnes wbijamy się na prom przez Sognefjord.











Tu zaczepia nas małżeństwo jadące na dwóch motocyklach. Ku naszemu zaskoczeniu to Polacy mieszkający w Norwegii od 11 lat. Są naszymi rówieśnikami. Kasia mówi o planach ich wycieczki i drastycznych prognozach pogody, patrząc na kierunek w którym zmierzamy. Przewidywane temperatury to 1-3°C z opadami, możliwe przymrozki. Błogi jest stan niewiedzy, szczególnie w środku lata co daje komfort podróżowania. Uzyskane informacje wzmagają jedynie emocje i wzbudzają coraz poważniej duży znak zapytania, czy oby na pewno chcemy dalej podążać na północ ? Czy to na pewno środek lata ?
Krzysiek w piątek obchodzi 40-te urodziny, czyli kolejny sędziwy polski Norweg napotkany na naszej drodze. Najlepszego !

Kobieta zmienną jest !

Jeszcze przed chwilą namawiani na zmianę naszej trasy podróży oraz imprezkę w towarzystwie Polaków w Bergen, odwracamy kota ogonem i małżeństwo jedzie za nami "tak długo jak się da". Kasia zmienia swój niezmienny plan. Czym są argumenty faceta w tak ważnej chwili ?
Początkowo jedziemy wzdłuż fiordu a dalej serpentyną na nowo powstały punkt widokowy w Norwegii Gaularfjellet zlokalizowany przy drodze nr 13. Na krętej drodze dało się odczuć ogon podążający za nami. Zachwalany punkt widokowy zasługiwał na moment podziwu i uwiecznienia w kadrze. To kolejne miejsce, w którym śmiało można chwalić pomysłowość norweskich architektów. Skrzętnie ukryte a czasami wkomponowane w naturalne elementy skał toalety czy punkty obsługi turystów zadziwiają swoją obecnością.















W tym miejscu mamy okazję zatrzymać się przy wielokrotnie pokonywanym uprzednio przepuście drogowym, występującym dość często na norweskich drogach.  Z zaskoczenia może być bardzo niebezpieczny dla motocyklistów. Budowla z okrągłych rur ułożonych w poprzek drogi, będąca jej ciągłością, ze szczelinami szerokości ludzkiej stopy ma za zadanie ułatwić odprowadzanie nadmiaru wody spływającej z gór. To z kolei niesie ze sobą olbrzymie zagrożenie dla mało świadomych motocyklistów, szczególnie w pełnym skręcie. Dokładne oględziny budowli z opisem w kamerze spełzła na niczym. Niestety - jeszcze o tym nie wiedziałem, że mój sprzęt po uprzednich opadach deszczu nawalił. But crossowy wkładany w szczelinę między rury przepustu daje do myślenia.

Poznajemy kolejnych motocyklistów. Członkini klubu motocyklowego WITCHES and BITCHES podróżująca z kompanem udziela nam interesującego wywiadu zapraszając do swojej siedziby. Z całą pewnością mogłoby być ciekawie ... hmmm. Inny cel jednak przed nami :-)
W tym miejscu rozstajemy się z naszymi chwilowymi kompanami podróży. Kasia ponownie zmienia zdanie. Jest zbyt chłodno a ona kiepsko czuje się na zakrętach. W Bergen czeka na nich miłe towarzystwo i ciepełko, którego tutaj próżno szukać.




Jest zimno a z minuty na minutę robi się jeszcze chłodniej. Chwilami zjeżdżamy na wysokość około 200 m n.p.m. aby za moment wrócić na wysokość około 800 m n.p.m. Z każdą zmianą wysokości towarzyszą nam wahania temperatury, która w środku lata nie przekracza + 5°C. Długo jedziemy między deszczem.  Mżawka i lekki opad jest dla nas niczym słoneczna pogoda. Pierwsze większe stada kóz, kolejne wodospady, garaż dla łódki i spojrzenie za siebie na goniącą nas chmurę. Dojeżdżamy do Nordfjord a w okolicy Innvick nasza przewaga nad goniącym nas deszczem topnieje. Zatrzymani przez roboty drogowe zmuszeni jesteśmy na postój. Po zaczerpnięciu języka, pozostaje nam czekanie przez około godzinę.



Zziębnięci mamy więc okazję na wyciągnięcie kuchenki i zrobienia sobie gorącej herbaty. Tak też czynimy czym wzbudzamy duże zainteresowanie norweskich motocyklistów. Patrzą na nas jak na przybyszy z innego świata. Trudno odgadnąć czy to podziw czy zazdrość a może herbata w Norwegii dostępna jest tylko w barach. Po rozgrzewającym płynie pakujemy nasze gary i udajemy się na rekonesans. Po oddaleniu się od sprzętu nasz motocykl uległ dokładnemu skanowaniu przez tubylców. Co wzbudza ich zainteresowanie ? Zapewne kufry, nasza umiejętność zrobienia herbaty na poczekaniu lub zwyczajna umiejętność pakowania. W porównaniu do otaczających nas sprzętów, nasz motocykl wcale nie wygląda na obładowany. Różni go jedynie komplet mat samopompujących na naszych walizkach + nasz podróżny prysznic. Podróżując we dwójkę mamy wszystko co nam potrzebne a nawet więcej niż inni :-)













Czas płynął powoli a w otaczającej nas ciszy działo się całkiem sporo. Podczas postoju tuż pod naszym nosem przepływa wielki blok, osiedle - po prostu prom. W tej jednej pływającej blaszanej puszce znajduje się więcej pasażerów niż w niejednej norweskiej miejscowości. Na pokładzie 9 do 11 pięter, na których mieści sporo tysiące pasażerów wraz z pojazdami.



Nagle przejeżdżająca obok nas karetka oznajmiła, że niebawem droga zostanie otwarta. Objeżdżamy jedną z odnóg Nordfjord - Innvikfjord skręcając w drogę nr 15. Po drodze małe i urokliwe wioski zlokalizowane wzdłuż rzeki. Spore Jezioro Oppstrynsvatnet, za którym zaczyna się powolna wspinaczka w górę. Chłodny dzień, malownicze chmury i goniące nas deszcze w końcu mają nas w garści. Pojawiający się śnieg informuje, że przekroczyliśmy już granicę 1000 m n.p.m. Wraz z tym daje się odczuć zdecydowany spadek temperatury. Uczucie chłodu potęguje padający deszcz, zmieniający się w opady deszczu ze śniegiem. Z Videseter do Grotli starą drogą Rv 258 doliną Ottadalen, od której odbija wiele szlaków pieszych. Wracamy na drogę nr 15 i podążamy za znakiem Trollstigen (droga Troli) wzdłuż Jeziora Breiddalsvatnet.









Przy Jeziorze Langvatnet skręcamy w drogę Rv 63 zwaną "złotym szlakiem". To prawdziwa perełka Norwegii kryjąca niespodzianki za każdym zakrętem. Setki wodospadów i serpentyn to prawdziwa igraszka dla każdego motocyklisty. Warto dodać, że wspomniana droga kryje takie niespodzianki jak fiord Geiranger będący na liście UNESCO, drogę Orłów i drogę Troli. Wszystko wzdłuż jednego szlaku. Bogactwo okolicznych tras, całoroczny ośrodek narciarski, lodowiec Briksdalsbreen to prawdziwa igraszka dla wielbicieli wspaniałych widoków. Obszar chroniony fiordu Geiranger zaczyna się kilkadziesiąt kilometrów przed tym spektakularnym miejscem. Klejnot w koronie fiordów Norwegii - tak nazywany jest fiord Geiranger. Zapierające dech w piersi widoki z drogi biegnącej wzdłuż jezior, serpentyn, wśród ośnieżonych gór, dają ziębnące doznania w opadach deszczu ze śniegiem. Przeszywający chłód od 0 do +3° rekompensują wspaniałe doznania w mlecznej oprawie chmur. Niespodziewanie naszym oczom ukazuje się miejscowość Geiranger (250 mieszkańców), od której wzięła się nazwa fiordu. W pełni sezonu (maj-sierpień), turyści kilkakrotnie przewyższają liczbę mieszkańców. Pomaga w tym 5 hoteli, pola namiotowe (ponad 10) i trzeci co do wielkości port statków wycieczkowych w Norwegii, do którego zawija od 140 do 180 statków rocznie (dane z 2012 roku). Przed wjazdem do miejscowości z góry rozciąga się wspaniały widok na fiord, pionowe ściany i wijącą się w górę serpentynę, która zwana jest drogą Orłów.









Droga Orłów jest jednym z odcinków niezwykle malowniczej drogi Rv 63 zwanej "złotą drogą". Jedne źródła podają, że droga Orłów rozpoczyna się w Geiranger i kończy w Eidsdal, inne za początek trasy podają szczyt Dalsnibba (na południu) - Geiranger -  Andalsnes (na północy), czyli jest niemal całą drogą Rv 63 wraz z drabiną Troli.









Naszym źródłem prostującym powyższe, stał się portal www.visitnorway.com, który mówi, że nazwa Droga Orłów została nadana najbardziej stromemu odcinkowi drogi Rv 63, tworząc serpentyny. Swój początek ma w miejscowości Geiranger i posiada 11 ostrych zakrętów, wznosząc się w górę nad Geirangerfiord do najwyższego punktu w miejscowości Korsmyra położonego na wysokości 620 m n.p.m. Droga z ruchem całorocznym otwarta w 1955 roku była atrakcją od pierwszego dnia funkcjonowania. Swoją nazwę wzięła od gromadzących się licznie orłów w najwyższym punkcie góry. Przy ostatnim nawrocie serpentyn znajduje się punkt widokowy Ørnesvingen - to doskonałe miejsce do podziwiania wspaniałej panoramy Geirangerfiordu, statków/promów wycieczkowych, wodospadu Siedmiu Sióstr (skupisko siedmiu potoków), z których najwyższy ma 250 metrów wysokości. Ten ostatni najlepiej podziwiać z jednej z licznych historycznych i opuszczonych farm Knivsflå, do której można dotrzeć pieszo lub drogą wodną od strony fiordu. Punkt widokowy Ørnesvingen otwarty ponownie po modernizacji w czerwcu 2016 roku ma bardzo oryginalny wodospad z wodą płynącą po tafli szkła, przepływającej pod tarasem widokowym. Droga Orłów służy do testów pojazdów w warunkach zimowych. Po drodze mogą poruszać się pojazdy do 15 metrów długości.













