Wiktor się odnajduje, dalej nasza droga wiedzie do Omalo.
Jest to górzysty, odizolowany od reszty świata region zwany Tuszetią. Aż trudno sobie wyobrazić, że w dzisiejszych czasach możliwa jest taka sytuacja. Jedyna wiodąca tu droga prowadzi przez leżącą na wysokości 2936 m n.p.m. przełęcz Abano (to ponad 400 metrów wyżej niż Rysy!).
Marek z Wiktorem mają pokonać tą trasę na motorach a my busem. W przewodniku wyczytałam, że tą drogę można pokonać tylko samochodem z napędem 4X4
To gdzie jest nasz napęd, zadałam sobie pytanie? Hmm chyba będzie wesoło

Trasa przejezdna jest tylko latem od maja do października, a przez resztę roku ginie w śniegu i jest zasypywana schodzącymi lawinami. Ma około 72 km i jest wielką atrakcją w tym rejonie. Z Kachetii do Omalo tylko raz na jakiś czas przejeżdża samochód albo ciężarówka z zaopatrzeniem. Na taką trasę wybrać się może tylko doświadczony szofer.
No to ruszamy

Ja z Bogną siedzę z samego przodu, aparat fotograficzny rozgrzany jest na maksa. Bogdan wraz z Sewerynem siedzą z tyłu i wlepieni mają wzrok w szybę, albo co rusz podnoszą się z siedzenia wyglądając przez szyberdach w dachu, który wcześniej został ściągnięty.
Początkowo droga jest nawet w miarę przyzwoita, jak na Gruzję, momentami jest nawet asfalt. Dalej droga prowadzi w wyłomie skalnym gdzie po drodze można załapać się na darmową myjnię.
Następnie wije się serpentynami, wzdłuż kilkusetmetrowych przepaści, poprowadzona jest wąską skalną półką, gdzie tylko w wybranych miejscach mogą minąć się dwa samochody. Po drodze przekraczamy strumienie i wodospady. Droga robi się coraz bardziej wyboista i pełna dziur. Nasza prędkość nie przekracza 10-15 km/h








Przejażdżka ta to istne samochodowe rodeo. Widoki i przeżycia niezapomniane. Jadąc tą drogą należy zachować szczególną ostrożność, gdyż jeden niewłaściwy ruch kierownicą może zakończyć się lotem w kilkuset metrową przepaść. Dowodem są mijane czasem wraki samochodów oraz kapliczki w formie krzyża, upamiętniające tych, których pokonała ta trasa. W kapliczce takiej często stoi butelka czaczy gruzińskiego mocnego samogonu.
Po drodze zauważmy w naszym busie małe rozszczepienie tylnej opony od strony kierowcy. To tylko kwestia czasu kiedy strzeli do końca. Po przejechaniu około 40 km, pęka i spada z obręczy. Najgorsze jest to, że dzieje się to zaledwie 500 metrów od przełęczy i na bardzo ostrym zakręcie. Zauważamy, że również opona z przodu od strony pasażera jest w fatalnym stanie. Mnóstwo jest w niej dziur i obdarć.






Mirmił wyciąga zapasowe koło i wymienia tylne rozszczepione. Oprócz tego dokonuje zamiany opon od strony pasażera. Tylną przekłada na przednią. Wynik jest taki, że ruszamy trzy koła.
Po drodze mija nas samochód który proponuje pomoc, ale tym razem jeszcze jej nie potrzebujemy. To w zasadzie jeden jedyny samochód który nas mija.






Chłopacy za ten czas dojeżdżają do Omalo. Patrząc o jakim czasie pokonaliśmy owe 40 km (około 5 godz.), jesteśmy świadomi tego, że kolejne 30 km zajmie nam kolejne kilka godzin. Słońce zachodzi i natychmiast robi się bardzo zimno.

Na wysokości około 3000 m n.p.m. temperatura spada gwałtownie. Póki jest zasięg informuję Marka aby znalazł nam kwaterę, bo zbyt późno będzie na rozbijanie namiotów. Po drugiej stronie przełęczy widać wiszące czarne chmury, z których raczej będzie padać deszcz. Pomału zjeżdżamy w dół jadąc kolejnymi serpentynami. Jest już całkiem ciemno, po drodze mijamy stado baranów, którym oczka świeca się jak iskierki.



Na 17 km przed dotarciem do celu, strzela nam dętka w oponie, której do tej pory nie ruszaliśmy. Próbujemy jeszcze ją dopompować ale to starcza na przejechanie zaledwie kilku metrów. Wysyłam kolejnego sms do Marka, że mamy kolejną awarię, i że nie dojedziemy, lecz sms nie dochodzi.

Nie mamy wyjścia musimy zrobić biwak tuż przy drodze, nieopodal rwącej rzeki. Na szczęście jest sporo drzewa, więc szybko rozpalamy ognisko. Namiot rozbija tylko Bogna z Bogdanem. Seweryn postanawia spać pod gołym niebem, a ja u Mirmiła w busie. W nocy zaczyna padać deszcz. Wyglądam przez okno i patrzę na siedzącego Seweryna pod karimatą. Na szczęście deszcz ustępuje, słyszę z oddali jadący samochód. Wyskakuję z busa i zagaduję Gruzina. Nie może nam pomóc, więc nie patrząc na nic wsiadam do jego samochodu każę zawieść się do Omalo. Na 13 km dociera wczorajszy sms do Marka. Marek natychmiast do mnie oddzwania i mówi gdzie mam wysiąść jak już będę na miejscu.