Te ciekawostki a w miażdżącej ilości wspaniały widok na Geirangerfiord zatrzymał nas tu na dłuższą chwilę. Widok znany z wielu ekranizacji filmowych rozkłada nas na łopatki. Brakuje tylko słońca i moglibyśmy się rozpłynąć w ochach i achach...  Delektowanie się tym miejscem zakłóca nam jedynie dwóch facetów natarczywie proponując nam zrobienie zdjęcia. Nie po to mamy ze sobą tyle sprzętu aby zaraz płacić za taką przyjemność. Do tego później mógłby się pojawić problem z autorem zdjęcia - a po co ? Pomysłowość ludzka nie zna granic. Ucinamy sobie krótką dyskusję i rozgrzani ruszamy w dalszą drogę w poszukiwaniu deszczu i chłodu.




Na jednym z wielu wodopojów naszego "mechanicznego konia", z miłym westchnieniem czytamy polecenia po Polsku - podaj kod pin, dziękujemy ... Samoobsługa z kartą w ręce odbywa się w następującej kolejności. Do dystrybutora należy włożyć kartę a po wbitym kodzie PIN wbijamy kwotę za którą chcemy zatankować. Po tym następuje weryfikacja, czy na pewno są środki aby móc uzupełnić ten oktanowy napój. Miło przestaje się robić, gdy przypominamy sobie o cenach tutejszego paliwa. A ponoć Norwegia to kraj ropą i gazem płynący. Tak, tak - zasoby to jedno a ceny drugie. Statystyczny Norweg nie odczuje tego w swojej kieszeni - aktualnie przodownicy we wdrażaniu pojazdów elektrycznych.





Mkniemy dalej, kiedy niespodziewanie pojawiają się trole ukrywające się od pewnego czasu naszym oczom. Czyżby Droga Troli ? Coś za wcześnie! Chwilę później kolejna przeprawa promowa z Eidsdal do Valldal, za którą również trzeba zapłacić. Takim oto sposobem grosz do grosza, daje w podsumowaniu pokaźną kwotę. A przed nami jeszcze kawał drogi!


Dochodzi godzina 22:00. Znaleźliśmy to czego szukaliśmy - panujący ziąb i mżawka, co zmusza nas do rozglądania się za miejscem noclegowym. Względnie suche ciuchy pasowałoby schować pod daszkiem przed nadchodzącą "nocą". Zdecydowanie przyjemniej zakłada się je ponownie następnego dnia. W tym miejscu warto zaznaczyć, że po godzinie 19:00, mimo że całą dobę jest tu jasno, na motocyklu robi się bardzo chłodno. Słońce (o ile świeci) pada pod bardzo małym kątem a cienie drzew wydają się jakby bez końca. W słońcu odrobinę cieplej ale jedynie podczas postoju. Przeszywający chłód zmusza do ubrania dodatkowej odzieży o ile jeszcze jest jakaś w dyspozycji.



Dość sprawnie znajdujemy miejscówkę na nocleg. Wygląda na odwiedzane miejsce, o czym świadczą ślady opon i kamieni wyłożonych na palenisko na ognisko, których ponoć nie wolno palić w Norwegii. To kolejny nasz naoczny dowód na przekór obowiązującym przepisom. Dziś nocujemy w dolinie Valldalen nad rzeką Valldøla. Rozkładając nasz dom, padająca mżawka zamieniła się w deszcz, czym zostaliśmy zmotywowani do ekspresowego działania. Chwilę później po deszczu ani śladu. To z kolei pozwoliło nam na trele prowadzone nad cichym potokiem. Podczas konwersacji delektujemy się potrawą prosto z Polski - paprykarz szczeciński musi być :-) W końcu dajemy za wygraną. Ziąb i osiadająca wszędzie rosa przegania nas do domu. Dziś zaciszna miejscówka z delikatnym szumem usypiającej wody - muzyka relaksacyjna do naszych uszu.

Dobranoc !



Cdn ...
« Ostatnia zmiana: Luty 01, 2018, 08:08:13 pm wysłana przez Glazio »

Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 054
  • Karma: +48/-3
Odp: Do krainy wikingów
« Odpowiedź #51 dnia: Sierpień 01, 2018, 03:09:30 pm »
Cd.

Cd. cz. 12




07.07.2016 - dzień 13 - środa

Witanie dnia w chłodzie już nam nie straszne. Najcenniejsza informacja to pogoda. Na szczęście nie pada a momentami świeci słońce. Może inaczej - pada przelotny deszczyk.  Poranna toaleta w lodowatej wodzie momentalnie stawia nas na proste nogi. Dla urozmaicenia wycieczka na drugą stronę strumienia po pęczek kwiatów dla ukochanej, szybkie śniadanie i ekspresowe pakowanie aby jak najdłużej korzystać ze sprzyjającej pogody. Z dotychczasowego doświadczenie wiemy, że do południa pogoda może się utrzymać ale po południu często zdarzają się ulewy lub opady deszczu ze śniegiem.





Plantacje truskawek z przepiękną strażnicą



Już na starcie zatrzymujemy się przy plantacji truskawek. U nas już po sezonie tutaj dopiero się zaczyna. Dla truskawkowego potwora to bardzo kuszący widok a dla plantatorów świetne miejsce do obserwacji własnego pożytku.

W drogę.
Szybko wspinamy się coraz wyżej. Z każdym zdobytym metrem robi się coraz chłodniej. Pojawiają się pola śnieżne i te przeklęte chmury. Na szczęście nie pada ewentualnie przelotnie więc póki co możemy się cieszyć z częściowo suchych rzeczy.










Ścieżka na taras widokowy Drogi Trolli







Widok na dolinę Isterdalen z kopczykami turystów







W przepięknej aurze docieramy do Przełęczy TROLLSTIGEN - Drogi Trolli. Pierwszy etap naszej wycieczki poświęcamy na spacer do punktu widokowego, z którego rozciąga się wspaniały widok na tzw. Drabinę Trolli. Z tej dobrze przygotowanej trasy pieszej już na starcie otwiera się widok na ponizszą dolinę. Wędrujemy wzdłuż progu wodospadu podziwiając charakterystyczne piramidy z kamieni budowane przez turystów. Docieramy na taras widokowy Plattingen położony między dwoma wodospadami, co daje olbrzymie możliwości fotografowania przepięknej doliny. Jakże cieszy nas fakt pięknej pogody - momentami świeci słońce.


Taras widokowy Plattingen






Droga/drabina Trolli









W tym miejscu przypominamy sobie historie podróży osób, które zostały zaskoczone przez gęstą mgłę lub chmury. Tak, tak, można jechać tyle kilometrów aby zobaczyć białe mleko. Tak było właśnie wczoraj, o czym opowiedzieli nam moto turyści z Czech, odwiedzający to miejsce rok, rocznie. Z taką tragiczną pogodą jak w tym sezonie zetknęli się pierwszy raz. Upierdliwy deszcz i zimno - tak podsumowali obecną aurę, dodając:  "Wczoraj było takie mleko, że stojąc po jednej stronie drogi trudno było dostrzec jej drugą krawędź. Zauważalne były jedynie metalowe bariery energochłonne".



Te słowa utwierdziły nas o słuszności podjętej wczoraj decyzji. Przemoczeni wczorajszym deszczem i dotknięci przeszywającym chłodem zdecydowaliśmy o pozostaniu w dolinie, choć nocleg nad lub pod Drogą Trolli był bardzo kuszący. Tak naprawdę wisząca przed nami ciemna chmura, zaczynający padać deszcz i pojawiająca się mgła zdecydowały za nas. To taki głos rozsądku przy kapryśnej aurze.



Wracając do Tu i Teraz, sznury motocyklistów sunących asfaltem potwierdzają jedynie słuszność nazwy - kultowa droga motocyklistów >>>.

Droga Trolli bez trolli ?
Nie ma takiej możliwości. W tym miejscu Trolle towarzyszą nam w każdym miejscu. Trolle przed sklepami, w sklepach i na znakach drogowych. Brakowało ich jedynie na skałach !





Coś o drodze
Droga Trolli, Trollstigen a w dosłownym tłumaczeniu Drabina Trolli - to jedna z największych atrakcji turystycznych Norwegii. Żelazny punkt wielu wycieczek motocyklowych, rowerowych czy innych. Ten krótki odcinek serpentyn jest częścią drogi krajowej nr 63 wiodącej z Geiranger przez Valldal do Åndalsnes lub na odwrót. Otwarta 31 lipca 1936 roku przez króla Haakona VII, budowana uprzednio przez 8 lat.

Średnie nachylenie drogi wynosi 9% i składa się z 11 serpentyn, w większości zakręcających pod kątem 180°. Na całej długości drogi obowiązuje zakaz zatrzymywania się a ponadto nie mogą się po niej poruszać pojazdy dłuższe niż 12,4 m. Miejscami nachylenie drogi wynosi 12% a patrząc na ostre zakręty z dołu z całą pewnością wijąca się po skłonie zbocza droga przypomina drabinę. Mimo zakazu zatrzymywania w połowie trasy wiele osób staje obok mostku, aby podziwiać wspaniały wodospad Stigfossen spadający z wysokości 180 metrów. Wymuszane są też zatrzymania większych pojazdów mijających się na przewężeniach. W 2005 roku przeprowadzono remont drogi, która zyskała dodatkową ochronę dla podróżnych zabezpieczając ich przed spadającymi odłamkami skalnymi.





Usatysfakcjonowani widokiem i delektującymi się jazdą po zakosach motocyklistów, w końcu sam udaję się na upragnioną przejażdżkę, tą krótką ale jakże urzekającą serpentyną. Zjeżdżam z przełęczy Alnesreset w stronę doliny Isterdalen i przyznaję, że jazda tą odmienną od innych serpentyn drogą dostarcza sporo emocji. Niewielkie poszerzenia drogi asfaltowej mają za zadanie ułatwić mijanie szerszym pojazdom, które zdecydowały się na zdobycie właśnie tej przełęczy. Mijanki są również utrudnieniem dla motocyklistów przy spotkaniu np. z autobusem wycieczkowym. Jakby nie było, jazda tą ścieżką to taki lekki dreszczyk emocji z ekscytującym przerywnikiem w postaci bryzy z wodnym pyłem na tutejszym mostku - orzeźwienie dla umysłu.

Podczas przejażdżki serpentynami kotłują się różne myśli. Wiążąc kilka faktów (trolle, drabina trolli) i zdarzeń (wodny pył, faceci w białych kombinezonach), układa mi się mała anegdota. Skoro to miejsce nazywane jest drabiną trolli to może ten orzeźwiający wodny pył jest po prosu moczem trolla a ponadto powiązane z widokiem dwóch facetów w białych kombinezonach wychodzących z dziwnego budynku w pobliżu, pozwala stwierdzić utylizację grubszej sprawy pozostawionej przez wielkiego jegomościa, wszak owa drabina świadczy o innych gabarytach pana tutejszych gór i dolin. Może trolle są ujarzmione i trzymane z dala od ludzkich oczu ? Kto wie ?


Białe ludki - sprzątają po Trollach ?

Ot taki mały przerywnik podczas krótkiej a jakże zagadkowej drogi. Po zjechaniu do doliny widok wodospadu Stigfossen w całej okazałości dostarcza dodatkowych wrażeń. Krótka chwila na próbę wypatrywania Tamary, która została na górze aby nakręcić moją przejażdżkę. Ciekawe jak jej idzie. Po powrocie na górę okazuje się, że ...(q..wa), zmieniona przed zjazdem karta pokazywała błąd. Ponowne wyciągnięcie i włożenie usunęło problem. Chwilowe zdenerwowanie minęło na kolejną myśl. W to mi graj.

Ponownie powtarzam wycieczkę w dół i pod górę. Tym razem okazało się, że taras widokowy zabity został wycieczką z Japonii, więc nagrania na dużym zoomie bezpośrednio z ręki ostro drgają. Trudno, może uda się wyłapać urywki z przejazdu aby mieć jakąś pamiątkę. Kolejny a zarazem ostatni zjazd w dół, już w komplecie. Żegnając się z rozmownymi czeskimi motocyklistami przypominamy sobie o szczęśliwej pogodzie jaką zastaliśmy właśnie dzisiaj. Dla zainteresowanych dokładniejszą historią tego miejsca "Drogi Trolli", można ją poznać w centrum turystycznym na przełęczy, którą właśnie opuszczamy. Po drodze zatrzymujemy się w kilku widokowych miejscach, archiwizując to co dała nam natura. Pełni szacunku dla Norwegów za proekologiczny styl bycia i tą wspaniałą tradycję stworzoną jakby dla nas - dzięki za Allemansrätten. Żaden hotel nie odda tego co możemy zobaczyć właśnie z tych wielu miejsc, w których przyszło nam nocować.





...

Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 054
  • Karma: +48/-3
Odp: Do krainy wikingów
« Odpowiedź #52 dnia: Sierpień 01, 2018, 03:09:59 pm »
...

Opuszczając Drogę Trolli zerkam w lusterka widząc trzy wysokie góry o nazwach: Dronningen (Królowa), Kongen (Król) i Bispen (Biskup) o wysokości 1500–1600 m n.p.m. To właśnie pomiędzy nimi przebiega wspomniana przełęcz, na której powstała droga otwarta zazwyczaj od połowy maja do października, w pozostałym okresie nieprzejezdna. Chwilę później zauważamy  jedyny w Norwegii znak drogowy "Uwaga Trolle" - prawdopodobnie jedyny na świecie.







Oddalając się od tego miejsca trzeba przyznać, że Droga Trolli siedziała nam z tyłu głowy podczas dalszej jazdy. Stała się ona również przyczółkiem naszej dyskusji w skali porównawczej do innych kultowych dróg motocyklowych. Mamy ich już trochę za sobą, dlatego ten temat drążony był przez dłuższy czas. Wszystko do momentu, kiedy zaczęliśmy zbliżać się do Atlantic Ocean Road (Droga Atlantycka).





Dla odmiany górskich ścieżek przed nami zgoła odmienny krajobraz. Na początek przejeżdżamy dwoma lub trzema tunelami wydrążonymi pod fiordami. Jeden z nich płatny 61 koron (11,50 Euro), do tego przeprawa promem za 86 koron i 96 koron. W skrócie, chcąc przejechać tą trasą trzeba mieć w kieszeni powyżej od 100 do 200 zł na przejazd/przepłynięcie wspomnianymi przyjemnościami (samochodem nieco więcej). Drogę Atlantycką w Norwegii tworzy system mostów i grobli nad zatoką Hustadvika. To niezwykłe dzieło drogowe dostarcza wspaniałych wrażeń podczas wezbrań sztormowych. Fale przedzierające się przez drogę i mosty niosą ze sobą ogromne niebezpieczeństwo w szczególności dla motocyklistów.







Wg brytyjskiego dziennika The Guardian jest to najpiękniejsza droga samochodowa świata.

Jeśli chodzi o nas, mało kiedy podlegamy wpływom sugestii zewnętrznych. Na szczęście mamy oczy i inne zmysły otwarte, dzięki którym wystawiamy własne oceny. U nas jest ona tylko jedna; warto lub nie warto pojechać. Ocen szkolnych w różnej skali nie wystawiamy. Skale trudności tras asfaltowych przydatne są dla początkujących motocyklistów. Serpentyny na bezdrożach to już inna historia. Po każdej zimie natura pozostawia często nieprzejezdne szlaki i to jest temat wart dalszej dyskusji.

Nasza ocena - warto pojechać !!!
Trasa kultowa - Atlantic Ocean Road / Droga Atlantycka w Norwegii >>>







Teraz uzasadnienie dlaczego.
Hobby jakim są motocykle nie było jedynym kierunkiem zainteresowań. Kiedyś stałem na poważnym rozdrożu co wybrać. Właśnie w tym miejscu powróciły stare demony. Jeśli ktoś ma dodatkowe hobby oprócz motocykli to dodam w tym miejscu, że podwójnie warto TU PRZYJECHAĆ. Polecany przystanek dla wielbicieli nurkowania, windsurfingu czy wędkowania.
Zatoka Hustadvika przez wiele wieków budziła postrach żeglarzy. Sztormy zbierały żniwo w postaci okrętów rozbijanych o tutejsze skały. Aktualnie ich wraki są atrakcją turystyczną dla grup nurków. Dzisiejsze statki i nawigacja są dokładniejsze więc w podwodnym świecie możemy oglądać obiekty historyczne. Tutejsze wiatry wiejące nad zatoką wykorzystywane są często przez windsurferów a dodatkową atrakcją połowy ryb - wędkowanie dostępne również dla turystów.

W tym miejscu zatrzymamy się kolejny raz aby przybliżyć temat związany z poławianiem ryb w Norwegii. Na starcie warto dokładnie zapoznać się z tutejszymi przepisami ponieważ za ich złamanie grożą horrendalne kary (np. 5000 € za wywóz zbyt dużej ilości ryb).
Jeśli mówimy o wodach słodkich (rzeki i jeziora), na połowy ryb wymagane jest wykupienie specjalnej licencji (nor. fiskekort).
Połowy ryb morskich nie wymagają żadnej licencji.
Zatoka Hustadvika jest znana z obfitości ryb. Można zatrzymać się na jednej z wyspp; Strømsholmen, Skarvøya, Lyngholmen, Geitøya, Kuholmen, wyjąć wędkę lub popróbować morskiego wędkowania na przygotowanych specjalnie platformach.
Kilka przestróg:
- wymagana czystość sprzętu wędkarskiego - dokument potwierdzający dezynfekcję jesli sprzet był używany na innych wodach a w szczególności w innych krajach (zabezpieczenie przed chorobami),
- zabronione łowienie na żywca,
- zakaz sprzedaży ryb przez turystów oraz limity wywozu złowionych ryb z Norwegii,
- wymagany dystans od hodowli rybnych 100-200 m (oznaczone czarnymi bojami),
- obowiązek przestrzegania wymiarów ochronnych ryb.
Samodzielne łowienie ryb w Norwegii dozwolone jest od 16 roku życia (nie dotyczy dzieci pod opieką dorosłych z maksymalną liczbą wędek = 1 na osobę).

Połowy ryb na otwartym morzu i we fiordach są wolne od opłat.

Kilka zasad, które warto brać pod uwagę - uchronią przed karami:
- zabieraj ze sobą tylko tyle ryb ile jesteś w stanie zjeść,
- zawsze przestrzegaj wymiarów i okresów ochronnych ryb,
- ryby niewymiarowe uwalniaj bardzo powoli w jak najlepszej kondycji,
- szanuj piękno tutejszej przyrody i mieszkańców.
Wracając więc do tutejszej Drogi Atlantyckiej jest ona łakomym kąskiem dla motocyklistów mających różne odskocznie od dominującego hobby. Warto o nich wiedzieć przed wyjazdem.

Droga Atlantycka jest wśród 10 miejsc w Norwegii najchętniej odwiedzanych przez turystów. Świadczą o tym również przejeżdżające sznury motocyklistów. Są jednak wśród nas i tacy, którzy mają negatywne opinie o tej trasie - jak to w życiu (czy wszyscy muszą lubić truskawki ?). My podróżujemy po to, by naocznie podziwiać nowe miejsca, poznawać nowych ludzi a w szczególności ich zwyczaje. Jedno jest pewne, brak na świecie podobnych dróg do tutejszej, dlatego uznajemy ją za unikatowy obiekt, który pochłoną grube pieniądze na budowę z pozoru zwykłej drogi.









Opuszczając to miejsce w oczekiwaniu na jedną z przepraw promowych udaję się oglądnąć podwodny świat jednego z fiordów (morszczyn?). Ponownie wróciły dawne demony. Cóż, trzeba kiedyś poświęcić więcej czasu na tutejsze podwodne atrakcje.

Na promie zaczynamy przeliczać dni w podróży i czas na powrót z uwzględnieniem przebiegu. Kolejny żelazny punkt naszej podróży to Nordkapp, do którego mamy jeszcze około 2000 km.
Czas na konkretne decyzje. Za nami około 4500 km z czego w trasie jesteśmy niemal 2 tygodnie. Uwzględniając kręte norweskie drogi, przeprawy promowe, ograniczenia prędkości i ostatni tydzień urlopu zdecydowanie musimy okroić część naszej trasy.



DYSKUSJA !!!
Głazio - chyba musimy skrócić drogę przez Szwecję chcąc dojechać na Nordkapp.
Tamara (Wiórek) - mam w du...pie taką pogodę, mam w du...pie taki kraj, jest mi zimno i chcę wracać !!!
Głazio - skłębione myśli co to robić po takiej wiązance. Jakbym dostał w twarz. Od dziewięciu lat wspólnie podróżujemy motocyklem i pierwszy raz słyszę chęć zawrócenia z obranego celu. Tak, wiem, pogoda nie sprzyja, do tego mieliśmy jeden dzień bez deszczu a raczej upalny wieczór kiedy to ruszyliśmy w trasę. Dzień w dzień z deszczem, śniegiem i chłodem w środku lata to faktycznie mało przyjemne warunki do podróży motocyklem. Dzisiaj prawie nie padało a mimo to Tamara ma na sobie wszystkie ciepłe ubrania. Do tego wiedza, że chcemy jechać dalej na północ i to prawie 2000 km. Wprawdzie ja jadę w koszulce na krótki rękaw od samego początku choć o komforcie termicznym nie ma mowy. Hartuję trochę organizm. W razie potrzeby są jeszcze moje ciepłe ubrania ale ile ich może zmieścić kobieta pod swoją kurtką. Trochę zgłupiałem w tym momencie. Co też mogło się przytrafić w ten prawie bezdeszczowy dzień, kiedy przez większość dnia świeciło słońce ?
Szybkie odwrócenie kota ogonem. Przecież jest ładna pogoda. Może teraz pojedziemy przez Szwecję skracając nieco trasę a na Nordkapp z pewnością czeka na nas słońce.

Zapadła cisza.


Ustawiona wcześniej nawigacja z Hołkiem przecina polskie milczenie - 1873 km do celu. Przyglądam się wybranej trasie - przez Szwecję. To dobry krok ponieważ na przeprawach promowych tracimy sporo czasu a to tego trafiają się blokady remontowanych odcinków dróg, które lepiej będzie ominąć. Za Trondheim wjeżdżamy na drogę E14 i niemal w mgnieniu oka krajobraz z fiordami zamienia się w płaski teren pokryty lasami. Na pożegnanie z Norwegią robimy przystanek na ciepłą strawę. Robimy sobie dużą jajecznicę na poprawę humoru. Pogoda dopisuje jak mało kiedy podczas naszego wyjazdu. Ściągamy kurtki i taplając się w promieniach słońca ładujemy swoje baterie przy ciepłej strawie.

SZWECJA

Co za miła niespodzianka. Oznaczenia drogowe ograniczające prędkość do 100 km/h. Miła odmiana w porównaniu do południowej Szwecji, nie porównując Norwegii. Do tego znaki drogowe a na nich ciągle jelenie. Gdzie te renifery, przed którymi nas tak ostrzegano, że trzeba na nie uważać - główny sprawca wypadków w Skandynawii.



Emocje przygasły a słońce podkręciło pozytywne nastawienie pozwalając nam pokonywać kolejne kilometry w kierunku północnym. Po fiordach ani śladu. Wszechobecne lasy zdominowały krajobraz. Urozmaiceniem są niewielkie miejscowości. Teren pagórkowaty miejscami zmienia się w płaski. Kolor wód w tutejszych rzekach i jeziorach zmienił się z błękitnego na lekko brunatny.

Słoneczne zimno.

Wprawdzie mamy tutaj dni polarne ale kiedy słońce znajduje się nisko nad horyzontem wydłużające się cienie drzew ciągną się kilometrami zakrywając całą wolną przestrzeń. Jadąc zacienioną już drogą z każdym pokonywanym kilometrem robi się zimno i jeszcze zimniej. Przeszywający chłód robi się bardzo uciążliwy i zaczynamy rozglądać się za miejscem na nocleg.



Mijamy duże Jezioro Storsjön, w którym ponoć mieszka potwór Storsjöodjuret. Nie zwlekamy długo z poszukiwaniem miejsca na rozbicie namiotu. Zimno. Odbijamy w lewo w drogę leśną, w drugą stronę od zabudowań miejscowości Aspåsnäset oraz rzeki Indalsälven przepływającej przez mijane wcześniej jezioro.
Szybkie rozbicie obozowiska i gotowanie gorącej herbaty. Spośród wielu podróży, tym razem to nasz najbardziej popularny i upragniony napój po chłodnym lub deszczowym dniu.

Z powodu przeszywającego zimna, kolejny raz dał o sobie znać kryzys.

Tamara (Wiórek) - ZAWRACAMY !!! Mam w du...pie taką pogodę i Skandynawię. Fiordy były fajne.

Niezadowolenie zakończone pozytywnie więc trzeba to przespać.

Biała noc. Dobranoc !!!

Cdn...

Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 054
  • Karma: +48/-3
Odp: Do krainy wikingów
« Odpowiedź #53 dnia: Listopad 18, 2018, 08:39:42 pm »
Cd.

Cd. cz. 13




08.07.2016 - dzień 15 - piątek

Noc była bardzo chłodna. To dolało oliwy do ognia "kryzysu" - kontynuacja wczorajszego nastroju.

Pojawia się promyk nadziei. Poranne słońce wypędza nas z namiotu. Najwyraźniej do skrajności trzeba tu przywyknąć. Po opuszczeniu rozgrzanego namiotu naszym oczom ukazuje się bezchmurne niebo. Zapowiada się ciekawie.

   W świetle słonecznego dnia smagani wiatrem nadziei oglądamy leśne krajobrazy przetrzebione przez IKEA. Otaczają nas same młode drzewa bardzo szybko wycinane. Co jakiś czas zakłady przetwórcze.






IKEA jest TU





   Po przejechaniu około 200 km pojawiają się chmury. Przyglądając się dokładniej wygląda na to, że przed nami front ciepły, czyli gwarantowany ciągły i długotrwały opad deszczu (takie obserwacyjne zboczenie geografa). Po kolejnych 100 km, kiedy zdążyliśmy nieco przeschnąć wjechaliśmy w pole opadów. W mgnieniu oka zaczynamy przemakać. Ze słonecznej przyjemności pozostało jedynie poranne wspomnienie a przeszywający chłód wzmacniany deszczem, bardzo szybko daje się we znaki. Lasy, jeziora, rzeki to dominujący krajobraz a osady ludzkie oddalone są od siebie coraz dalej. Chwilę później zatrzymujemy się na przystanku w celu zadbania o ochronę przeciwdeszczową. Goretex czy inne membrany można sobie włożyć między paragrafy.

   Tak, tak, chłód, deszcz i jazda na motocyklu bez kondomów jest tu bardzo uciążliwa. Przyznajemy się bez bicia - nie zabraliśmy ze sobą swoich przeciwdeszczówek. Szybko zakładamy na siebie worki na śmieci uszczelniając łączenia niezawodną taśmą silvertape (pierwszy problem pojawia się w momencie chęci załatwienia potrzeby fizjologicznej a zdrewniałe od chłodu dłonie pragną odrobiny ciepła). Takim oto sposobem dalsza jazda w niskiej temperaturze (poniżej 10 stopni) i deszczu staje się bardziej komfortowa. Lekko przemoczeni i zziębnięci jedziemy dalej.


Z powodu zimna zakładamy na siebie worki na śmieci.













Deszcz ... lasy, jeziora, rzeki
100 km
deszcz ... lasy, jeziora, rzeki
200 km
deszcz ... lasy, jeziora, rzeki
300 km

Niespodziewanie zaczyna się wypogadzać. Słońce i zdecydowanie wyższa temperatura. Klasyczny front ciepły przyniósł ocieplenie. Mimo wszystko dla zachowania komfortu jazdy pozostajemy w odzieży ochronnej, czyli w workach na śmieci. Ekonomia ponad wszystko.

   Długa i monotonna droga (lasy, jeziora, rzeki) sprawiają, że nawet nie zauważamy kiedy przekroczyliśmy koło podbiegunowe północne. W końcu jakaś atrakcja - kolorowa zapora a chwilę później RENIFERY. Ku naszemu zaskoczeniu nasz widok nie robi na nich żadnego wrażenia. Wskakują na drogę i stoją, bo ... ? Od asfaltu jest cieplej ? To tylko nasz domysł ponieważ na drodze nie ma żadnego pożywienia. Pozostaje jeszcze jedna ewentualność, na drodze można załatwić swoje potrzeby fizjologiczne w błogiej rozkoszy. Do takiego stwierdzenia dochodzimy za sprawą dużej częstotliwości odchodów reniferów rozsianych po asfalcie. Dodatkową ciekawostką jest to, że zwierzęta nie robią sobie nic z nadjeżdżającego motocykla, samochodu, stoją i stoją... Zbliżająca się dopiero postać ludzka wzbudza u nich emocje - zaczynają uciekać. Pamiątkowe foty i w drogę. Już za chwilę zatrzymuje nas kolejne stado i kolejne ...

















Jesteśmy w LAPONII, region kulturowy i geograficzny rozciągający się od Norwegii przez Szwecję, Finlandię do Rosji. Od 1996 roku na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Rdzenną ludność stanowią Lapończycy, którzy aktualnie są mniejszością. To jedna z ostatnich krain, gdzie praktykowany jest spęd wielkich stad zwierząt. Stąd znajdujemy wytłumaczenie częstotliwości natykania się na stada liniejących reniferów.

Kraina białych nocy daje się mocno we znaki. Można jechać i jechać, gdyby nie przeszywający chłód w momencie kiedy słońce znajduje się nisko nad horyzontem. Skoncentrowani na połykaniu kilometrów widząc w oddali kolejną ścianę chmur decydujemy się na nocleg w suchej atmosferze. Trudno tu używać określenia nocleg, ponieważ noce są bardzo jasne. Przypominają nam polski pochmurny dzień.

Zatrzymujemy się w przydrożnym punkcie obsługi podróżnych Lappeasuando rastplats pod nosem ośrodka wypoczynkowego Lappeasuando Lodge>>>.

Ośrodek położony w pobliżu miasta Kiruna, największego w szwedzkiej części Laponii i pobliskiego ośrodka narciarskiego. Tutejsza restauracja oferuje lokalne produkty, w tym mięso z łosia i jelenia oraz dania z ryb. Rozbijamy swój wigwam nad rozlewiskiem rzeki Kalixälven. Z tutejszego mostu rozciąga się świetny widok obrazujący zdobytą niegdyś wiedzę teoretyczną o mutonach (barańcach).


Most nad rzeką Kalixälven




Górka w tle to tzw. MUTON




Nasza lokalizacja


Chłód

Mimo postoju, przebywanie na zewnątrz z gorącą herbatą w objęciach staje się mało komfortowe. Po zwiedzeniu okolicy udajemy się na odpoczynek. Trudno zasnąć w tą jasną noc.

Cdn.
« Ostatnia zmiana: Listopad 19, 2018, 10:37:34 am wysłana przez Glazio »

Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 054
  • Karma: +48/-3
Odp: Do krainy wikingów
« Odpowiedź #54 dnia: Czerwiec 09, 2019, 08:09:20 pm »
Cd. cz. 14



09.07.2016 - dzień 16 - sobota

Wieczorna czarna chmura nawet przez chwilę nie zbliżyła nas ku nocnej ciemności.  Bardzo chłodna "noc" w totalnych jasnościach. To dla nas trudny czas na odpoczynek. W jasną noc zasłyszany motocyklista rozbił swój wigwam nieopodal naszego. Rozregulowany zegar biologiczny błagalnie prosi o chwilę ciemności i słoneczny dzień. Wczorajsza czarna chmura przyniosła poranny deszcz i jak każdego nowego dnia myślimy pozytywnie o pogodzie. Nocy brak, a słońca trzeba szukać za chmurami. Budzik 7:00 - zamroczeni. Pełni nadziei na poprawę pogody przecieramy oczy. Dzisiaj będzie lepiej. Po opuszczeniu namiotu, aż trudno w to uwierzyć, jest dość ciepło. To nasz najcieplejszy poranek od momentu opuszczenia Danii. Szok.



Jest wietrznie z niebem zasnutym chmurami. Ogarnięci po porannych czynnościach ruszamy w trasę (9:35). Dziś Nordkapp jest w naszym zasięgu.
Chwila jazdy i przed fińską granicą zatrzymujemy się na małe zakupy. Skończyła nam się herbata a jak nigdy podczas naszych podróży kupujemy tą używkę kolejny już raz. Przydrożne skóry z reniferów, przydrożny sklep a wewnątrz mnóstwo lapońskich wyrobów bez napisów made in China. Poczęstowani gorącą herbatą i kawą oddajemy się podziwianiu tutejszych wyrobów i dość zaporowych cen wspomnianych upominków. Dla przykładu lapońskie mokasynki w cenie około 3000 SEK (ok. 1200 PLN) i nożyki z kości reniferów za około 1200 SEK (około 500 PLN). Przed dalszą jazdą podziwiamy okoliczne rzeźby rybaków i rolników. Chwilę później znajdujemy się w fińskiej części Laponii, gdzie natykamy się na tipi Samów.















"Indianie Europy" >>> żyli tu przed Wikingami. Zabijali renifery na setki lat przed wynalezieniem prochu. Mieszkali w namiotach, gdy królowie budowali pałace. Samowie, ostatni Indianie Europy, wymierają. Wkrótce nie zostanie ani jeden.
Na południowo-zachodnim brzegu Zatoki Porsangen na Morzu Arktycznym >>>, niedaleko miasta Olderfjord w Finnmarku, przy drodze na Nordkapp, ostatniej krainy Europy, stoją cztery tipi - wysokie namioty do złudzenia przypominające te składane przez Apaczów. Podczas przypływu morze podchodzi do namiotów na kilkadziesiąt metrów. Pomiędzy tipi nie rośnie trawa, tak blisko morza leżą tylko kamienie. Szkielet namiotów stanowi kilkanaście długich i cienkich pni połączonych ze sobą u szczytu. W XXI wieku tej konstrukcji nie okrywa już się skórami reniferów. Dziś Indianie Europy stosują nowoczesne włókna chroniące przed wiatrem i chłodem rzekomo o wiele lepiej niż skóry renów.


•   Samowie to lud przeindoeuropejski zamieszkujący niegdyś cały półwysep skandynawski, oraz okolice Nordkapp
•   Liczba ludności Samów zamieszkującej Norwegię nie jest dokładnie znana, natomiast wedle szacunków plasuje się ona pomiędzy 60 000 a 100 000 osób. Mniej więcej 15-25 000 Samów mieszka w Szwecji, podczas gdy ponad 6000 w Finlandii, a 2000 w Rosji
•   Począwszy od 2004 roku w dniu 6 lutego święto narodowe Samów jest urzędowym świętem w Norwegii
•    Tradycyjnie Indianie Europy żyją z hodowli zwierząt, myślistwa i rybołówstwa, uprawy roli i duodji, czyli ich rękodzieła".


Źródło: Zwinka.pl












W Finladii w miejsce trolli pojawiły się przydrożne skrzaty

Teraz wszystko staje się jasne; ceny tutejszych wyrobów, tutejsze tipi, w których można przenocować. Było to dla nas ciekawe doświadczenie widząc wewnątrz łóżko, skóry reniferów oraz sznur - domniemane przeznaczenie na Husky lub renifera. Do tego dominujące do tej pory trolle zmieniają się na skrzaty.

Po godzinie jazdy złapał nas pierwszy deszcz. Padał, przestawał i tak przez dłuższy czas. Otaczający nas krajobraz zmienił się dość zauważalnie. Tajga stopniowo zmienia się w tundrę. Momentami powracamy do tajgi i do tundry. Wysokie brzozy, jodły, świerki, sosny stopniowo karłowacieją, czyli robią się coraz niższe. Z czasem dominują same karłowate brzozy porastające nawet surowe skalne stoki. Do tego na wielu z nich brakuje jakichkolwiek oznak życia, czyli zieleni. Wygląda na to, że lato jeszcze tu nie dotarło albo po prostu tak tu jest. Surowy klimat widoczny jest na każdym kroku i daje się we znaki z każdym dodatkowo pokonywanym kilometrem.

Jeziora, rzeki, jazda wąwozem drążonym przez rwącą rzekę, nie zdążyliśmy zauważyć kiedy ponownie wróciliśmy do Norwegii. W spokojnych miejscach, gdzie nurt rzeki całkowicie uspokaja się tworząc jeziora pojawiają się wędkarze. Chmury gęstnieją a wraz z nimi nasila się deszcz. Zdążył nas dobrze zmoczyć zanim znaleźliśmy odpowiednie miejsce do przyodziania dodatkowej odzieży ochronnej. Trzeba przyznać, że tym razem byliśmy słabo przygotowani na taką pogodę. Zabranie przeciwdeszczy wydało nam się zbędne a może w pośpiechu po prostu zapomnieliśmy ich spakować. Tak czy inaczej trzeba sobie radzić, więc kolejny raz przywdziewamy worki na śmieci. To skuteczna odzież wodoodporna, zdecydowanie lepsza od Gore-texu. Worki foliowe + silver tape to przydatne rzeczy podczas podróży a do tego bardzo tania wersja "kondoma".




Skocznia narciarska w oczekiwaniu na powrót zimy




Surowy klimat staje się coraz bardziej widoczny z każdym pokonywanym kilometrem


Nasza pierwsza zadaszona ławka parkingowa. Jak to podsumował Wiórek "szkoda, że nikt nie pomyślał przynajmniej o jednej ściance".

To nasz pierwszy postój na przydrożnym parkingu, na którym znajdują się ławki ze stolikiem - tym razem z zadaszeniem. Do Nordkapp mamy około 170 km. Nawet w tym miejscu Wiórek wyraził swoje niezadowolenie podsumowując:

Wiórek: Nie wiem czy dotrwam

Głazio: Dlaczego ? Przecież mamy pierwszy postój z ławeczkami, nad którymi jest dach ...

Wiórek: Tylko jakiś tuman ścianki przynajmniej jednej nie zrobił. Pi...zdzi jak w ...

Głazio: ... Kieleckim ...

Wiórek: ... Chyba gorzej

Głazio: No chyba gorzej. Nawet roślinkom się to nie podoba. Większość z nich uschła. I to brzoza. Niestety, taki klimat.

Wszystkie negatywne odczucia potęgował silny wiatr towarzyszący nam podczas dzisiejszego dnia podróży. Nie bacząc na pogodę i grymasy Wiórka, sprawna zmiana tematu i ruszamy w dalszą drogę. W końcu do celu mamy już bardzo blisko. Na drodze pojawiły sie znaki reniferów. Do tego powitał nas pierwszy albinos. Zdecydowanie więcej było ich na zachodnim brzegu Zatoki Porsangen / Porsangerfjord. Pamiętamy aby w tym miejscu zatankować. Patrzymy na przejechane kilometry. Od ostatniego tankowania przejechaliśmy niespełna 100 km i wychodzi nam, że wystarczy na powrót do tutejszej stacji benzynowej z naddatkiem około 80 km. O innych stacjach benzynowych nie wiedzieliśmy, ale pełni spokoju mkniemy na Nordkapp. Krajobraz zupełnie inny od naszego polskiego. Strome skalne ściany wpadające wprost do morza, tundra, renifery różnej maści i wijąca się wzdłuż wybrzeża kręta droga. Silny wiatr od morza zmienił się w bardzo porywisty, momentami  uderzający z z olbrzym natężeniem. Asfaltowa tarka oraz nasz ciężar pozwalały utrzymać kierunek jazdy. Odczucie zimna potęgował silny deszcz. Bez podgrzewanych manetek byłoby jeszcze gorzej. Wiórek od dłuższego czasu jedzie w komplecie najcieplejszej odzieży zabranej na ten wyjazd. Ja póki co w koszulce na krótki rękaw, skrytej pod kurtką motocyklową, no i ten wspaniały worek na śmieci - pierwsza ochrona przed panującymi warunkami atmosferycznymi :-)




Swobodny wypas hodowlanych reniferów



Mijamy liczne wioski i miasteczka rybackie. W jednych bardziej czuć rybą, w innych bez dodatkowych atrakcji zapachowych. Porsangerfjord ma 123 km długości i jest czwartym pod tym względem fiordem w Norwegii. Szerokość fiordu znacznie większa od widzianych dotychczas, waha się w granicach od 10 do 20 km. Do tego znajdują się tu liczne wyspy.

Dojeżdżamy w końcu do tunelu wiodącego na Nordkapp - podmorski tunel drogowy pod Magerøysundet łączący kontynentalną Norwegię z wyspą Magerøya. Zbudowany w latach 1993–1999 o długości 6870 metrów i głębokości 212 metrów poniżej poziomu morza. Do połowy 2012 roku przejazd nim był płatny. Przy wjeździe do tunelu pierwszy raz zobaczyłem znak drogowy śliska droga z ikonką motocykla. Zaskoczenie tak ogromne, że nie załapałem o co w tym wszystkim chodzi. Trudno powiedzieć, czy to chwilowe ostrzeżenie, czy jakiś żart. Do tego znak ostrzegawczy o 9% spadku drogi. Koniec końców zjeżdżamy ponad 200 metrów poniżej poziomu morza.

Po wjechaniu do tunelu dopadło nas poczucie urojonego ciepła. Wszystko za sprawą braku wiatru i deszczu. Widząc jedną kałużę na drodze, coś mi w niej nie pasowało. Postanowiłem sprawdzić skąd taki dziwny wygląd. Po wystawieniu buta okazało się, że jedziemy po lodzie. Przerażony w jednej chwili załapałem domniemany żart. Po kilkuset metrach zrobiło się cieplej, a po lodzie nie było już śladu. Po dziś dzień nie znalazłem odpowiednika widzianego wtedy znaku, stąd mój ogromny zawód, że nie sfotografowałem owej anomalii. Tunelowy zjazd wypłaszczył się i zaczynamy poruszać się w górę. Podjazd 10%. Przeglądając różne informacje znalazłem jedną, która stała się odpowiedzią na moją zagadkę.

Jak już wcześniej stwierdziliśmy, tutejsze tunele są dużo chłodniejsze niż temperatura powietrza na zewnątrz. Ot takie nasze letnie spostrzeżenie. Tutaj mimo niższej temperatury (wewnątrz), bez silnego wiatru, nasze odczucia były zgoła inne. Lodowy początek dał nam jednak sporo do myślenia.

cdn...
« Ostatnia zmiana: Sierpień 22, 2019, 09:56:12 am wysłana przez Glazio »

Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 054
  • Karma: +48/-3
Odp: Do krainy wikingów
« Odpowiedź #55 dnia: Czerwiec 09, 2019, 08:09:50 pm »
Cd...

O wspomnianym tunelu:
...  nawet latem mogą pojawiać się mgły i oblodzenia. Czasem, gdy dochodzi do jego zbyt dużego wychłodzenia, zamykany jest specjalną bramą – Kuldeport. Owszem była wraz z sygnalizacją świetlną. Zamknięcie bramy sygnalizowane jest czerwonym światłem przed wjazdem do tunelu.

Opuszczamy tunel. Nagłe silne uderzenie bocznego wiatru przypomina nam o sobie. Do tego ulewny deszcz i gęsta mgła. Widoczność od 20-50 metrów. A może to chmura ? Chwilowo o tutejszych widokach i krajobrazach trudno cokolwiek pisać.

Po drodze mieliśmy jeszcze 2 tunele o podobnej specyfice:
- 190 m. Sarnestunnelen (najdalej wysunięty na północ tunel na świecie),
- 4400 m. Honningsvågtunnelen.

Dojeżdżamy do szlabanów, za którymi widoczny jest parking. Widzimy same kampery i płunące strużki wody po szutrowym podłożu parkingu. Aby móc postawić tu swój pojazd trzeba słono za to zapłacić.
Wjazd 260 NOK (ok. 130 zł x 2 = 260 zł).
Płacimy, w końcu przebyliśmy kawał drogi i trudno przewidzieć kiedy i czy nastąpi kolejny raz.

Ceny biletów na Nordkapp - do wyboru dwa rodzaje+dodatkowa opcja:

Bilet pełny (zawiera parking, wejście na Przylądek, wejście do pawilonu, możliwość obejrzenia filmu i wszystkich wystaw, wielokrotny wstęp przez 24 godziny):
    Dorośli 260 NOK (ok. 130 zł)
    Studenci 160 NOK (ok. 80 zł)
    Dzieci do 15 roku życia 90 NOK (ok. 45 zł)
    Bilet rodzinny (2 dorosłych + 2 dzieci) 610 NOK (ok 305 zł)

Bilet częściowy (zawiera parking i wejście na Przylądek, ważny 12 godzin):
    Dorośli 170 NOK (ok. 85 zł)
    Studenci 110 NOK (ok. 55 zł)
    Dzieci do 15 roku życia 55 NOK (ok. 22,5 zł)
    Bilet rodzinny (2 dorosłych + 2 dzieci) 390 NOK (ok. 195 zł)

Za darmo
Bezpłatne wejście na Nordkapp dotyczy osób odwiedzających przylądek pieszo, rowerem lub innym niespalinowym środkiem lokomocji. Wielu turystów zostawia pojazdy przed Przylądkiem (najbliższy bezpłatny parking znajduje się ok. 6 km wcześniej - parking (dnae GPS) >>>), urządzając sobie pieszą wędrówkę.
To jeden z dowodów na to jak Norwegowie dbają o środowisko.

Szlaban na Nordkapp przekroczyliśmy ok. godz. 19:00. Szkoda tylko, że mamy wszechobecne mleko i do tego ciągle pada. Żal d... ściska, że po tylu przejechanych kilometrach trafiliśmy na taką pogodę. Prognozy na najbliższe dni nie wróżą nic lepszego. A chcieliśmy zobaczyć przez okrągłą dobę tarczę słońca znajdującą się powyżej linii horyzontu, patrząc na północ !!!







Pamiątkowa fota parkingu, na którym było sporo motocykli. Widoczność jak na zdjęciu (mleczna). W naszym workowym ubraniu robimy sobie zdjęcie pod tablicą znajdującą się przy wejściu do pawilonu. Fotę strzela nam motocyklista z Grecji, który przyjechał z ekipą (3 motocykle Honda Africa Twin/3 motocyklistów + ekipa filmowa z zapleczem samochodowym). Nasze ubranie wzbudziło spore zainteresowanie. Rozdziewamy się ze zbędnej odzieży i wchodzimy do pawilonu. Robimy rozpoznanie terenu, wpis do miejscowej księgi oraz zdjęcie z tutejszym Trolem, po czym udajemy się pod kultowy globus. Wszechobecne mleko w ogromnym stopniu ogranicza nasze doznania wzrokowe. Ponoć to miejsce warto odwiedzić właśnie z uwagi na walory widokowe.




Wpis do księgi pamiątkowej na Nordkapp




Emocje rozgrzewają atmosferę





Przylądek Północny (norw. Nordkapp) - (71°10′21″N, 25°47′40″E), tak szczerze to atrakcyjny widokowo klif (307 m. wysokości) położony na wyspie Magerøya, na której znajduje się inny punkt wysunięty dalej na północ (4 kilometry dalej na północny zachód, Przylądek Knivskjellodden, jest wysunięty o 1457 m bardziej na północ niż Nordkapp), ale ze względu na niższe położenie i mniejsze walory widokowe brak mu owego atutu. Turyści po prostu są bezwzględni. Ciągną tam gdzie jest bardziej atrakcyjnie. Tak jest i w tym przypadku.


Fot. pol-nor.com, Widok, jakiego nie zobaczymy, Przylądek Północny / Nordkapp

Film puszczany w sali kinowej w pawilonie


Nordkinn - Przylądek Nordkinn (71°08'02"N 27°39'E) najbardziej na północ wysunięty lądowy przylądek kontynentu europy. Położony jest w norweskiej prowincji Finnmark, na półwyspie Nordkinnhalvøya, około 68 km na wschód od uznawanego za północny skraj Europy Przylądka Północnego, który wprawdzie rzeczywiście leży o 2'19" szerokości geograficznej (tj. ok. 4,3 kilometrów) bardziej na północ niż Nordkinn, ale znajduje się na wyspie Magerøya, a nie na kontynencie. Trudno dostępny dla turystów (dwudniowa wędrówka piesza bez wyznaczonego szlaku).


Fot. Wikimedia, Nordkinn - Przylądek Nordkinn

W międzyczasie poznajemy historię miejsca (morskie bitwy), okoliczne walory przyrodnicze oraz wspaniały film o Nordkapp pokazujący 4 pory roku. Wszystko w pięknej przejrzystej aurze pogodowej, czyli coś czego prawdopodobnie nie będzie nam dane zobaczyć.
 Rozgrzani po gorącej herbacie i pobycie w pawilonie wychodzimy pod globus aby sprawdzić, czy mgła uległa rozrzedzeniu. Bez zmian po 1h, 2h, 3h, ...
Mgła jest tak gęsta, że decydujemy się na rozbicie namiotu. Szukamy odrobinę wyniesionego miejsca aby spływająca po szutrze woda nie wlewała nam się do namiotu.






Przykładowa makieta okolicznych gniazd lęgowych




Widok, jakiego nie zobaczymy. A mogło być tak pięknie.

Poza pawilonem pogoda jest bardzo wstrętna. Silny wiatr szybko wychładza nasze ledwo ogrzane ciała. Odpalony motocykl osłania nas nieco przed silnym wiatrem, ładując tym samym nasze baterie. Po rozbiciu namiotu ponownie jesteśmy mokrzy i wychłodzeni. Na domiar złego, po rozłożeniu mat samopompujących okazuje się, że nie mamy żadnego skrawka suchego. Rozpalamy kuchenkę i gotujemy sobie herbatę, w sumie kilka herbat. Po każdym opróżnieniu baniaka rozgrzanym denkiem osuszamy sobie po kawału mat.
Wiatr wieje coraz mocniej. Dochodzimy do wniosku, że konieczne jest założenie odciągów, co jak się później okazało, było naszym wybawieniem. Kolejny raz po rozgrzaniu ciał, tym razem w pojedynkę, wychodzę na zewnątrz i  zakładam odciągi. Przemoczony i wychłodzony ponownie powtarzam picie gorącej herbaty.
Jest dobrze.
Wewnątrz namiotu jest jak w ciepłej bańce.


Wracamy do rzeczywistości. Sprawdzamy, czy oby się nie przejaśnia :-)


Około 100 metrów od naszego obozowiska. Trudno znaleźć miejsce bez zalegającej wody.





Mimo chmur i ciągłego deszczu jest jasno.
22:00 jasno
23:00 jasno
00:00 jasno

Głazio: Wiórku, która jest godzina?

Wiórek: Za dziesięć pierwsza (00:50)

Głazio: Dlaczego Ty jeszcze nie śpisz?

Wiórek: Jakoś tak jasno jakoś.

01:00 jasno
02:00 jasno
Jakoś udaje nam się zasnąć.

To nasza najdłuższa biała noc.

Dobranoc !!!

Cdn.
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 09, 2019, 08:49:55 pm wysłana przez Glazio »

Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 054
  • Karma: +48/-3
Odp: Do krainy wikingów
« Odpowiedź #56 dnia: Lipiec 14, 2020, 02:13:45 pm »
Cd. cz. 15


a na koniec


10.07.2016 - dzień 17 - niedziela

Wiało całą białą noc. Prawdę mówiąc duło, bo momentami mieliśmy wrażenie, że nasz namiot zostanie porwany z całą zawartością. Naciągi w naszym wigwamie w końcu się przydały. Bez nich mogłoby się wiele wydarzyć. Można stwierdzić, że brakowało spokoju i ciszy aby zaznać pełni odpoczynku. Co chwilę silny podmuch i pobudka, do tego w białą noc. Ponadto bez przerwy leje deszcz.

Ciągła jasność sprawia naszą dezorientację. Która jest godzina?
Wstajemy o 7:40. Z powodu warunków panujących na zewnątrz nikomu z nas nie chce się wychodzić z namiotu, a pęcherze pełne. Jeszcze chwila i eksplodują z przesycenia. Do tego dodatkowa udręka to ubranie się w przemoczone, odrobinę podsuszone ciuchy. Ktoś tu musi podjąć męską decyzję.
Ubieram się pierwszy i wychodzę przyjąć na siebie pierwsze krople deszczu. Tego dnia jeszcze go nie poczuliśmy, choć zdążyliśmy przywyknąć do takiej właśnie pogody. Szybkie pakowanie wewnątrz tego co suche, wyjście z naszego wigwamu i próba złożenia namiotu w porywistym wietrze. To była ciężka walka mimo posadowienia się w zaciszu motocykla, który jako pierwszy przyjmował silne uderzenia wiatru. Po chwilowej walce i świetnej współpracy, namiot złożony. To co zdążyło się podsuszyć podczas snu już zdążyło przyjąć odpowiednią dawkę wody. Szybko udajemy się pod słynny globus aby sprawdzić czy dziś jest lepiej z widocznością. Później do wnętrza budynku owinąć się workami przed kolejnym etapem podróży.







Tuż przy wejściu pewien pan z obsługi podchodzi do nas z zaskakującym pytaniem.

Obsługa: Czy to wy spaliście w namiocie?
Burza myśli. Będzie mandat, bo rozłożyliśmy się w złym miejscu? Powiedziano nam, że można rozbić na parkingu, na którym płynęły potoki wody. My wybraliśmy odrobinę bardziej suche miejsce aby oprócz deszczu woda nie zalewała nas jeszcze od spodu.
Cóż najwyżej będziemy musieli się pogodzić ze słonym mandatem, w tym mało gościnnym dla nas miejscu.

Odpowiadamy (Tamara): TAK.

Obsługa: W takim razie zapraszam was na kawę.

Tym samym nasze ubieranie się w foliowe worki i wyjazd zostały odroczone w czasie. Turystów brak a oczekiwana kawa i herbata pojawiła się w ratach ostatecznie po ok. 30 minutach. W międzyczasie w części restauracyjnej pojawił się motocyklista. Mówił tylko po francusku. Mimo to jakoś udawało nam się dogadywać. Facet ze szronem na głowie opowiada nam jak wyruszył z Francji i robi trasę niemal wokół całej Europy. Zaplanował zrobić około 20 000 km. Na wieść, że jesteśmy z Polski pokazał nam swoje zdjęcia z kraju nad Wisłą. Opowiadał też wiele o swojej maskotce, bez której nie rusza się na krok. Tutaj wielu szczegółów niestety nie udało nam sie zrozumieć. Zbyt specjalistyczne słownictwo sprawiło, że snuliśmy jedynie domysły o czym do nas mówi.



Miło się gaworzy, jednak na nas najwyższy czas. Herbata dla Tamary dotarła szybko, jednak ja na swoją kawę musiałem jeszcze chwilę poczekać. Może tak tu mają z darmówką. Tak czy siak darowanemu koniowi ... Po wypiciu zaskakującej kawy zaczynamy się ubierać i w drogę. Nasz francuski kompan trzymał się przy nas cały czas. Trudno mu było sobie odpuścić sesji zdjęciowej tak umundurowanych motocyklistów. Jak widać ubranie też może cieszyć :-)







W pogodzie bez zmian. Po wyjściu na zewnątrz momentami masakrycznie wieje. Psa by nie wypędził w taką pogodę. My jednak musimy wracać.
Po dotarciu do motocykla okazuje się, że porywisty wiatr przewrócił nasz motocykl. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Motocykl postawiony na asfalcie w wyniku podmuchu wiatru wsparł się na aluminiowym kufrze. Miał trzy punkty podporu tylne koło+podnóżka boczna+kufer z przednim kołem w powietrzu. Solidna robota - dzięki brat za pancerne Pakunki i bezbolesny upadek motocykla. Można rzec, szczęście w nieszczęściu. Kto wie co mogłoby się stać po upadku tego kolosa na krawężnik.



Nie zwlekając wsiadamy na nasz sprzęt z nadzieją, że teraz będzie już tylko z górki. Nie mogłem jednak zaznać spokoju z powodu paliwa w baku, którego miało nam wystarczyć do stacji benzynowej odległej o około 180 km. Wszystkie moje obawy podyktowane były silnie wiejącym bocznym wiatrem zarówno w drodze na Nordkapp jak i z powrotem. Z małą różnicą, dzisiaj wieje zdecydowanie mocniej. Takie warunki nie dawały mi spokoju. Do tego trzeba bardzo uważać, szczególnie przy mijankach z autobusami. Chwilowe odpuszczanie silnego bocznego wiatru, po czym silne uderzenie. Trudno utrzymać motocykl na tym samym pasie a przy zbyt bliskiej jazdy przy poboczu można wylądować w przydrożnym rowie. Chwila nieuwagi i po chwili w próżni można wjechać w pojazd jadący z przeciwka. Szczególnie niebezpieczne miejsca są w zakrętach, których wiele na trasie. Widocznie ta nadbrzeżna trasa tak ma. Wspominając z innych podróży, z tak silnymi i stałymi w pewnych porach roku bocznymi podmuchami wiatru spotkaliśmy się jeszcze w jednym miejscu na świecie. Stepy pomiędzy Morzem Kaspijskim a Morzem Czarnym, to obszar z równie uporczywymi, silnymi i gwałtownymi podmuchami wiatrów. Na stepach w Kałmucji nasz motocykl również został powalony przez wiatr. W tamtym przypadku poleciał na Hondę GoldWing 1800 >>> https://www.radiator-mototurystyka.pl/forum/index.php?topic=4566.msg4707#msg4707



Droga powrotna

Podczas jazdy długo trzymał się nas norweski motocyklista. Widziałem go w lusterkach. Odstawał jedynie w zakrętach. Z obawy o paliwo starałem się utrzymywać równe tempo. Cały czas odliczałem pozostałe kilometry do przydrożnej stacji benzynowej. Odliczałem również przejechane kilometry od momentu włączenia się rezerwy. Miało być dobrze. Pesymistycznie na styk. A jednak. Około 30 km do stacji benzynowej zabrakło nam paliwa. To nasz pierwszy raz, kiedy na rezerwie udało nam się przejechać jedyne 52 km. Deszcz, wiatr i włączone ogrzewanie manetek dołożyły się do faktu, którego chciałem uniknąć.


Podziwiamy widoki



W takim przypadku łapie nas złudzenie, że być może ktoś wiezie odrobinę paliwa. Na wierzchu mamy kanister służący nam za turystyczny prysznic. Chwytamy go do ręki i wyma[słowo niecenzuralne]emy wymownym gestem do przejeżdżających pojazdów. Niestety, bez efektu. Każdy omija nas jak trędowatych. Pchamy więc motocykl do przodu. Deszcz, wiatr i w końcu jakaś zatoczka. Poniżej domek. Schodzę z nadzieją, że ktoś w nim jest i z całą pewnością posiada odrobinę paliwa chociażby do łodzi rybackiej. Wszystko zamknięte. Zmoknięci, trędowaci zaczynamy dalej pchać motocykl. Niestety pod górkę idzie zdecydowanie gorzej. Oprócz deszczu, dopada nas wilgoć pochodząca od ciała. Pot jest efektem przegrzania organizmu. To typowa forma skutecznego chłodzenia ciała. Niestety, mało przydatna i pożądana podczas jazdy motocyklem. Kiedy jest upał, to normalne. Natomiast w temperaturze poniżej 10 °C, jazdy w deszczu i do tego silnie wiejącego wiatru, jest to jak prośba o złapanie infekcji. Jakie jednak mamy wyjście widząc tą znieczulicę obojętnie przejeżdżających pojazdów. W końcu zatrzymują się dwaj włoscy motocykliści. Niestety wszystko mają tak zabudowane, że trudno cokolwiek wskórać bez dodatkowego wężyka. Pchamy dalej. Momentami z górki, możemy chwilę odpocząć.
Przekora losu
Jeszcze przed chwilą wyprzedzaliśmy tego niezmordowanego rowerzystę. Teraz on w przeciwdeszczowej pelerynie wyprzedza nas. Widok i uczucie - bezcenne.



Pchamy dalej, 3 km za nami. Przed nami jeszcze ... ?
Zatrzymuje się kolejny motocyklista. Tym razem para ze Szwajcarii. Po nakreśleniu naszego problemu wszystko stało się jasne. Paliwo wydobędziemy z baku, jednak potrzebujemy wężyka. My zrezygnowani machamy bezskutecznie. Bardziej zdeterminowany Szwajcar zastępuje drogę jednemu, drugiemu, trzeciemu pojazdowi w celu zdobycia wężyka. W tym ostatnim jest karbowany wężyk do dmuchania materacy. Sprawdzamy czy wejdzie do baku. Tak. Odcinamy kawałek a kierowca pojazdu odjeżdża.

Cdn ...

Offline Glazio

  • Administrator
  • Hero
  • *****
  • Wiadomości: 3 054
  • Karma: +48/-3
Odp: Do krainy wikingów
« Odpowiedź #57 dnia: Lipiec 14, 2020, 02:51:53 pm »
Cd ...

Feeee, karbowany wężyk to najgorsze co może być do spuszczania paliwa.
Hobbystycznie wolnych chwilach zajmuję się akwarium. Z doświadczenia wiem co oznacza ściąganie wody. Kiedyś próbowałem również karbowanym wężykiem. W skrócie porażka.
NIESTETY.
Zaznałem zaszczytu spuszczenia z baku Moto Guzzi upragnionego paliwa za pomocą karbowanego wężyka. Byłem na 100% pewien, że bez dwóch zdań opiję się tego wstrętnego dla ust płynu. Co lepsze? Pchanie motocykla przez kolejne ... km, czy może wątpliwie przyjemna próba zaczerpnięcia benzyny. Cóż, kolejna okazja może przytrafić się za kolejną godzinę, bo tyle czekaliśmy na skuteczną pomoc. Pierwsze zassanie paliwa z degustacją. Czynność co chwilę do powtórki, jak to w karbowanym wężyku. Degustacja na cały dzień. Wszystko w smaku do wieczora spalone.

Dzięki Wam szwajcarskie anioły za pomoc.

Nasze szwajcarskie anioły / Unsere Schweizer Engel

Tym hasłem pożegnaliśmy się z naszymi wybawcami, z którymi spotkaliśmy się na naszej stacji benzynowej, do której zabrakło nam 25 km. Byłem pewien, że zabrakło nam niewiele ale z braku pewności ile km do upragnionej stacji benzynowej sprawiło, że teraz jechałem bardzo ekonomicznie.
Zamiana kilku zdań z poznanymi wybawcami i z uśmiechami na twarzy rozjeżdżamy się w różnych kierunkach.
Po powrocie do domu dowiedzieliśmy się więcej.
Najdalej na północ wysunięta stacją paliw jest duża stacja już na wyspie Mageroya w mieście Honnigsvag (trzeba nieco zboczyć z trasy na Nordkapp i wjechać do miasta).
https://goo.gl/maps/MVVyDbZ86gt
Dlaczego tym razem nie skorzystaliśmy z naszej żelaznej zasady "koniec języka za przewodnika"?
Jedno pytanie do tubylców często pomaga bardziej niż wszelkie wyczytane, czy zasłyszane mądrości.
Cóż, tym razem przejechaliśmy się z mało wygodną przygodą.

Czy to koniec dzisiejszych nieprzewidzianych przygód?

Kto to wie. Tak poważnie, to dopiero zaczynamy dalszą jazdę w deszczu, deszczu, ulewie i deszczu ...

FINLANDIA - deszcz, deszcz, ulewa, deszcz i w międzyczasie dwa przebłyski słońca, którego nie widać. Ciągle gęste chmury. W ulewie przejeżdżamy obok trzeciego co do wielkości jeziora w Finlandii - Inari. Dla pobudzenia wyobraźni jest ono niemal dziesięciokrotnie większe od naszego Jeziora Śniardwy. Nic nam z tego, że ma bardzo urozmaiconą linię brzegową i ponad 3000 wysp. W potwornej ulewie trudno podziwiać jego uroki. Dodatkowa ciekawostka, to jezioro jest otwarte jedynie przez 4 miesiące w roku lipiec-październik i ma bardzo wysokie natlenienie 80-90%.



Wody w Finlandii stanowią 10,6% całkowitej powierzchni kraju, czyli dla amatorów wypoczynku nad wodą, jest gdzie spędzić wolny czas.
Dalsza część krajobrazów to lasy. Koniec końców znajdujemy się w kraju o największej lesistości w Europie, która wynosi 73% powierzchni. Inne elementy krajobrazu, to owce i renifery.
Ufff, chwila bez deszczu i w jednym momencie w oddali widać policyjny samochód jadący na sygnałach. Zapewne policja. Zerkam na prędkość czy oby nie przekraczam a tu z zaskoczenia za samochodem jadącym z naprzeciwka jedzie policjant na motocyklu, który zatrzymuje kierowcę jadącego przed sobą. Ocho, dzieje się. Ciekawe, czy zapolują na nas. Korzystając z chwili przejaśnienia zatrzymujemy się w przydrożnej restauracji/campingu na ciepłą strawę. Mamy dość panującego chłodu wspieranego deszczem, może tu osuszymy odrobinę nasze przemoczone ubrania. W oczekiwaniu na zamówioną strawę odtajaliśmy odrobinę z nadmiaru wilgoci. Nasz aparat na odwrót, po zmianie otoczenia i panującej temperatury gromadzi wodę na soczewkach. Przecieranie pomaga jedynie na chwilę.
Delektujemy się omletem z mięsem renifera (zwierzęta hodowlane), który smakował wyśmienicie. Ku mojemu zdziwieniu Tamara zjadła to mięso jedynie z tego powodu, że nie była to dziczyzna, której się nie czepia.







Oprócz strawy, czy możliwości przenocowani, w tym miejscu również można zrobić zakupy lapońskich wyrobów za kosmiczne dla nas stawki. Może będzie jeszcze okazja na ciekawy nabytek lub zakup bezpośrednio u wytwórcy. Okaże się, czy to faktycznie realne.
W tej wolnej chwili można podsumować kraj. Patrząc na powierzchnie lasów i jezior, to w Finlandii pozostaje 16,4% powierzchni pod uprawy rolne i działalność człowieka, w tym zabudowania. Hmmm, może odrobinę więcej, ponieważ około 60 % powierzchni lasów, to własność prywatna, gdzie hoduje się samopas renifery. W północnej części kraju znajdują się niemal same lasy, więc częstotliwość występowania zabudowy i mieszkańców jest znikoma.

Z Nordkapp startowaliśmy notując temperaturę +8°C. Jazda w ulewnym deszczu, to wątpliwa przyjemność. Z upływem czasu z różnymi wahaniami temperatura urosła nam do +11°C. Mamy powód do radości. Wygląda na to, że będzie cieplej. Przynajmniej tak nam się wydaje, że jedziemy w dobrą stronę. Nagle ku naszemu zaskoczeniu widać odrobinę błękitnego nieba. Z upływem czasu podczas połykania km przybywa tego pięknego koloru. Zaczyna przeważać błękit. Pojawia się tęcza, chwilę później renifery, kolejna tęcza ... i nagle przestaje padać.









Do ROVANIEMI zostało nam około 200 km.

Dalsza droga, bez deszczu. Przez kolejne kilometry zdążyliśmy trochę przeschnąć. To przełamanie suchego z mokrym wywołało u nas uczucie zziębnięcia. Zatrzymujemy się więc na kolację i rozgrzewającą herbatę. Do celu pozostało około 80 km. Wielka Marthha z saniami stała się naszą atrakcją. To pod jej bacznym okiem chcąc się posilić walczyliśmy z komarami. Próby łyknięcia rozgrzewającej herbaty bez komara przerabialiśmy w 2012 roku w równoległej Karelii (Rosja) >>> https://www.radiator-mototurystyka.pl/forum/index.php?topic=4566.msg4692#msg4692 . W tym miejscu przypomniała nam się historia tłoczących się rojów komarów nad naszymi ciałami. Wydawało nam się, że tutaj jest ich odrobinę mniej. Dlaczego? Udawało nam się pić herbatę, bez zbędnych insektów.







Chwilę później znajdujemy się już w siedzibie świętego Mikołaja. Pusto i pozamykane wszystko. Obeszliśmy całą wioskę delektując się najwyższą temperaturą od momentu opuszczenia Danii. Rozkoszne +20°C stało się naszym obiektem westchnień. ROVANIEMI położone jest kilka kilometrów na południe od północnego koła podbiegunowego (współrzędne geograficzne 66°30′N – 25°42′E) ale znajduje się tam symboliczna linia koła podbiegunowego północnego, przy której robimy sobie sesję zdjęciową. Odwiedzamy jeden z namiotów, w którym zapewne można przenocować. Oglądamy zimową siedzibę Mikołaja zastanawiając się jak musi być tu pięknie podczas białej zimy, nocy polarnych z kolorami zorzy polarnych. Zdążyliśmy obejść wszystko, wiemy od której przyjmuje św. Mikołaj. Wstęp za Free więc zostajemy na noc.




















Mimo, że stal tu dostępny dla turystów darmowy wigwam, postanowiliśmy, że rozbijemy swój w innym atrakcyjnym miejscu.

Wracamy za koło podbiegunowe północne kilkanaście kilometrów na północ, do uprzednio upatrzonego przez nas miejsca nad jeziorem, doskonałe na nocleg. Pod nosem znajdują się domki, w których można nocować za free, z opałem i ogólnodostępną toaletą.

Po naszym powrocie spotykamy czteroosobową motocyklową ekipę z Polski jadącą na trzech motocyklach (Pruszków i okolice). Byli na Nordkapp dzień przed nami i widzieli takie samo mleko. Krótka wymiana zdań i udajemy się na rozbicie namiotu na jeziornej grobli. Za nami męczące ponad 700 km i do końca nie wiemy w jakim stanie mamy nasze rzeczy do spania. Może inaczej. To jeszcze dobry moment aby wszystko przesuszyć. Zażywamy odświeżającej kąpieli w Jeziorze Lahdenperä o lokalizacji GPS: N 66.58232, E 26.02437 (N 66°34'56", E 26°01'28") w miejscu zwanym Olkkajärven Venesatama.









Chłopaki z Pruszkowa zaopatrzeni w moskitiery łowią ryby, choć do końca nie wiedzą czy można. Ich dziewczyny a może żony szykują spanie w specjalnych domkach. Narzekają na pająki i pajęczyny ale czego nie robi się dla spokojnego snu. W cieniu i leśnym gąszczu komary mają raj, stąd tyle łowczych w postaci pająków w najbliższym otoczeniu. Na grobli mamy niemal święty spokój. Moskitiera zbędna.











Przed "nocnym" wypoczynkiem podziwiamy naturę zmierzającą do swych ostoi w tym samym celu. Kolejna biała noc.

Dobranoc :-)

Cdn ...